New adventure

Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu i od mojego powrotu do Polski. Od środy jednak znowu podróżuję, choć nie tak daleko i nie na tak długo jak latem. Obecnie bawię się na Ukrainie w Kijowie. Przyleciałyśmy z mamą, żeby odwiedzić to miasto, a przy okazji pojechać do Charkowa, gdzie mama studiowała.

W Charkowie poza uczelnią mamy zobaczyłyśmy cmentarz ofiar totalitaryzmu, gdzie leżą pochowani polscy oficerowie przetrzymywani w obozie w Starobielsku i bestialsko zamordowani. Wśród zabitych znalazłam nawet jednego Karpowicza, ale nie wiem czy to bezpośrednio ktoś z rodziny.

W Kijowie zimno jak cholera, chociaż z tego co słyszałam to w Warszawie wcale nie lepiej. W środę i czwartek byłyśmy w Charkowie na szybko, a dzisiaj już spacerowałyśmy po Kijowie. Co dziwne, w Polsce przewodników po Kijowie jest jak na lekarstwo. Pełno tych po Lwowie, ale po stolicy to już nie dadzą. Nam na szczęście udało się dorwać jakiś ostatni egzemplarz w Empiku i dzisiaj przeszłyśmy się jedną z zaproponowanych w nim tras.

Trasa zaczynała się od najstarszej bramy do miasta – Złotej Bramy, przechodziła przez stare kamienice i najważniejsze cerkwie i sobory w Kijowie. Udało nam się nawet na trasie natrafić na polską ambasadę.

Złota Brama to najstarsza brama wjazdowa do miasta i podobno została wybudowana około 1017 r. przez Jarosława Mądrego. Według legendy to na niej swój miecz Szczerbiec wyszczerbił Bolesław Chrobry, ale nie wiadomo czy to prawda, bo opisywał to Gall Anonim i dokładnie taką samą historię opisał przy innym polskim królu – Bolesławie Śmiałym. Nie ma też pewności co do daty powstania bramy. Wiadomo jednak, że jej nazwa wzięła się od tego, że władca postanowił pozłocić kopułę na szczycie i wrota. Dziś wrota już nie są złote, ale kopuła wciąż błyszczy.

Spod Złotej Bramy poszłyśmy dalej odbijając z głównej ulicy i zagłębiłyśmy się w boczne uliczki pełne starych kamienic, pałacyków i murali na ścianach. Tam też znalazłyśmy polską ambasadę, pod którą nawet udało nam się zrobić szybkie zdjęcie.

Nasza trasa prowadziła nas w stronę soboru sofijskiego – najstarszej świątyni chrześcijańskiej we wschodniej Europie. Została ona zbudowana w XI w., ale znów nie wiadomo do końca kto kazał ją zbudować. Wejście na teren kompleksu kosztuje 20 hrywien dla osoby dorosłej i 10 hrywien dla dziecka/studenta. Jednak, żeby wejść do środka świątyni bądź innych miejsc udostępnionych do zwiedzania trzeba dodatkowo płacić. Za wstęp do wszystkich miejsc zapłacimy 180 hrywien dla osoby dorosłej, a dla studenta nie wiem. Nam nie zależało też na oglądaniu wszystkiego i kupiłyśmy dodatkowo tylko bilet wstępu do soboru za 80 i 30 hrywien, odpowiednio dla osoby dorosłej i studenta. Poza tym przed soborem złapał nas Masza, który zrobił nam zdjęcia i jeszcze tak zagadał, że mama zrobiła mi z nim całą sesję.

W środku świątyni udało nam się nawet załapać na darmowe oprowadzanie z przewodnikiem. Co prawda po ukraińsku, ale zrozumiałam większość z tego co było mówione i chyba te najważniejsze rzeczy.

Po soborze sofijskim poszłyśmy dalej. Plan był, że pójdziemy do cerkwi świetego Andrzeja, ale inaczej skręciłyśmy i doszłyśmy do soboru michajłowskiego. Może niektórzy go kojarzą, bo to piękny niebieski sobór ze złotymi kopułami. Zanim jednak do niego weszłyśmy (a wejść można za darmo) poszłyśmy coś zjeść, bo była już 14, a nam kiszki marsza grały. Trafiłyśmy do jakiejś knajpki z typowo ukraińskim jedzeniem i zamówiłyśmy „biznes lunch” za 97 hrywien. W zestawie lunchowym była sałatka, zupa, drugie danie i kompot. Kompot obrzydliwy, bo z suszu, ale reszta mi smakowała.

Z pełnymi brzuszkami wróciłyśmy do soboru. Wejście na jego teren i do świątyni jest darmowe, jak już wspominałam tylko w środku nie wolno robić zdjęć.

Gdy wyszłyśmy poszłyśmy w kierunku kolejnej cerkwi – pod wezwaniem Św. Andrzeja. Tę niestety mogłyśmy podziwiać jedynie z daleka, bo jest remontowana i nie da się wejść do środka. Niemniej była bardzo ładna, a obok niej biegnie ulica Zjazd św. Andrzeja, gdzie stoi pełno straganów z rękodziełem i można kupić najprzeróżniejsze pamiątki – od prawdziwych legitymacji członków Waffen SS, przez uszanki i przypinki z Leninem, aż do matrioszek i wyszywanek.

Schodząc Zjazdem w dół doszłyśmy do domu Michaiła Bułhakowa i nawet chętnie bym do niego weszła, ale wstęp kosztował 50 hrywien, a w sumie nie zależało mi na nim aż tak, żeby płacić. Zwłaszcza, że w przewodniku pisali, że wstęp jest darmowy. No, ale chociaż fotkę sobie z nim zrobiłam:

Na sam koniec poszłyśmy na kolację z kolegą mamy ze studiów, Saszą, i jego żoną. Było miło i przyjemnie i po posiłku podwieźli nas samochodem do mieszkania, co bardzo mi się podobało, bo po całym dniu chodzenia na zimnie miałam już dość.

Podsumowując, uważam ten dzień za bardzo udany, a Kijów za bardzo piękny. W przeciwieństwie do Warszawy budynki w nim są kolorowe, co dodaje miastu uroku i mi osobiście przypadło do gustu. Poza tym nie jest tu aż tak drogo, co też jest dużym plusem 😉

Japonia – podsumowanie

Dochodzi 11, siedzę na lotnisku. Za godzinę wylot. Rodzina i przyjaciele śpią, bo w końcu w Polsce jest jakaś czwarta rano. Ja z kolek zastanawiam się jak podsumować ten wyjazd.

Czy podobało mi się? Tak. Czy powtórzyłabym to? Nie mam pojęcia. Ciężko mi powiedzieć, naprawdę, bo z jednej strony przeżyłam wspaniałe chwile, ale z drugiej uświadomiłam sobie jak bardzo lubię Polskę i jak bardzo wolę być blisko ważnych dla mnie osób niż zwiedzać ósme cuda świata.

Jest kilka rzeczy za którymi na pewno nie będę tęsknić. Są to:

  • Plastikowe torebki na każdym kroku
  • Niemożność zapłacenia kartą w wielu miejscach i noszenie mnóstwa drobnych
  • Siorbania Japończyków
  • Postrzegania jedzenia w trakcie marszu jako czegoś niegrzecznego
  • Postrzegania dmuchania nosa w miejscu publicznym jako czegoś niegrzecznego
  • Nadmierna grzeczność Japończyków
  • BRAK KOSZY NA ŚMIECI NA ULICACH
  • Jedzenie (nie przekonało mnie do siebie, może poza kilkoma wyjątkami)

Czuję, że kultura japońska to zupełnie inny świat i czasami naprawdę ciężko było mi się w nim odnaleźć. Próbowałam, ale momentami chciałam rwać włosy z frustracji, bo coś co dla Japończyka było oczywiste dla mnie było kompletnie bezsensowne i było stratą czasu.

Nie mogę jednak powiedzieć, że nie będę tęsknić za niczym. Bardzo wygodne było to, że na każdym kroku stały automaty z napojami, toalety były co chwila, a ludzie zazwyczaj starali się mi pomóc. Poza tym, jak już wspominałam, przeżyłam tutaj wspaniałe chwile i pod tym względem chyba najlepszy był tydzień z Yumą w Shizuoce. Poznałam też dużo nowych przyjaciół i dużo się nauczyłam. Muszę jednak przyznać, że tak jak niektórzy mówią „Jak pojedziesz w podróż to poznasz samą siebie” to muszę zawieść te osoby, bo jednak wydaje mi się, że całkiem dobrze siebie znam, a jedyne co jeszcze bardziej sobie uświadomiłam, to to, że nie mam ochoty żyć poza Polską.

Najbardziej jednak będę tęsknić za tym co oferuje tylko podróż – ten swoisty rodzaj wolności, kiedy nikt nie mówi Ci co masz robić, nie kontroluje, a Ty nie musisz spełniać niczyich oczekiwań ani dostosowywać się do wymagań otoczenia. Możesz robić co chcesz, jeść co chcesz i kiedy chcesz i nikt Ci w tym nie przeszkodzi. Możesz zdecydować po śniadaniu, że będziesz spać jeszcze do 12 albo możesz o 2 w nocy wyjść na spacer po okolicy i nikt się nie będzie o to czepiać. Nie mówię, że mnie się jakoś bardzo czepiają albo, że mam dużą ochotę na nocne spacery. Chodzi mi o to poczucie, że możesz wszystko. Tego właśnie będzie mi brakować. Dlatego dziękuję Ci Japonio za to, że dałaś mi posmakować tej wolności.

Ostatnie dni

Mój wyjazd powoli zbliża się do końca. Już za dwa dni o 12 czasu japońskiego wsiądę w samolot i wystartuję z powrotem w kierunku Europy. Teraz, w Tokio, wydaję ostatnie pieniądze, kupuję pamiątki i spędzam czas ze znajomymi. Przedwczoraj i wczoraj spędziłam całe prawie w towarzystwie Aurory, mojej nowej znajomej z Włoch. Przedwczoraj też spotkałyśmy się z naszymi kolegami Włochami, bo wszyscy razem poznaliśmy się w Kioto. Poszliśmy wspólnie na kolację, pochodziliśmy po sklepach i miło spędziliśmy czas. Chłopaki wrócili do domu wczoraj, a w tym czasie Aurora przyjechała do mojej dzielnicy i trochę sobie pozwiedzałyśmy Asakusę. Zjadłyśmy ciastka z pastą z czerwonej fasoli, lody o smaku matchy, a na obiad curry z tonkatsu, za które zapłaciłam 550 jenów (około 20,50 zł).

Potem chodziłyśmy po sklepach wokół Tokyo Station i odwiedziłyśmy ogrody cesarskie w parku cesarskim (wstęp darmowy). Gdy się ściemniło pojechałyśmy do budynku tokijskiego ratusza, by z 45 piętra obejrzeć wieczorną panoramę miasta. Wjazd był darmowy, a ludzi nie aż tyle ile można by się spodziewać. Chyba mało kto wie o tym miejscu, a szkoda, bo ludzie płacą 3000 jenów (ponad 100 zł) za wjazd na SkyTree, podczas gdy tutaj widok wcale nie jest gorszy.

Na sam koniec wybrałyśmy się na kolację do Shibuyi, dzielnicy w której zatrzymała się Aurora. Wybrałyśmy burgery, bo przejadły nam się już rameny, udony i inne dania kuchni japońskiej. Burger z bekonem i serem kosztował mnie 1400 jenów (52 zł) w zestawie z frytkami. Tani nie był, ale przynajmniej dobry. Po kolacji weszłyśmy jeszcze do Bic Camera, sklepu z dosłownie wszystkim, gdzie Aurora wydała ostatnie jeny, po czym rozstałyśmy się.

Dzisiaj za to byłam umówiona na spotkanie z Keitą, moim kolegą, z którym widziałam się w Tokio na samym początku mojej podróży. Spotkaliśmy się około 11 i wyruszyliśmy w podróż samochodem nad morze, które jest oddalone od Tokio o jakiejś półtorej godziny jazdy. Niestety, pogoda nam nie dopisała i przez cały dzień praktycznie lało. Po drodze wstąpiliśmy do kawiarni z motywem Totoro, stworka ze znanej japońskiej animacji „Mój sąsiad Totoro”. Jeśli jeszcze nie widzieliście to bardzo polecam. Ciepły, rodzinny film. Nie mogłam się oprzeć i kupiłam sobie dwa ptysie w kształcie Totoro, jeden z nadzieniem mango, a drugi ze zwykłym, budyniowym kremem. Keita powiedział mi, że kiedyś pracował dorywczo w tej kawiarni.

Nad morzem niewiele właściwie zobaczyliśmy, ale za to zjedliśmy pyszny obiad. Ja zamówiłam magurodon, czyli ryż ze świeżym tuńczykiem w sosie i położony na świeżym imbirze. Do tego była jeszcze zupa miso, daikon, czyli japońska rzepa w wersji lekko marynowanej i barwionej na żółto jako zakąska i coś, czego nie potrafiiśmy zidentyfikować z Keitą, ale co było bardzo smaczne. Keita z kolei zamówił tuńczyka w tempurze z ryżem i takimi samymi dodatkami jak ja. Za mój obiad zapłaciłam 1130 jenów (42 zł) i muszę przyznać, że nigdy nie jadłam tak dobrego tuńczyka. A ja przecież fanką ryb nie jestem.

Następnie pokręciliśmy się trochę po nabrzeżu podziwiając przystanie i port, po czym wróciliśmy z powrotem do Tokio. W drodze Keita puścił mi piosenki swojego ulubionego zespołu Bump of chicken, a ja z kolei puszczałam mu różne europejskie kawałki takie jak Abba, Shakira czy z naszego domowego ogródka, Kayah. To był bardzo dobrze spędzony dzień. Jutro nie planuję nic robić, ewentualnie ostatni spacer po Asakusie i powolne pakowanie. Mój telefon pokazuje, że w ciągu tych dwóch miesięcy przeszłam ponad 400 km na nogach i muszę przyznać, że czuję to. Przedwczoraj złapał mnie taki skurcz nad ranem, że chciałam wyć z bólu. Dlatego też ostatni dzień poświęcam na odpoczynek i leniuchowanie. Już wystarczająco zwiedziłam 🙂

Na fali

Zaczął się mój ostatni tydzień w Japonii i znowu jestem w Tokio. Właściwie nie wiem czemu postanowiłam tu być aż cały tydzień, bo tak na dobrą sprawę nie ma tu nic ciekawego do roboty, no ale nieważne. Mogę przynajmniej trochę odpocząć, bo cały czas jestem zmęczona po poprzednim tygodniu. Tyle różnych rzeczy się wtedy działo.

W piątek było lokalne święto w Shizuoce, więc Yuma i Nagisa mieli wolne. O 10 pojechaliśmy więc razem na jakieś pole w środku niczego, bo tam na polu ryżowym były ułożone różne kształty ze zbóż. Jest to doroczna atrakcja w tej okolicy, chociaż zdaje się, że niewiele osób o tym wie, bo Yumie powiedziała o tym siostra. Wzorów nie ma dużo, ale przyznam, że fajnie to wyglądało z góry.

Jak widzicie, były one ogromne, a przy okazji padał deszcz. Z pola ryżowego pojechaliśmy na wczesny obiad do restauracji, która jest bardzo znana w Shizuoce i słynie z ハンバーガー, czyli hamburgerów po japońsku. Mnie o tej restauracji powiedział jeszcze w Polsce Shu, kolega Japończyk, który mieszka w Warszawie. Zapewniał, że jedzenie jest pyszne i koniecznie muszę odwiedzić to miejsce, skoro będę w Shizuoce. Shu miał rację, to była najlepsza wołowina jaką jadłam. W zestawie lunchowym, który kosztował niecałe 1200 jenów (około 44 zł) była mała zupa (przypominała smakiem polską zupę warzywną z młodą kapustą), wielkie kotlety, kilka warzyw i bułka albo ryż. Ja wybrałam bułkę, Nagisa też, ale Yuma, jak prawdziwy Japończyk postawił na ryż. Poza tym mój kolega postawił mi ten posiłek i czułam się troszkę głupio, bo już i tak wystarczająco dużo dla mnie zrobił.

Z restauracji pojechaliśmy do Yamaha Communication Plaza, miejsca, które znalazłam wcześniej w internecie. Jest to miejsce niedaleko fabryki Yamahy, coś à la showroom, gdzie każdy może wejść za darmo i pooglądać róże modele motocykli, silników, motorówek, a także dowiedzieć się czegoś więcej o historii firmy i wypić kawę.

Zanim jednak stamtąd wyszliśmy to zdążyło się strasznie rozpadać i zastanawialiśmy się co powinniśmy dalej robić. Padło na wycieczkę nad ocean, na wydmy piaskowe. Woda w oceanie jest o wiele cieplejsza niż w Bałtyku, ale jak miałam też okazję się przekonać, o wiele bardziej słona, niż ta w naszym morzu.

Po tej wycieczce wróciliśmy do domu koło 16. Wieczorem miał odbyć się lokalny festiwal i siostra Yumy była tak miła, że pożyczyła mi jedną ze swoich yukat (letnia wersja kimona), ubrała mnie i uczesała.

Z domu pojechaliśmy znowu nad morze, na miejsce festiwalu. O 20 miały być fajerwerki, więc wcześniej przeszliśmy wszystkie budki z jedzeniem w poszukiwaniu czegoś na kolację. Padło na pieczony makaron soba, smażone kurczaki, frytki, kiełbaski z grilla i małe piwo dla mnie. Pokaz fajerwerek trwał całą godzinę, a nawet musiał zostać na chwilę przerwany, gdyż w okolicy znajduje się lotnisko i akurat lądował samolot, więc żeby mu nie przeszkadzać organizatorzy zrobili krótką przerwę.

Wróciliśmy do domu około 22, ale tak się rozgadaliśmy o Polsce i historii Europy, że spać poszłam dopiero około 1. A wstać musiałam już o 6, gdyż o 7 rano mieliśmy jechać surfować z Yumą. Wstanie rano było bardzo ciężkie i nawet Świnka, pies Yumy, nie wyglądała na zadowoloną, że budzimy ją tak wcześnie.

Wybraliśmy się więc nad morze, choć niestety po drodze się rozpadało i zaczął padać deszcz. Na dodatek, po dotarciu na plażę okazało się, że prawie w ogóle nie ma fal i trochę bałam się, że nic nie wyjdzie z moich prób surfowania. Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy się spróbować na plaży kawałek dalej. Yuma pożyczył mi swoją starą piankę, więc wyglądałam jak prawdziwy surfer. Szkoda tylko, że surfowanie aż tak dobrze mi nie wychodziło. Przez większość czasu wpadałam do wody, a na desce utrzymać udało mi się może ze 3 razy i to w sumie przez 5 sekund. Miałam jednak dużą frajdę i bardzo mi się podobało. Poza tym na plażę przyjechała też siostra Yumy z mężem i Świnką i trochę pływali z nami.

Tutaj łapię fale jak prawdziwy surfer…
…ale tak właśnie wyglądałam przez większość czasu
Słoneczny patrol nadchodzi

Na sam koniec Yuma chciał też trochę posurfować, bo ostatnio nie bardzo może (miał przepuklinę), ale fale zrobiły się już za słabe i nic z tego nie wyszło. Do domu wróciliśmy więc koło 10:00 i za chwilę pojechaliśmy do kina, na moje życzenie, obejrzeć japońską animację pt.: „Tenki no ko”, czyli dosłownie Dziecko pogody. Jest to animacja autorstwa tego samego reżysera, który nakręcił „Kimi no na ha”, dość sławną w ostatnim czasie japońską animację. A wiedząc, że w Polsce na pewno nie będę miała szansy legalnie obejrzeć tego filmu poprosiłam Yumę, czy nie moglibyśmy iść razem. Bilet kosztował mnie 1500 jenów (55 zł), co czyni ten film najdroższym seansem w moim życiu, no ale jest to też doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Nie będę zdradzać treści filmu, ale powiem wam, że podobało mi się i nawet zrozumiałam zaskakująco dużo. Film nie przebił jednak Kimi no na ha, a momentami mam wrażenie, że był zbytnio naciągany. To nic jednak, bo miło spędziłam czas, a teraz gdy jestem w Tokio mogę iść zobaczyć wszystkie miejsca, które pojawiły się w filmie (akcja rozgrywa się właśnie w stolicy Japonii). Po kinie pojechaliśmy do muzeum zielonej herbaty, ponieważ prefektura Shizuoka, w której mieszka Yuma słynie w całej Japonii z najlepszej zielonej herbaty. Na każdym kroku można tu zobaczyć pola herbaciane, jest wiele różnych rodzajów napoju, w zależności od miejscowości pochodzenia, a w muzeum jest cały sklep i kawiarnia. Do samego muzeum nie weszliśmy, ale kupiliśmy sobie deser lodowy z lodami o smaku matcha (zielona herbata japońska), której stopień intensywności wynosił 7, najwięcej ile się dało. Deser znowu postawił nam Yuma i zapłacił za niego 780 jenów (29 zł). Lody były naprawdę mocno intensywne i dobrze, że oprócz kulki o smaku matchy była też kulka lodów śmietanowych i bita śmietana, które trochę łagodziły gorycz herbaty. Po deserze przeszliśmy się jeszcze po ogrodzie, który znajduje się na terenie muzeum, i który jest stylizowany na czasy Edo.

Potem wróciliśmy do domu i odpoczywaliśmy. Około 18:30 Yuma odwiózł mnie na przystanek autobusowy, skąd miałam autobus do Tokio. Za bilet zapłaciłam 3100 jenów (prawie 115 zł), a podróż trwała jakieś 3 godziny. Były jednak korki i drobne opóźnienia, więc choć planowo miałam dotrzeć na Dworzec Tokio o 22:30, to byliśmy tam dopiero o 23:00. Z dworca pojechałam prosto do hostelu, tego samego, w którym zatrzymałam się na początku mojej podróży i poszłam spać. Wczoraj za to spotkałam się z koleżanką z Włoch, którą poznałam w trakcie pobytu w Kioto i razem poszłyśmy zjeść japońskie curry na kolację. Dzisiaj też się spotykamy, razem z Włochami, których też poznałyśmy w Kioto i może nawet pójdziemy na karaoke. A tak poza tym, to przed powrotem mam jeszcze w planach spotkanie z innymi znajomymi z Tokio.

Ain’t no mountain high enough

Ale się działo. Przedwczoraj przyjechałam do Shizuoki, a wczoraj i dziś, razem z moim kolegą Yumą i jego znajomymi, Nagisą i Shuheiem próbowaliśmy zdobyć Fuji.

Od lewej: ja, Yuma, Shuhei i Nagisa

Plan był prosty – wejść większą część trasy w środę, zanocować w schronisku 600 metrów od szczytu i w czwartek nad ranem ruszyć na szczyt i zobaczyć wschód. Wyruszyliśmy samochodem z Shizuoki o 9 rano, ale przez korki w okolice Fuji dotarliśmy dopiero około 13. Z parkingu, za który zapłaciliśmy 1000 jenów (36 zł) za dwudniowy postój autobus (bilet w dwie strony 2000 jenów, około 74 zł) zawiózł nas do 5 stacji, miejsca, gdzie większość osób rozpoczyna swoją wspinaczkę. Nie spieszyło nam się aż tak, gdyż w naszym schronisku zameldowanie było możliwe dopiero od 20. Wspinaczkę zaczęliśmy o 15.

5 stacja, z niewidocznym szczytem w tle
Niby tylko 6 kilometrów, ale ile czasu

Bałam się o pogodę, gdyż prognozy zapowiadały deszcze i możliwe burze właściwie od samego rana do wieczora. Na szczęście jednak prognoza się nie sprawdziła i było ładnie. Na dole było mgliście, a potem trochę wiało, ale w dolnych partiach góry było to do zniesienia. Wspinaliśmy się całkiem szybko, a Yuma wręcza gnał jak szalony. Naprawdę nie wiem skąd on miał tyle energii. Przy 6 stacji musieliśmy zapłacić opłatę w wysokości 1000 jenów (36 zł), którą władze parku wokół Fuji pobierają na konserwację tras itp. W zamian dostaliśmy opaski na rękę, które podobno świecą w ciemności i drewniane zawieszki do przyczepienia do plecaków.

Ogólnie rzecz biorąc, tras prowadzących na Fuji jest łącznie 4, każda zaczyna się trochę innym miejscu i różni się długością oraz stopniem trudności wspinaczki. Idąc za moją propozycją zdecydowaliśmy się na trasę Yoshida, od wschodniej strony góry. Jest to najbardziej popularna trasa z tego względu, że szlak jest w miarę łagodny, zejście i wejście nie trwa aż tyle czasu (nam przejście 2/3 trasy zajęło 4 godziny, a zejście około 3). No i też z tego względu, że biegnąc po wschodniej stronie góry, jeśli ktoś nie dotrze na szczyt przed świtem, to wciąż można podziwiać wschód, choć z trochę niższej partii góry. Poza tym na tej trasie jest najwięcej chatek, schronisk i sklepów, więc można zawsze zaopatrzyć się w coś ciepłego do jedzenia, picia, tlen, ubrania itp. Oczywiście wraz z wysokością rośnie cena produktów. Żeby umilić sobie wspinaczkę graliśmy z dobre dwie godziny w shiritori, czyli jedna osoba mówi jakieś słowa, a druga wymyśla słowo na ostatnią sylabę (tak, sylabę, bo Japończycy z pojedynczych literek mają tylko samogłoski i n, ale na n żadne słowo się nie zaczyna, więc takich słów nie wolno mówić). Gra znana i w Polsce, choć wiadomo, że nasze zasady są trochę inne.

Nasze schronisko znajdowało się na 8 stacji, na wysokości 3370 metrów nad poziomem morza (Fuji ma wysokość 3776 m.n.p.m.), a nocleg w nim kosztował 6700 jenów (prawie 247 zł, no ale za nocleg na takiej wysokości to nie będę narzekać na cenę) wraz z kolacją.  Spaliśmy w ciasnej norze, gdzie oprócz naszej czwórki były jeszcze cztery inne osoby i ogólnie każdy musiał spać na wznak, bo byliśmy ściśnięci jak sardynki w puszce. W cenie noclegu były oczywiście śpiwory i poduszka, poza tym za darmo można było podładować telefon. Co do innych rzeczy – za toaletę, jak wszędzie indziej na trasie płaciło się 200 (7,40 zł) jenów za użycie, była ona na zewnątrz i były to tylko kibelki. Prysznicy nie było i nie ma w żadnym ze schronisk dostępnych na trasie, a przynajmniej ja o żadnym nie słyszałam. Poza tym było tam dość zimno, do tego stopnia, że spałam w ubraniach, w których przyszłam (choć potem w nocy zrobiło mi się aż za gorąco w mojej bieliźnie termicznej).

Mój mały skrawek śpiwora

Do schroniska dotarliśmy około 19, zjedliśmy kolację i plan był taki, żeby jak najwięcej wypocząć i o 2 nad ranem ruszyć na szczyt. Taki był plan. Niestety po drodze sprawy się skomplikowały. Po pierwsze, żadne z nas nie mogło spać, przy czym ja chyba i tak spałam najdłużej z całej grupy, bo jakieś 3 godziny. Nagisa zdrzemnęła się tylko na pół godziny, a chłopaki to nie wiem. O północy poszłam do toalety, bo nie wytrzymałam z ciepła (musiałam wykonać szaleńczy bieg przez wiatr od schroniska do toalety). O północy spotkałam też Shuheia w części wspólnej, bo nie mógł on spać w naszej norce i poszedł tam posiedzieć. Potem około 1 zobaczyłam jak Yuma wstaje i wychodzi z norki. Gdy wstałam o 1:30, obudziłam Nagisę i zaczęłyśmy się szykować, jednak chłopaków nigdzie nie było widać. Włączyłam internet i okazało się, że Yuma dostał ataku choroby wysokościowej, w ogóle nie mógł spać, bo bolała go głowa i Shuhei postanowił zejść z nim niżej. Gdyby mu się poprawiło mieli nas dogonić. Niestety jednak się nie poprawiło i koniec końców chłopcy zeszli na sam dół do 5 stacji, żeby stamtąd oglądać świt. Co do nas – w trakcie tych kilku godzin, gdy byliśmy w schronisku, pogoda zdążyła się diametralnie zmienić. Zaczął wiać silny wiatr, padał deszcz, a nawet trochę śniegu. Zastanawiałyśmy się z Nagisą co robić, czy chcemy atakować, czy nie. Co więcej, mnie też bolała trochę głowa, ale na szczęście Nagisa miała tlen i trochę go zażyłam. Po chwili wahania zdecydowałyśmy się spróbować wejść chociaż do następnej stacji (nr 9), a jeśliby miałoby być bardzo źle to wrócić i zejść na dół albo obejrzeć świt z 8 stacji. Szłyśmy bardzo powoli, a razem z nami tłumy innych śmiałków. Z góry wyglądało to jak błędne ogniki albo świetliki.

Po drodze zaczęło mi się robić trochę niedobrze, więc robiłyśmy więcej przerw i szłyśmy bardzo powoli. 200 metrów od szczytu myślałam, że nie dam rady i trzeba będzie zawrócić, ale spięłam się w sobie, bo w końcu było już bardzo blisko i udało nam się dotrzeć na szczyt o 4 nad ranem. Dawało nam to jeszcze godzinę czasu do świtu (świt o 5:09), którą musiałyśmy jakoś przeczekać w wielkiej pizgawicy i mżawce. Na szczycie na szczęście też znajdował się bar, w którym się schroniłyśmy, ja wypiłam gorącą czekoladę, a Nagisa zjadła udon. Mogłyśmy siedzieć w środku tylko pół godziny, bo potem trzeba było zrobić miejsce dla innych turystów, więc kolejne pół godziny stałyśmy na wietrze i czekałyśmy na świt.

Koło 4:30 zaczęło się powoli robić jasno, jednak co z tego, skoro wiatr tak przeganiał chmury, że moje najlepsze zdjęcia ze szczytu wyglądają tak:

Postałyśmy mniej więcej do 5, ale nie zapowiadało się, żeby miało to wyglądać lepiej, więc zdecydowałyśmy się rozpocząć schodzenie. Obok baru był też cały krater wulkanu, bardzo fajny do obejrzenia, ale w tej temperaturze (obstawiam coś na minusie przy tej sile wiatru i deszczu) i przy tej pogodzie (mgła) nie zdecydowałyśmy się go obejść. Schodząc niżej chmury trochę się przerzedziły i w pewnym momencie, tak koło 5:30-6:00 rano udało nam się zrobić już bardzo ładne zdjęcia świata z góry.

Pomimo 5 warstw na szczycie i tak było mi zimno

Zejście zajęło nam, tak jak wcześniej wspominałam około 3 godzin, gdyż chwilę po 8 byłyśmy już na dole. Trasa zejściowa biegnie zupełnie inaczej niż trasa wejściowa, dzięki czemu nie ma korków po drodze, ale droga była pełna żwiru i małych kamyków, przez co co chwilę coś mi wpadało do buta. Wraz ze zniżaniem się, zdejmowałam też kolejne warstwy, bo robiło się coraz cieplej. Na dole, w 5 stacji czekał na nas Shuhei, a Yuma wrócił sam wcześniej do samochodu i tam spał. Około 10 nasza trójka wróciła na parking i pojechaliśmy do kolejnego, zasłużonego punktu na naszej trasie, czyli onsenu.

Onseny to japońskie źródła termalne, przy czym wody w nich są o wiele cieplejsze niż w naszych termach w Bukowinie (Yuma narzekał mi, że gdy był w Zakopanem i poszedł do term to było mu w nich zimno). Baseny dla kobiet i mężczyzn są rozdzielone, a wszyscy chodzą tam nago, jedynie z małym ręczniczkiem na głowie, którym po skończonym wygrzewaniu się wycierają. Wybrany przez nas onsen znajdował się jakieś 20 minut jazdy od Fuji, a wejście do niego kosztowało nas 1300 jenów za osobę (niecałe 48 zł). W cenie były też ręczniki, a poza tym nie ma tam limitu czasowego. Możemy więc siedzieć w ciepłych wodach ile chcemy. Zwyczaj nakazuje, by przed wejściem do basenów wykąpać się pod prysznicem (tak, z mydłem i głowę też umyć), a przed wejściem do basenu oblać się jeszcze ciepłą wodą po ciele, żeby przyzwyczaić się do temperatury. Poza tym w onsenach znajdują się różne rodzaje basenów. Jeśli chodzi o nasz, to był tam basen zapachowy (zapach niezidentyfikowany, próbowałyśmy wyniuchać z Nagisą, ale nam się nie udało), basen z gazem węglowym, sauna parowa i sucha, zwykłe ciepłe baseny i basen zewnętrzny, z którego widać Fuji (niestety nie dziś, chmury nam przeszkodziły). Byłyśmy tam około półtorej godziny, a po wyjściu zjedliśmy obiad w restauracji. Za moją zupę zapłaciłam 820 jenów (30 zł), ale porcja była ogromna i najadłam się nią. Potem wsiedliśmy w samochód i przez 2 godziny wracaliśmy do Shizuoki. Po tych dwóch dniach jestem piekielnie zmęczona, bolą mnie stopy i ogólnie wszystko, ale cieszę się, bo jest to najprawdopodobniej najwyższy szczyt, który zdobędę w swoim życiu, a poza tym raczej nie planuję drugiego podejścia na Fuji, więc szkoda byłoby zmarnować tę okazję. Poza tym, pomimo słabej pogody na szczycie, podczas zejścia rozpogodziło się na tyle, że mogłam podziwiać wspaniałe widoki i było to naprawdę magiczne doświadczenie.

Zielono mi

W ten weekend w Japonię uderzyła chyba jeszcze większa fala gorąca niż zwykle. Wczoraj było jakieś 36 stopni, a dzisiaj 37, przy czym odczuwalna to 43 stopnie. Wczoraj z powodu tego upału nie czułam się na siłach, żeby za dużo zwiedzać, więc odwiedziłam tylko cesarską willę Katsura. Żeby móc zobaczyć cesarskie posiadłości (a są 4 takie) należy się odpowiednio wcześniej ubiegać o pozwolenie w Agencji ds. Dworu Cesarskiego. Jednak jest haczyk – do dwóch posiadłości można dostać bilety na wizytę w tym samym dniu, jeśli tylko przyjdzie się do nich o 11. Wypuszczają one wtedy bowiem małą pulę biletów na ten sam dzień. Ja też tak właśnie zrobiłam. I udało mi się zdobyć miejsce na zwiedzanie o 12. Niestety od listopada zeszłego roku za wizytę w willi Katsura trzeba zapłacić 1000 jenów (36 zł), no ale przebolałam to i poszłam oglądać.

Nawet palmy tu mają!

Wizyty w cesarskich posiadłościach odbywają się mniej więcej według tego samego schematu – 20 minut przed rozpoczęciem wpuszczają zwiedzających do klimatyzowanego pomieszczenia, gdzie puszczany jest krótki filmik o danym miejscu, a potem czeka się na przewodnika (zwiedzać można tylko z przewodnikiem). Ja byłam na wycieczce, gdzie oprowadzanie było po japońsku, ale obsługa wypożycza za darmo audioprzewodniki po angielsku, jeśli ktoś nie zna języka. Poza tym w willi Katsura są też dostępne wizyty z oprowadzaniem w języku angielskim.

Co do samej posiadłości – została ona zbudowana w 1615 roku na rozkaz młodszego brata cesarza Goyozei. Podobno brat był wielkim miłośnikiem sztuki i sztuk walki, dlatego zbudował willę, która była prosta, acz elegancka. Poza tym na terenie posiadłości znajduje się kilka budynków – pawilony do picia herbaty, oglądania księżyca oraz główna willa. Co ważne budynków nie dotknęła nigdy żadna katastrofa i do dziś zachowały się one w swojej oryginalnej formie. Na samym środku jest też staw i ładnie zachowane ogrody. Ogólnie w trakcie wycieczki ogrody to chyba najciekawsza rzecz do podziwiania, bo budynki są puste w środku i nie można do nich wejść, a poza tym nie ma w nich zbytnio ozdób.

Główna willa, w budynku najbardziej po lewej mieszkał sam cesarz

Zwiedzanie trwało około godziny, więc skończyłam o 13. Jak już wcześniej wspominałam średnio się czułam tego dnia, a jedna pani z wycieczki przed nami nawet zemdlała, taki był upał, więc wróciłam do hostelu i poszłam się zdrzemnąć. Potem po prostu siedziałam w przyjemnym chłodzie, a wieczorem od 20 było przyjęcie z okazji święta Obon. Było darmowe jedzenie, koncert, a na sam koniec zatańczyliśmy tradycyjny taniec bon odori. Na szczęście znałam już kroki, bo na naszym obozie dwa lata temu uczyli nas tańczyć. Dzięki temu zostałam nawet wywołana do kółeczka w środku i razem z obsługą hostelu tańczyłam i pokazywałam kroki pozostałym gościom. Poznałam też dwóch chłopaków z Florencji, a potem jeszcze dziewczynę stamtąd i razem spędziliśmy wieczór popijając piwko.

Dziś z kolei na 10 rano miałam pozwolenie na zwiedzanie innej cesarskiej posiadłości – willi Shugakuin. Ta willa została zbudowana na polecenie emerytowanego cesarza Gomizuno’o, jakieś 30 lat po zbudowaniu willi Katsura. Na terenie posiadłości znajdują się trzy wille – niższa, średnia i wyższa, a ogrody wokół nich dzięki wkomponowaniu naturalnego krajobrazu sprawiają wrażenie ogromnych. Z najwyżej usytuowanej willi rozciąga się niezły widok na miasto, a największą zaletą tej posiadłości jest chyba wielki staw. Zwiedzanie odbywa się tak samo jak w przypadku willi Katsura – trzeba zaaplikować o pozwolenie na zwiedzanie, przyjść na konkretną godzinę i chodzić za przewodnikiem i go słuchać.

Z willi Shugakuin udałam się do kolejnej atrakcji Kioto – srebrnego pawilonu. Zbudowany na wzór złotego, srebrny pawilon nie jest aż tak okazały, niemniej jednak jest w nim o wiele mniej ludzi i na terenie obiektu znajdują się ładne ogrody. Za wejście trzeba zapłacić 500 jenów (22 zł), trochę więcej niż za Złoty Pawilon, ale przynajmniej możemy się cieszyć większym spokojem.

Wieczorem poszłam na kolację z nowopoznanymi Włochami i Włoszką. Trafiliśmy do miniaturowej knajpki z 3 stolikami, gdzie musieliśmy siedzieć na matach bez butów, a pani kucharka i kelnerka w jednej osobie nie mówiła praktycznie po angielsku. Zapłaciliśmy 7614 jenów za naszą czwórkę, przy czym nie dzieliliśmy tego na to co kto zjadł i wypił, ale po prostu na 4 równe części. Potem poszliśmy jeszcze na piwo nad rzekę i o 1 wróciliśmy do hostelu.

Chodzi lisek koło drogi

Kolejny dzień, kolejne przygody! Wydaje się, że tajfun już sobie poszedł, a przynajmniej z regionu Kansai. Rano jeszcze widziałam na zewnątrz ludzi z parasolami, ale gdy ja wychodziłam z hostelu to była już niezła lampa. Potem było tylko coraz goręcej i wilgotniej.

Dziś w planach miałam tylko dwie rzeczy, więc pozwoliłam sobie na luz i powolne zwiedzanie (powolne to znaczy, że zaczęłam o 11). Moim planem były odwiedziny świątyni Fushimi Inari Taisha.

Kto z was choć trochę interesował się Japonią na pewno kojarzy las czerwonych bram torii. To właśnie ta świątynia może się nimi pochwalić. Zbudowany około 794 r. kompleks poświęcony jest bogowi Inari, bóstwu ryżu. Poza tym jest tam też pełno figurek lisów, które są posłańcami boga Inari. Jest to najważniejsza świątynia poświęcona temu bogowi. A najlepsze jest to, że jest całkowicie za darmo no i bardzo łatwo jest się do niej dostać z Kioto. Wystarczy wsiąść do pociągu JR linia Nara na dworcu głównym i przejechać dwa przystanki dalej na stację Inari. Świątynia jest praktycznie na wprost wyjścia ze stacji. Taka podróż kosztuje zaledwie 140 jenów (5 zł) w jedną stronę.

Wszystkie bramy torii znajdujące się na terenie świątyni to wota od wiernych i znajdują się na nich imiona darczyńców oraz daty. Jeśli i wy chcielibyście mieć swoją bramę torii to nie martwcie się, wystarczy 400 000 jenów (jakieś 15 000 zł) i będziecie mieli własną małą bramę na terenie świątyni. Za większą trzeba zapłacić milion jenów, no ale czego się nie robi dla bogów.

Rzędy czerwonych bram torii prowadzą turystów w górę na szczyt wzgórza Inari. Nie wszyscy wdrapują się na samą górę, bo choć wysokość to tylko 233 m.n.p.m. to przy takich upałach może być ciężko. Poza tym coraz wyżej znajdują się coraz mniejsze kapliczki i wciąż te same bramy, więc niektórzy mogą mieć już po prostu przesyt, po pierwszej alejce 1000 bram torii. Ja akurat nie miałam nic lepszego do roboty, a i takie wspinanie to dobry trening przed Fuji, więc poszłam. Zajęło mi to jakąś godzinę, licząc od głównego pawilonu, aż na szczyt, więc jak widzicie nie jest to jakieś ciężkie zadanie. Niestety, po drodze jest bardzo dużo schodów, więc nie polecam trasy osobom z chorymi kolanami. Mnie na sam koniec trochę już pobolewało.

Ach, no i w połowie trasy jest takie skrzyżowanie dróg, skąd bardzo ładnie rozciąga się widok na Kioto.

Jak już się zebrałam z powrotem z góry to wróciłam do hostelu i trochę odpoczęłam, bo kolejna atrakcja czekała mnie dopiero o 20. Mowa tu o Gozan no okuribi, czyli wielkich stosach ułożonych w znaki kanji z okazji święta Obon. Co roku, 16 lipca, na 6 różnych wzgórzach wokół miasta zapalane są te stosy jako zwieńczenie 3-dniowego święta Obon, czyli święta zmarłych. Najsłynniejszy jest Daimonji, czyli wielki znak oznaczający dosłownie „duży”. Przed 19 udałam się więc w kierunku rzeki, by z bulwarów oglądać rozpalenie znaku. Próbowałam też robić zdjęcia, ale w takich warunkach ciężko było zrobić dobre zdjęcie, żeby nie było rozmazane, więc poniżej oprócz moich miernych prób wstawiam jeszcze zdjęcia z internetu pokazującego inne znaki. Poza tym, jeśli ustawicie się w jednym miejscu w oczekiwaniu na konkretny znak to jest duża szansa, że nie zobaczycie innych, bo odległość między wzgórzami i dogodnymi punktami obserwacyjnymi jest zbyt duża, a znaki palą się tylko pół godziny.

źródło: Grand Prince Hotel Kyoto

Zapomniałam jeszcze dodać, że pomimo piątku to ludzi w świątyni było pełno i był niezły ścisk, a ci którzy chcieli mieć ładne zdjęcia to najczęściej blokowali drogę innym, ale i tak podejrzewam, że jutro i w niedzielę odwiedzających będzie dwa razy tyle i tłumy będą jeszcze gorsze.

A storm is gonna come

Tajfun w dalszym ciągu kręci się nad Kioto i psuje mi szyki. Dziś miał być targ różnego rodzaju rękodzieła w jednej ze świątyń i z radością do niej pojechałam, jednak po dotarciu na miejsce okazało się, że z powodu tajfunu targ został odwołany. Zła, że straciłam taką okazję do zakupu pamiątek ruszyłam w kierunku następnego punktu na moim planie, czyli świątyni Chion-in. Ogromny kompleks, który jest główną świątynią buddyjskiego odłamu Jodo, najpopularniejszego odłamu buddyzmu w Japonii. Do świątyni prowadzi ogromna brama, która jest największą drewnianą bramą w Japonii i została zbudowana w pierwszej połowie XVII w. Na szczęście dla mojego portfela na teren Chion-in można wejść za darmo, nie licząc opłaty za zwiedzenie ogrodów. Ja się do nich nie wybrałam, ale jeśli ktoś chce to kosztuje to 300 jenów lub 500 jenów za bilet na ten ogród i jeszcze jeden, który znajduje się w okolicy.

Główna brama do świątyni mierzy aż 24 m wysokości!

Stamtąd rozpoczęłam spacer w kierunku kolejnej słynnej atrakcji Kioto jaką jest Kiyomizudera. Po drodze odwiedziłam kilka świątyń, wiele sklepów oraz przeszłam się uliczkami Ninen-zaka i Sannen-zaka. Są to dwie uliczki handlowe, na których zachowała się tradycyjna zabudowa i które oddają atmosferę Kioto sprzed lat. Psują ją jedynie tłumy turystów i fakt, że tych rzeczywiście ładnych uliczek nie wolno fotografować, bo w wciąż mieszkają tam ludzie i należy uszanować ich prywatność. No ale chociaż popatrzeć można i zakupić mnóstwo różnych bibelotów do domu.

Z Sannen-zaka już tylko rzut kamieniem dzielił mnie od Kiyomizudery, świątyni czystej wody góry Otowa. Być może kojarzycie z telewizji lub internetu taki oto obrazek:

źródło: Wikipedia

Otóż niestety z powodu zbliżających się igrzysk wygląda to obecnie tak:

Kilka słów o kompleksie: świątynia powstała w 794 r. pod wpływem wizji mnicha Enchin, który otrzymał polecenie odszukania źródła czystej wody. Woda rzeczywiście znajduje się na terenie kompleksu, a jest to wodospad Otowa, którego woda podzielona jest na trzy strumienie. Podobno picie z każdego z nich przynosi inne korzyści, jednak pić wolno tylko z jednego, gdyż inaczej pijący uważany będzie za chciwego. Ogromnie długa kolejka chcących się napić skutecznie odstraszyła mnie jednak od spróbowania tej wody.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Poza głównym pawilonem na terenie kompleksu znajduje się jeszcze kilka mniejszych chramów, a najsłynniejszym spośród tych małych jest chram Jishu-jinja poświęcony bóstwu miłości. Obok niego w odległości 18 metrów od siebie znajdują się dwa kamienie, a według legendy ten kto przejdzie od jednego do drugiego z zamkniętymi oczami znajdzie miłość i szczęście w związku. Jeśli ktoś nam w tym pomaga oznacza to, że znajdziemy miłość, ale będziemy do tego potrzebowali czyjejś pomocy.

Kamienie miłości

Oczywiście cały kompleks jest wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Unesco, a wejście na teren głównej świątyni i pomniejszych kosztuje 400 jenów (niecałe 15 zł).

Następnym przystankiem na mojej trasie zwiedzania była świątynia Rengeoin Sanjuusangendō, świątynia słynąca z tego, że znajduje się tam 1001 figur bogini Kannon. W hali długiej na 120 metrów w czterech rzędach stoją posągi tej właśnie bogini z jednym ogromnym pośrodku. Za możliwość wejścia i popatrzenia trzeba zapłacić 600 jenów (22 zł), co dla mnie, mimo wszystko, było lekkim nadużyciem. Poza tym wewnątrz nie można robić zdjęć, dlatego podrzucam wam fotkę z internetu, żebyście mogli zobaczyć jak to mniej więcej wygląda:

źródło: JW Web Magazine
Świątynia z zewnątrz

Na sam koniec zaś, udałam się do Muzeum Narodowego Kioto, za wstęp do którego, dzięki legitymacji studenckiej, zapłaciłam jedyne 260 jenów (niecałe 10 zł). Muzeum słynie głównie z tego, że ma w swojej kolekcji rzeźbę Rodina i wystawia przedmioty uznane za skarby narodowe m.in. posągi bogów, kaligrafię czy kimona. Zajmuje 2 piętra i parter i na jego przejście bez zagłębiania się w szczegóły wystarczy wam jakieś 40 minut.

Po tym wszystkim przespacerowałam się jeszcze kolejny raz główną ulicą handlową w Kioto i wróciłam do hostelu akurat na czas, gdyż w końcu chyba przyszedł ten tajfun i się rozpadało. Wcześniej bowiem, było tylko szaro i wiało, a czasem spadły 2-3 krople deszczu. No i to by było na tyle z moich dzisiejszych wrażeń.

Goldeneye

W regionie Kansai szaleje dziś tajfun o sile 10 (najwyższy stopień w skali) i także dla Kioto zostały wydane ostrzeżenia. Obawiałam się trochę deszczu i wiatru, gdy wychodziłam rano z hostelu, na szczęście jednak poza przelotnymi mżawkami nic poważniejszego nie zawitało na horyzoncie.

Nawet se łódkę przyszykowałam na ten tajfun

Pierwszym przystankiem w mojej dzisiejszej podróży było miasteczko obok Kioto, Arashiyama. Słynie ono z bardzo starego mostu oraz bambusowego lasu. Jak przystało na takie miejsce turystów było w bród i ciężko było zrobić ładne zdjęcia. Poza tym jest tam jeszcze mnóstwo świątyń, problem jest tylko taki, że żeby do nich wejść trzeba w każdej zapłacić. Tak samo jest zresztą w całym Kioto i to mnie bardzo denerwuje, bo musiałabym wydać chyba z 1000 zł na odwiedzenie wszystkich miejsc, które są na mojej liście. Plus dodatkowe pieniądze na przemieszczanie się po mieście i przepis na bankructwo gotowy. Na szczęście w Kioto można kupić bardzo przydatny bilet jednodniowy, który pozwala na nielimitowane przemieszczanie się autobusami i kosztuje jedyne 600 jenów (22 zł), przy czym w Kioto za autobus obowiązuje stała stawka 230 jenów (około 8,50 zł) za przejazd, niezależnie od tego ile przystanków jedziemy. Ja dzisiaj zrobiłam w sumie 7 przejazdów, łatwo więc policzyć, że taki bilet jest bardzo opłacalny, zwłaszcza jeśli goni nas czas i w ciągu jednego dnia planujemy zwiedzić kilka różnych miejsc.

W każdym razie, w Arashiyamie pierwsze co zrobiłam to wybrałam się nad most, ponieważ był on w przeciwnym kierunku niż reszta planowanych przeze mnie atrakcji. Most Togetsukyo, bo tak brzmi jego oficjalna nazwa to most, który oryginalnie został zbudowany w okresie Heian (VII-XII w.) i zrekonstruowany w 1930 r. Wygląda on bardzo ładnie na tle lasu i rzeki, chociaż mnie widok psuła lekko koparka znajdująca się w tle.

Znad mostu poszłam do świątyni Tenryu-ji, która wpisana jest na listę Światowego Dziedzictwa Unesco. Dosłownie”świątynia niebiańskiego smoka”, świątynia została założona w 1339 roku i jest głównym miejscem kultu gałęzi Tenryu-ji nurtu buddyzmu Rinzai Zen (cokolwiek to znaczy). To co najbardziej warte uwagi w tym miejscu to chyba ogród, który przetrwał w niezmienionym kształcie od momentu jego założenia w XIV w. Można też nabyć bilety tylko na wejście do ogrodu w cenie 500 jenów (18 zł) lub w komplecie ze świątynią za 800 jenów (około 29,50 zł). Ja postawiłam na ogród, bo oglądanie świątyni polegało głównie na patrzeniu na puste pomieszczenia, a zresztą chciałam trochę oszczędzić. Czy ogród wart jest 500 jenów? Ciężko powiedzieć, chyba zależy co kto lubi i jaką ma kieszeń. Cena pewnie tak wywindowana ze względu na wiek ogrodu, bo jakichś szczególnych widoków tam nie ma, no ale jak już byłam to weszłam zobaczyć czemu przewodniki pieją z zachwytu nad tym miejscem 😉

Jeden z pawilonów świątyni

Zaraz obok świątyni znajduje się jednak darmowa (jak na razie) atrakcja, czyli las bambusowy. Jest on atrakcją tylko dlatego w sumie, że ładnie wygląda i bambus wydaje fajne dźwięki jak dwa drzewa o siebie uderzą, bo poza tym nic innego się w tym miejscu nie działo. A mimo to ludzi pełno i wszyscy pragną mieć o taką fotkę:

Po bambusowym lasie pospacerowałam jeszcze po bocznych uliczkach, popatrzyłam na świątynie z zewnątrz, zjadłam gotowaną kukurydzę za 500 jenów (serduszko mnie zabolało za te 18 zł), po czym wsiadłam w autobus i krzyknęłam „Odjazd panie kierowco”. Żartuję 🙂 Grzecznie siadłam na miejscu i pozwoliłam się przewieźć do jednej z największych atrakcji Kioto, czyli Złotego Pawilonu. Po drodze jeszcze trafiłam do świątyni Kitano-Tenmanguji, którą polecam z tego chociażby powodu, że obejrzenie jej było darmowe i nie musiałam dodatkowo wydawać.

Kinkaku-ji, czyli Złoty Pawilon to buddyjska hala, w której ponoć znajdują się relikwie samego Buddy. Pawilon został zbudowany w 1397 r. na rozkaz szoguna Ashikagi Yoshimitsu i miał reprezentować Czystą Krainę Buddy w tym świecie. Służył także jako willa szoguna i był odwiedzany przez cesarza oraz innych arystokratów. Po śmierci szoguna został przekształcony w świątynię i tak trwa do dziś. Jak to bywa w przypadku japońskich zabytków, Złoty Pawilon nie jest oryginalny, gdyż kilka razy spłonął w wyniku różnych wydarzeń, a ostatnio w 1950 r., gdy podpalił go fanatyczny mnich. Obecny budynek został zbudowany w 1955 r. i od 1994 r. figuruje na liście Światowego Dziedzictwa Unesco. Oczywiście też, nie można tak sobie przyjść popatrzeć, ale cena za wejście jest stosunkowo niewielka, bo wynosi jedyne 400 jenów (niecałe 15 zł). Jeśli chcecie mieć ładne zdjęcia pawilonu to wszystkie przewodniki polecają przyjście w ciągu tygodnia, wczesnym rankiem lub niedługo przed zamknięciem. Ja byłam dzisiaj w porze obiadowej i ludzi nie było chyba aż tak dużo, ale jednak wystarczająco, by zrobienie dobrego zdjęcia było wyzwaniem. Oprócz złotego pawilonu na terenie kompleksu jest jeszcze świątynia oraz stary domek herbaciany, który usytuowany jest tak, że idealnie widać z niego pawilon. Niestety nie wyglądają tak nieziemsko jak pawilon.

Jak widać na zdjęciach, w momencie gdy oglądałam pawilon zanosiło się już na deszcz i niedługo po moim wyjściu rzeczywiście zaczęło padać. Na szczęście nie była to ulewa, a na dodatek zaraz obok mnie znajdował się przystanek autobusowy, z którego autobus zawiózł mnie wprost pod kolejną atrakcję Kioto, czyli świątynię Ryōan-ji, kolejny obiekt wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Unesco. Świątynia ta słynie z kamiennego ogrodu zen, który wyróżnia się spośród pozostałych swoją prostotą i małymi rozmiarami. Na terenie 250 metrów kwadratowych znajduje się biały żwir ułożony wokół 15 kamieni, a poza nimi nie ma już nic (zazwyczaj są jeszcze drzewa albo jakieś małe krzewy). Na dodatek ogród jest ogrodzony glinianym murem, a zazwyczaj ogrody słyną z tego, że są otwarte lub wkomponowane w architekturę miejsca. Kto jest jego założycielem tego nie wiadomo, nieznane są też intencje autora i nie wiemy dlaczego ogród ma tylko kamienie i wygląda tak, a nie inaczej. Podobno pochodzi on jednak z początku XVI w i spekuluje się, że założył go szanowany mnich Tokuho Zenketsu. Poza ogrodem na terenie świątyni znajduje się także ogromny staw, pagoda i unikalna kamienna studnia „Tsukubai”. Znajduje się na niej napis „Uczę się tylko po to, żeby być zadowolonym”, co przekazuje ważną myśl zen, że ten kto uczy się dla własnego zadowolenia ten jest bogaty duchowo, a ten, kto tego nie robi, to pomimo materialnego bogactwa jest ubogi duchowo. Muszę jednak przyznać się, że nie znalazłam tej studni i nie wiem gdzie ona jest. Dodam też, że za wejście na teren świątyni płaci się 500 jenów (18 zł).

Kilka kamieni z ogrodu zen. Przy tej ilości ludzi niemożliwym było ujęcie całego ogrodu na jednym zdjęciu

Z dzisiejszych atrakcji to by było na tyle. Dzięki biletowi autobusowemu mogłabym zwiedzić zapewne jeszcze więcej, ale ponieważ zostaję tu do poniedziałku to dozuję sobie przyjemności, żeby przypadkiem atrakcje (lub pieniądze) nie skończyły się za wcześnie 😉

Nie spoczniemy nim dojdziemy

Kolejna podróż, kolejne ciąganie walizki i znowu nowy hostel. Do końca wyjazdu jakieś 2,5 tygodnia i w ciągu tego czasu będę mieć jeszcze dwa inne noclegi. Można więc powiedzieć, że nie mogę nigdzie spocząć. No, ale nieważne. Na chwilę obecną zatrzymałam się w Kioto. Wczoraj z kolei spędziłam miły dzień na rozmowach z nowymi znajomymi i graniu na automatach z nimi.

Od lewej: Nidal, James, ja, Helmut i Lin

Około 17 zabrałam walizki z hostelu i pojechałam do Kioto. Nie zajęło mi to długo, gdyż Kioto jest oddalone od Osaki o jakieś 20 kilometrów, więc pociąg jedzie z 30 minut. Po przyjeździe zameldowałam się w nowym hostelu, który jest najbardziej wypasionym hostelu w jakim miałam okazję mieszkać w trakcie tego pobytu. W mojej norce mam nawet sejf i dostałam jednorazowe kapciuszki. Ma tylko jedną wadę – w nocy norka nagrzewa się niemiłosiernie i ciężko jest spać.

Dziś za to chciałam zwiedzić jedną z posiadłości cesarskich. Przy czym chciałam, jest tu słowem kluczem. Niestety zwiedzanie nie udało się, bo wczoraj było święto w Japonii (Dzień Gór, witamy) i z tego powodu wszystkie miejsca, które normalnie są zamknięte w poniedziałki zostały zamknięte także dziś. No więc pocałowałam klamkę tu i ówdzie i humor miałam niezbyt miły. Nie pomogły nawet targi starych książek na terenie najstarszej świątyni w Kioto.

Do środka tej świątyni też nie weszłam, bo kosztowało to 600 jenów (22 zł), a biorąc pod uwagę rosnący kurs jena i fakt, że w Kioto prawie każda świątynia jest płatna, muszę ograniczyć swoje pielgrzymki świątynne. Nic to jednak, bo z zewnątrz miejsce wyglądało równie ładnie. Poza tym na terenie dostępnym za darmo widać było duże plastikowe jajka co jest elementem nadchodzącej instalacji świetlnej, którą od 17 sierpnia będzie można oglądać wieczorami. Dla mnie tworzyło to dość ciekawe widoki i przywodziło na myśl dekoracje wielkanocne, ale co ja tam wiem.

Przy okazji – świątynia nazywa się Shimogamo-jinja i jest wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco. Według legend została wzniesiona w miejscu o nazwie „brama diabła”, żeby zapobiec wejściu demonów, zła i nieszczęść do północno-wschodniej części miasta.

Po drodze do świątyni zahaczyłam też o ogród Pałacu Cesarskiego w Kioto. Jest to całkiem ładny park, na terenie którego znajduje się jedna z rezydencji możliwych do zwiedzania (jednak nie w tym dniu, o nie). A poza tym pełno tam żwiru, który wsypuje się do butów.

Potem udałam się w kierunku kolejnej rezydencji cesarskiej (wciąż nieświadoma mojego ogromnego błędu). Pocałowałam klamkę po dotarciu na miejsce i chciało mi się płakać nad własną głupotą, ale na szczęście Kioto to stare miasto i w okolicy pełno jest różnych świątyń, więc postanowiłam pozwiedzać te najbliższe. Na pierwszy ogień poszła świątynia Manshu-in. Świątynia należy do nurtu Tendai, ale niestety nie potrafię wam powiedzieć czym ten nurt buddyzmu różni się od pozostałych. Poza tym na jej terenie znajduje się ogród karasansui oznaczony jako narodowe Place of Scenic Beauty (Miejsce Narodowego Piękna?). Wejście do tej świątyni kosztowało mnie 600 jenów (22 zł), ale jak już specjalnie pojechałam na obrzeża miasta to postanowiłam tam wejść, żeby pieniądze, które wydałam na pociąg się nie zmarnowały. W środku niestety nie wolno robić zdjęć, ale mogę potwierdzić, że ogród był całkiem ładny, choć malutki, a poza tym na ścianach wisiały zdjęcia (zakładam, że) obecnego kapłana świątyni z Davidem Beckhamem oraz Janem Pawłem II. No i jeszcze z cesarzem.

Widok na miasto ze świątyni Enkōji

Ze świątyni Manshuin ruszyłam w kierunku świątyni Enkōji. Świątynia ta została zbudowana na rozkaz szoguna Ieyasu Tokugawy w 1601 roku. Miała to być instytucja edukacyjna i była otwarta dla wszystkich, a nie tylko dla mnichów. Świątynia wydała nawet kilka książek, a drewniane bloki użyte do ich stworzenia są wystawione na pokaz i są uznawane za najstarsze tego typu matryce w Japonii. Na terenie świątyni znajduje się kolejny ogród karasansui, czyli ogród bez wody z mnóstwem białych kamyków ułożonych tak, żeby wyglądały jak kręgi rozchodzące się na wodzie. Obecnie, żeby móc podziwiać ten ogród należy zapłacić 500 jenów za wejście (około 18 zł)

Podobno tereny świątynne najpiękniej wyglądają na jesieni, kiedy ziemia pokryta jest czerwonymi liśćmi klonu. No cóż, w lecie wygląda on wcale nie gorzej. Oprócz ogrodu jest tam także mały bambusowy las i cmentarz, na którym pochowana jest Taka Murayama, domniemana bohaterka jednej z powieści japońskich pt. Hana no shōgai, o której internet nic praktycznie nie wie, oraz Syed Omar, student z malezyjskiej rodziny królewskiej, który zginął w wyniku wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie.

Po osiągnięciu stanu zen udałam się z powrotem do centrum, żeby mój brzuch także osiągnął stan zen. Los zaprowadził mnie dziś do knajpki Sukiya, japońskiej sieci fastfoodów, która słynie z misek ryżu z wołowiną z różnymi dodatkami. Ja wybrałam wersję z trzema serami, która w normalnym rozmiarze kosztowała mnie 500 jenów (18 zł). Oprócz Sukiya dwie inne sieciówki serwują miski z wołowiną – są to Matsuya i Yoshinoya. We wszystkich trzech ceny za podstawową wersję są takie same, a różnią się one głównie rodzajami dań jakie posiadają w ofercie.

Do mojego dania podawany był też sos tabasco, ale nie jestem fanką ostrego, więc nie korzystałam

Ostatnim punktem mojej dzisiejszej wycieczki był spacer po dzielnicy gejsz, czyli Gion. I chociaż żadnej z nich nie spotkałam, to miejsce jest bardzo klimatyczne, choć jak to bywa z turystycznymi miejscami, okropnie zatłoczone.

W sumie przeszłam prawie 20 km na nogach, niezły trening przed Fuji. W tym upale było to też bardzo męczące i nie wiecie jak bardzo cieszyłam się gdy w końcu mogłam wejść pod prysznic. Gdzieś po drodze humor zmienił mi się także na lepsze i koniec końców muszę przyznać, że ten dzień był całkiem udany. Jutro za to planuję wybrać się do Arashimy, słynnego lasu bambusowego na obrzeżach Kioto. A jeśli starczy mi odwagi to pójdę też do parku z małpami, może mnie nie zjedzą.