Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu i od mojego powrotu do Polski. Od środy jednak znowu podróżuję, choć nie tak daleko i nie na tak długo jak latem. Obecnie bawię się na Ukrainie w Kijowie. Przyleciałyśmy z mamą, żeby odwiedzić to miasto, a przy okazji pojechać do Charkowa, gdzie mama studiowała.

W Charkowie poza uczelnią mamy zobaczyłyśmy cmentarz ofiar totalitaryzmu, gdzie leżą pochowani polscy oficerowie przetrzymywani w obozie w Starobielsku i bestialsko zamordowani. Wśród zabitych znalazłam nawet jednego Karpowicza, ale nie wiem czy to bezpośrednio ktoś z rodziny.







W Kijowie zimno jak cholera, chociaż z tego co słyszałam to w Warszawie wcale nie lepiej. W środę i czwartek byłyśmy w Charkowie na szybko, a dzisiaj już spacerowałyśmy po Kijowie. Co dziwne, w Polsce przewodników po Kijowie jest jak na lekarstwo. Pełno tych po Lwowie, ale po stolicy to już nie dadzą. Nam na szczęście udało się dorwać jakiś ostatni egzemplarz w Empiku i dzisiaj przeszłyśmy się jedną z zaproponowanych w nim tras.

Trasa zaczynała się od najstarszej bramy do miasta – Złotej Bramy, przechodziła przez stare kamienice i najważniejsze cerkwie i sobory w Kijowie. Udało nam się nawet na trasie natrafić na polską ambasadę.

Złota Brama to najstarsza brama wjazdowa do miasta i podobno została wybudowana około 1017 r. przez Jarosława Mądrego. Według legendy to na niej swój miecz Szczerbiec wyszczerbił Bolesław Chrobry, ale nie wiadomo czy to prawda, bo opisywał to Gall Anonim i dokładnie taką samą historię opisał przy innym polskim królu – Bolesławie Śmiałym. Nie ma też pewności co do daty powstania bramy. Wiadomo jednak, że jej nazwa wzięła się od tego, że władca postanowił pozłocić kopułę na szczycie i wrota. Dziś wrota już nie są złote, ale kopuła wciąż błyszczy.



Spod Złotej Bramy poszłyśmy dalej odbijając z głównej ulicy i zagłębiłyśmy się w boczne uliczki pełne starych kamienic, pałacyków i murali na ścianach. Tam też znalazłyśmy polską ambasadę, pod którą nawet udało nam się zrobić szybkie zdjęcie.







Nasza trasa prowadziła nas w stronę soboru sofijskiego – najstarszej świątyni chrześcijańskiej we wschodniej Europie. Została ona zbudowana w XI w., ale znów nie wiadomo do końca kto kazał ją zbudować. Wejście na teren kompleksu kosztuje 20 hrywien dla osoby dorosłej i 10 hrywien dla dziecka/studenta. Jednak, żeby wejść do środka świątyni bądź innych miejsc udostępnionych do zwiedzania trzeba dodatkowo płacić. Za wstęp do wszystkich miejsc zapłacimy 180 hrywien dla osoby dorosłej, a dla studenta nie wiem. Nam nie zależało też na oglądaniu wszystkiego i kupiłyśmy dodatkowo tylko bilet wstępu do soboru za 80 i 30 hrywien, odpowiednio dla osoby dorosłej i studenta. Poza tym przed soborem złapał nas Masza, który zrobił nam zdjęcia i jeszcze tak zagadał, że mama zrobiła mi z nim całą sesję.









W środku świątyni udało nam się nawet załapać na darmowe oprowadzanie z przewodnikiem. Co prawda po ukraińsku, ale zrozumiałam większość z tego co było mówione i chyba te najważniejsze rzeczy.
Po soborze sofijskim poszłyśmy dalej. Plan był, że pójdziemy do cerkwi świetego Andrzeja, ale inaczej skręciłyśmy i doszłyśmy do soboru michajłowskiego. Może niektórzy go kojarzą, bo to piękny niebieski sobór ze złotymi kopułami. Zanim jednak do niego weszłyśmy (a wejść można za darmo) poszłyśmy coś zjeść, bo była już 14, a nam kiszki marsza grały. Trafiłyśmy do jakiejś knajpki z typowo ukraińskim jedzeniem i zamówiłyśmy „biznes lunch” za 97 hrywien. W zestawie lunchowym była sałatka, zupa, drugie danie i kompot. Kompot obrzydliwy, bo z suszu, ale reszta mi smakowała.


Z pełnymi brzuszkami wróciłyśmy do soboru. Wejście na jego teren i do świątyni jest darmowe, jak już wspominałam tylko w środku nie wolno robić zdjęć.





Gdy wyszłyśmy poszłyśmy w kierunku kolejnej cerkwi – pod wezwaniem Św. Andrzeja. Tę niestety mogłyśmy podziwiać jedynie z daleka, bo jest remontowana i nie da się wejść do środka. Niemniej była bardzo ładna, a obok niej biegnie ulica Zjazd św. Andrzeja, gdzie stoi pełno straganów z rękodziełem i można kupić najprzeróżniejsze pamiątki – od prawdziwych legitymacji członków Waffen SS, przez uszanki i przypinki z Leninem, aż do matrioszek i wyszywanek.






Schodząc Zjazdem w dół doszłyśmy do domu Michaiła Bułhakowa i nawet chętnie bym do niego weszła, ale wstęp kosztował 50 hrywien, a w sumie nie zależało mi na nim aż tak, żeby płacić. Zwłaszcza, że w przewodniku pisali, że wstęp jest darmowy. No, ale chociaż fotkę sobie z nim zrobiłam:

Na sam koniec poszłyśmy na kolację z kolegą mamy ze studiów, Saszą, i jego żoną. Było miło i przyjemnie i po posiłku podwieźli nas samochodem do mieszkania, co bardzo mi się podobało, bo po całym dniu chodzenia na zimnie miałam już dość.






Podsumowując, uważam ten dzień za bardzo udany, a Kijów za bardzo piękny. W przeciwieństwie do Warszawy budynki w nim są kolorowe, co dodaje miastu uroku i mi osobiście przypadło do gustu. Poza tym nie jest tu aż tak drogo, co też jest dużym plusem 😉
Czy podobało mi się? Tak. Czy powtórzyłabym to? Nie mam pojęcia. Ciężko mi powiedzieć, naprawdę, bo z jednej strony przeżyłam wspaniałe chwile, ale z drugiej uświadomiłam sobie jak bardzo lubię Polskę i jak bardzo wolę być blisko ważnych dla mnie osób niż zwiedzać ósme cuda świata.











































































































































































































