Ale się działo. Przedwczoraj przyjechałam do Shizuoki, a wczoraj i dziś, razem z moim kolegą Yumą i jego znajomymi, Nagisą i Shuheiem próbowaliśmy zdobyć Fuji.

Plan był prosty – wejść większą część trasy w środę, zanocować w schronisku 600 metrów od szczytu i w czwartek nad ranem ruszyć na szczyt i zobaczyć wschód. Wyruszyliśmy samochodem z Shizuoki o 9 rano, ale przez korki w okolice Fuji dotarliśmy dopiero około 13. Z parkingu, za który zapłaciliśmy 1000 jenów (36 zł) za dwudniowy postój autobus (bilet w dwie strony 2000 jenów, około 74 zł) zawiózł nas do 5 stacji, miejsca, gdzie większość osób rozpoczyna swoją wspinaczkę. Nie spieszyło nam się aż tak, gdyż w naszym schronisku zameldowanie było możliwe dopiero od 20. Wspinaczkę zaczęliśmy o 15.


Bałam się o pogodę, gdyż prognozy zapowiadały deszcze i możliwe burze właściwie od samego rana do wieczora. Na szczęście jednak prognoza się nie sprawdziła i było ładnie. Na dole było mgliście, a potem trochę wiało, ale w dolnych partiach góry było to do zniesienia. Wspinaliśmy się całkiem szybko, a Yuma wręcza gnał jak szalony. Naprawdę nie wiem skąd on miał tyle energii. Przy 6 stacji musieliśmy zapłacić opłatę w wysokości 1000 jenów (36 zł), którą władze parku wokół Fuji pobierają na konserwację tras itp. W zamian dostaliśmy opaski na rękę, które podobno świecą w ciemności i drewniane zawieszki do przyczepienia do plecaków.


Ogólnie rzecz biorąc, tras prowadzących na Fuji jest łącznie 4, każda zaczyna się trochę innym miejscu i różni się długością oraz stopniem trudności wspinaczki. Idąc za moją propozycją zdecydowaliśmy się na trasę Yoshida, od wschodniej strony góry. Jest to najbardziej popularna trasa z tego względu, że szlak jest w miarę łagodny, zejście i wejście nie trwa aż tyle czasu (nam przejście 2/3 trasy zajęło 4 godziny, a zejście około 3). No i też z tego względu, że biegnąc po wschodniej stronie góry, jeśli ktoś nie dotrze na szczyt przed świtem, to wciąż można podziwiać wschód, choć z trochę niższej partii góry. Poza tym na tej trasie jest najwięcej chatek, schronisk i sklepów, więc można zawsze zaopatrzyć się w coś ciepłego do jedzenia, picia, tlen, ubrania itp. Oczywiście wraz z wysokością rośnie cena produktów. Żeby umilić sobie wspinaczkę graliśmy z dobre dwie godziny w shiritori, czyli jedna osoba mówi jakieś słowa, a druga wymyśla słowo na ostatnią sylabę (tak, sylabę, bo Japończycy z pojedynczych literek mają tylko samogłoski i n, ale na n żadne słowo się nie zaczyna, więc takich słów nie wolno mówić). Gra znana i w Polsce, choć wiadomo, że nasze zasady są trochę inne.



Nasze schronisko znajdowało się na 8 stacji, na wysokości 3370 metrów nad poziomem morza (Fuji ma wysokość 3776 m.n.p.m.), a nocleg w nim kosztował 6700 jenów (prawie 247 zł, no ale za nocleg na takiej wysokości to nie będę narzekać na cenę) wraz z kolacją. Spaliśmy w ciasnej norze, gdzie oprócz naszej czwórki były jeszcze cztery inne osoby i ogólnie każdy musiał spać na wznak, bo byliśmy ściśnięci jak sardynki w puszce. W cenie noclegu były oczywiście śpiwory i poduszka, poza tym za darmo można było podładować telefon. Co do innych rzeczy – za toaletę, jak wszędzie indziej na trasie płaciło się 200 (7,40 zł) jenów za użycie, była ona na zewnątrz i były to tylko kibelki. Prysznicy nie było i nie ma w żadnym ze schronisk dostępnych na trasie, a przynajmniej ja o żadnym nie słyszałam. Poza tym było tam dość zimno, do tego stopnia, że spałam w ubraniach, w których przyszłam (choć potem w nocy zrobiło mi się aż za gorąco w mojej bieliźnie termicznej).


Do schroniska dotarliśmy około 19, zjedliśmy kolację i plan był taki, żeby jak najwięcej wypocząć i o 2 nad ranem ruszyć na szczyt. Taki był plan. Niestety po drodze sprawy się skomplikowały. Po pierwsze, żadne z nas nie mogło spać, przy czym ja chyba i tak spałam najdłużej z całej grupy, bo jakieś 3 godziny. Nagisa zdrzemnęła się tylko na pół godziny, a chłopaki to nie wiem. O północy poszłam do toalety, bo nie wytrzymałam z ciepła (musiałam wykonać szaleńczy bieg przez wiatr od schroniska do toalety). O północy spotkałam też Shuheia w części wspólnej, bo nie mógł on spać w naszej norce i poszedł tam posiedzieć. Potem około 1 zobaczyłam jak Yuma wstaje i wychodzi z norki. Gdy wstałam o 1:30, obudziłam Nagisę i zaczęłyśmy się szykować, jednak chłopaków nigdzie nie było widać. Włączyłam internet i okazało się, że Yuma dostał ataku choroby wysokościowej, w ogóle nie mógł spać, bo bolała go głowa i Shuhei postanowił zejść z nim niżej. Gdyby mu się poprawiło mieli nas dogonić. Niestety jednak się nie poprawiło i koniec końców chłopcy zeszli na sam dół do 5 stacji, żeby stamtąd oglądać świt. Co do nas – w trakcie tych kilku godzin, gdy byliśmy w schronisku, pogoda zdążyła się diametralnie zmienić. Zaczął wiać silny wiatr, padał deszcz, a nawet trochę śniegu. Zastanawiałyśmy się z Nagisą co robić, czy chcemy atakować, czy nie. Co więcej, mnie też bolała trochę głowa, ale na szczęście Nagisa miała tlen i trochę go zażyłam. Po chwili wahania zdecydowałyśmy się spróbować wejść chociaż do następnej stacji (nr 9), a jeśliby miałoby być bardzo źle to wrócić i zejść na dół albo obejrzeć świt z 8 stacji. Szłyśmy bardzo powoli, a razem z nami tłumy innych śmiałków. Z góry wyglądało to jak błędne ogniki albo świetliki.

Po drodze zaczęło mi się robić trochę niedobrze, więc robiłyśmy więcej przerw i szłyśmy bardzo powoli. 200 metrów od szczytu myślałam, że nie dam rady i trzeba będzie zawrócić, ale spięłam się w sobie, bo w końcu było już bardzo blisko i udało nam się dotrzeć na szczyt o 4 nad ranem. Dawało nam to jeszcze godzinę czasu do świtu (świt o 5:09), którą musiałyśmy jakoś przeczekać w wielkiej pizgawicy i mżawce. Na szczycie na szczęście też znajdował się bar, w którym się schroniłyśmy, ja wypiłam gorącą czekoladę, a Nagisa zjadła udon. Mogłyśmy siedzieć w środku tylko pół godziny, bo potem trzeba było zrobić miejsce dla innych turystów, więc kolejne pół godziny stałyśmy na wietrze i czekałyśmy na świt.

Koło 4:30 zaczęło się powoli robić jasno, jednak co z tego, skoro wiatr tak przeganiał chmury, że moje najlepsze zdjęcia ze szczytu wyglądają tak:

Postałyśmy mniej więcej do 5, ale nie zapowiadało się, żeby miało to wyglądać lepiej, więc zdecydowałyśmy się rozpocząć schodzenie. Obok baru był też cały krater wulkanu, bardzo fajny do obejrzenia, ale w tej temperaturze (obstawiam coś na minusie przy tej sile wiatru i deszczu) i przy tej pogodzie (mgła) nie zdecydowałyśmy się go obejść. Schodząc niżej chmury trochę się przerzedziły i w pewnym momencie, tak koło 5:30-6:00 rano udało nam się zrobić już bardzo ładne zdjęcia świata z góry.




Zejście zajęło nam, tak jak wcześniej wspominałam około 3 godzin, gdyż chwilę po 8 byłyśmy już na dole. Trasa zejściowa biegnie zupełnie inaczej niż trasa wejściowa, dzięki czemu nie ma korków po drodze, ale droga była pełna żwiru i małych kamyków, przez co co chwilę coś mi wpadało do buta. Wraz ze zniżaniem się, zdejmowałam też kolejne warstwy, bo robiło się coraz cieplej. Na dole, w 5 stacji czekał na nas Shuhei, a Yuma wrócił sam wcześniej do samochodu i tam spał. Około 10 nasza trójka wróciła na parking i pojechaliśmy do kolejnego, zasłużonego punktu na naszej trasie, czyli onsenu.
Onseny to japońskie źródła termalne, przy czym wody w nich są o wiele cieplejsze niż w naszych termach w Bukowinie (Yuma narzekał mi, że gdy był w Zakopanem i poszedł do term to było mu w nich zimno). Baseny dla kobiet i mężczyzn są rozdzielone, a wszyscy chodzą tam nago, jedynie z małym ręczniczkiem na głowie, którym po skończonym wygrzewaniu się wycierają. Wybrany przez nas onsen znajdował się jakieś 20 minut jazdy od Fuji, a wejście do niego kosztowało nas 1300 jenów za osobę (niecałe 48 zł). W cenie były też ręczniki, a poza tym nie ma tam limitu czasowego. Możemy więc siedzieć w ciepłych wodach ile chcemy. Zwyczaj nakazuje, by przed wejściem do basenów wykąpać się pod prysznicem (tak, z mydłem i głowę też umyć), a przed wejściem do basenu oblać się jeszcze ciepłą wodą po ciele, żeby przyzwyczaić się do temperatury. Poza tym w onsenach znajdują się różne rodzaje basenów. Jeśli chodzi o nasz, to był tam basen zapachowy (zapach niezidentyfikowany, próbowałyśmy wyniuchać z Nagisą, ale nam się nie udało), basen z gazem węglowym, sauna parowa i sucha, zwykłe ciepłe baseny i basen zewnętrzny, z którego widać Fuji (niestety nie dziś, chmury nam przeszkodziły). Byłyśmy tam około półtorej godziny, a po wyjściu zjedliśmy obiad w restauracji. Za moją zupę zapłaciłam 820 jenów (30 zł), ale porcja była ogromna i najadłam się nią. Potem wsiedliśmy w samochód i przez 2 godziny wracaliśmy do Shizuoki. Po tych dwóch dniach jestem piekielnie zmęczona, bolą mnie stopy i ogólnie wszystko, ale cieszę się, bo jest to najprawdopodobniej najwyższy szczyt, który zdobędę w swoim życiu, a poza tym raczej nie planuję drugiego podejścia na Fuji, więc szkoda byłoby zmarnować tę okazję. Poza tym, pomimo słabej pogody na szczycie, podczas zejścia rozpogodziło się na tyle, że mogłam podziwiać wspaniałe widoki i było to naprawdę magiczne doświadczenie.
Ociupinkę wyżej niż Teide a tam poszło jak z płatka więc się nie zarzekaj, jeszcze na jakąś wyższą górkę się może kiedyś wdrapiemy 😀
PolubieniePolubienie
Na Teide wjechałam głównie kolejeczką 🙂 nie szłam o 2 nad ranem na szczyt 😉
PolubieniePolubienie