Wczoraj znowu wypadł mi dzień wolny od pracy, pojechałam więc do miasteczka niedaleko Okayamy, Kurashiki. Słynie ono z zachowanej jeszcze od okresu Edo historycznej dzielnicy z ładnym kanałem biegnącym przez jej środek. W czasach szogunatu w miasteczku przechowywano towary wszelakiej maści i większość z zachowanych budynków była kiedyś magazynami. Obecnie przyciągają one tłum turystów spragnionych poczucia klimatu Edo na własnej skórze. Poza budynkami i muzeami poświęconymi historii Kurashiki i okolic, w miasteczku znajduje się też jedna z lepszych galerii ze sztuką europejską, które tutaj odwiedziłam.


Zacznijmy od tego, że do Kurashiki bardzo łatwo dostać się z Okayamy. Jeden pociąg, 4 stacje, około 20 minut i jesteśmy na miejscu. Z Hiroszimy też się da z tego co kojarzę, a samo miasteczko ma też stację shinkansenów, więc posiadacze JR Passa nie muszę płacić za dojazd tam. Na dworcu wszystko jest bardzo ładnie oznaczone i opisane po angielsku, a nawet dostępne są darmowe mapki okolicy. Dzięki mapce dowiadujemy się, że dzielnica, która najbardziej nas interesuje jest jakiś 10 minut (700 metrów) na nogach od dworca.

Idąc w stronę historycznej dzielnicy raczej nikt by się nie spodziewał, że może się ona znajdować w tym mieście, bo wygląda ono bardzo zwyczajnie i szaro. Jednak warto odwiedzić to miejsce, bo widoki są bardzo ładne.



Co ja robiłam w Kurashiki? Byłam w galerii sztuki Ohara, do której wejście kosztowało mnie po zniżce studenckiej 800 jenów, zamiast 1300 (odpowiednio około 28 zł i 46 zł).

Galeria powstała z inicjatywy dwóch osób, Kojimy Torajiro i Ohary Magosaburo i było pierwszą prywatną galerią sztuki z europejskimi dziełami w Japonii. Pierwszy z panów był malarzem, a drugim miłośnikiem zachodniej sztuki. Panowie byli bardzo zaprzyjaźnieni i po śmierci Kojimy Torajiro w 1930, Ohara Magosaburo postanowił uczcić pamięć przyjaciela i stworzyć tę galerię. W cenie biletu możemy wejść do trzech budynków podzielonych tematycznie. W głównym znajdują się dzieła zachodnie, czyli głównie francuscy impresjoniści i awangarda (Matisse, Monet, Picasso, Chagalle, Modigliani i mogłabym jeszcze długo wymieniać), ale jest też kilka dzieł sztuki takich artystów jak El Greco czy Jackson Pollock. Najsłynniejszym obrazem na wystawie jest chyba obraz Moneta „Lilie wodne”. Choć w muzeum nie wolno robić zdjęć, to ja, nieświadoma tego zakazu, cyknęłam fotkę obrazowi. Może nie jest najlepszej jakości, ale proszę.

W dwóch pozostałych budynkach znajdują się obrazy i rzeźby japońskich artystów oraz kolekcja ceramiki i dzieł sztuki ze starożytnych Chin i Azji. Poza tym możemy też przespacerować się po pięknym parku i podziwiać kwitnące lilie wodne, jeśli akurat mamy szczęście.

Oprócz muzeum zapłaciłam 500 jenów (około 18 zł) za 20-minutowy rejs po kanale. Na ten czas otrzymałam słomiany kapelusz, w którym wyglądałam iście azjatycko oraz wachlarz, ponieważ temperatura odczuwalna wynosiła wczoraj 41 stopni.



W trakcie płynięcia pan łódkarz opowiadał coś po japońsku, ale choć bardzo się starałam to niestety nie zrozumiałam o czym mówił.



Poza tym trafiłam też do sklepiku z produktami z sezamu. Na pamiątkę kupiłam sobie paczkę słodyczy z czarnej odmiany i wypiłam kawę mrożoną z sezamem.



Obok sklepiku z sezamem ciągnęła się „ulica dżinsu”. Ten region specjalizuje się w tworzeniu produktów z dżinsu, więc praktycznie w każdym sklepie z pamiątkami, do którego weszłam można było kupić coś dżinsowego. Na ulicy dżinsu znajdował się właściwie tylko ogromny sklep z produktami dżinsowymi oraz mała budka z niebieskim, dżinsowym, jedzeniem. Nie skusiłam się na to, ale podobno niebieski smak to jagoda.
Potem poszłam na Kurashiki Ivy Square, czyli teren dawnej przędzalni. Obecnie na jej terenie znajduje się kilka sklepików, hotel i restauracja oraz przestrzeń do spacerowania.




Na sam koniec dnia zostawiłam sobie wspięcie na wzgórze i zobaczenie świątyni Achi. Wymagało to niejakiego wysiłku przy takiej temperaturze, a widok nie powalił na kolana. Poza starym, drewnianym wiatrakiem teren świątynny wygląda jak większość świątyń w Japonii – różne kapliczki poświęcone takim, czy innym bóstwom i jeden główny pawilon.
Po tej wspinaczce wróciłam do Okayamy, zjadłam kolację i znowu poszłam oglądać trening karate Amiki. Po powrocie do domu padłam na łóżko jak zabita. Dziś za to od rana pieliłam ogródek, a wieczorem wyjeżdża host mama i zostajemy sami aż do piątku wieczorem. Poza tym jutro przyjeżdża nowa dziewczyna, więc będę mieć wieczorami towarzystwo 🙂









