Na fali

Zaczął się mój ostatni tydzień w Japonii i znowu jestem w Tokio. Właściwie nie wiem czemu postanowiłam tu być aż cały tydzień, bo tak na dobrą sprawę nie ma tu nic ciekawego do roboty, no ale nieważne. Mogę przynajmniej trochę odpocząć, bo cały czas jestem zmęczona po poprzednim tygodniu. Tyle różnych rzeczy się wtedy działo.

W piątek było lokalne święto w Shizuoce, więc Yuma i Nagisa mieli wolne. O 10 pojechaliśmy więc razem na jakieś pole w środku niczego, bo tam na polu ryżowym były ułożone różne kształty ze zbóż. Jest to doroczna atrakcja w tej okolicy, chociaż zdaje się, że niewiele osób o tym wie, bo Yumie powiedziała o tym siostra. Wzorów nie ma dużo, ale przyznam, że fajnie to wyglądało z góry.

Jak widzicie, były one ogromne, a przy okazji padał deszcz. Z pola ryżowego pojechaliśmy na wczesny obiad do restauracji, która jest bardzo znana w Shizuoce i słynie z ハンバーガー, czyli hamburgerów po japońsku. Mnie o tej restauracji powiedział jeszcze w Polsce Shu, kolega Japończyk, który mieszka w Warszawie. Zapewniał, że jedzenie jest pyszne i koniecznie muszę odwiedzić to miejsce, skoro będę w Shizuoce. Shu miał rację, to była najlepsza wołowina jaką jadłam. W zestawie lunchowym, który kosztował niecałe 1200 jenów (około 44 zł) była mała zupa (przypominała smakiem polską zupę warzywną z młodą kapustą), wielkie kotlety, kilka warzyw i bułka albo ryż. Ja wybrałam bułkę, Nagisa też, ale Yuma, jak prawdziwy Japończyk postawił na ryż. Poza tym mój kolega postawił mi ten posiłek i czułam się troszkę głupio, bo już i tak wystarczająco dużo dla mnie zrobił.

Z restauracji pojechaliśmy do Yamaha Communication Plaza, miejsca, które znalazłam wcześniej w internecie. Jest to miejsce niedaleko fabryki Yamahy, coś à la showroom, gdzie każdy może wejść za darmo i pooglądać róże modele motocykli, silników, motorówek, a także dowiedzieć się czegoś więcej o historii firmy i wypić kawę.

Zanim jednak stamtąd wyszliśmy to zdążyło się strasznie rozpadać i zastanawialiśmy się co powinniśmy dalej robić. Padło na wycieczkę nad ocean, na wydmy piaskowe. Woda w oceanie jest o wiele cieplejsza niż w Bałtyku, ale jak miałam też okazję się przekonać, o wiele bardziej słona, niż ta w naszym morzu.

Po tej wycieczce wróciliśmy do domu koło 16. Wieczorem miał odbyć się lokalny festiwal i siostra Yumy była tak miła, że pożyczyła mi jedną ze swoich yukat (letnia wersja kimona), ubrała mnie i uczesała.

Z domu pojechaliśmy znowu nad morze, na miejsce festiwalu. O 20 miały być fajerwerki, więc wcześniej przeszliśmy wszystkie budki z jedzeniem w poszukiwaniu czegoś na kolację. Padło na pieczony makaron soba, smażone kurczaki, frytki, kiełbaski z grilla i małe piwo dla mnie. Pokaz fajerwerek trwał całą godzinę, a nawet musiał zostać na chwilę przerwany, gdyż w okolicy znajduje się lotnisko i akurat lądował samolot, więc żeby mu nie przeszkadzać organizatorzy zrobili krótką przerwę.

Wróciliśmy do domu około 22, ale tak się rozgadaliśmy o Polsce i historii Europy, że spać poszłam dopiero około 1. A wstać musiałam już o 6, gdyż o 7 rano mieliśmy jechać surfować z Yumą. Wstanie rano było bardzo ciężkie i nawet Świnka, pies Yumy, nie wyglądała na zadowoloną, że budzimy ją tak wcześnie.

Wybraliśmy się więc nad morze, choć niestety po drodze się rozpadało i zaczął padać deszcz. Na dodatek, po dotarciu na plażę okazało się, że prawie w ogóle nie ma fal i trochę bałam się, że nic nie wyjdzie z moich prób surfowania. Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy się spróbować na plaży kawałek dalej. Yuma pożyczył mi swoją starą piankę, więc wyglądałam jak prawdziwy surfer. Szkoda tylko, że surfowanie aż tak dobrze mi nie wychodziło. Przez większość czasu wpadałam do wody, a na desce utrzymać udało mi się może ze 3 razy i to w sumie przez 5 sekund. Miałam jednak dużą frajdę i bardzo mi się podobało. Poza tym na plażę przyjechała też siostra Yumy z mężem i Świnką i trochę pływali z nami.

Tutaj łapię fale jak prawdziwy surfer…
…ale tak właśnie wyglądałam przez większość czasu
Słoneczny patrol nadchodzi

Na sam koniec Yuma chciał też trochę posurfować, bo ostatnio nie bardzo może (miał przepuklinę), ale fale zrobiły się już za słabe i nic z tego nie wyszło. Do domu wróciliśmy więc koło 10:00 i za chwilę pojechaliśmy do kina, na moje życzenie, obejrzeć japońską animację pt.: „Tenki no ko”, czyli dosłownie Dziecko pogody. Jest to animacja autorstwa tego samego reżysera, który nakręcił „Kimi no na ha”, dość sławną w ostatnim czasie japońską animację. A wiedząc, że w Polsce na pewno nie będę miała szansy legalnie obejrzeć tego filmu poprosiłam Yumę, czy nie moglibyśmy iść razem. Bilet kosztował mnie 1500 jenów (55 zł), co czyni ten film najdroższym seansem w moim życiu, no ale jest to też doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Nie będę zdradzać treści filmu, ale powiem wam, że podobało mi się i nawet zrozumiałam zaskakująco dużo. Film nie przebił jednak Kimi no na ha, a momentami mam wrażenie, że był zbytnio naciągany. To nic jednak, bo miło spędziłam czas, a teraz gdy jestem w Tokio mogę iść zobaczyć wszystkie miejsca, które pojawiły się w filmie (akcja rozgrywa się właśnie w stolicy Japonii). Po kinie pojechaliśmy do muzeum zielonej herbaty, ponieważ prefektura Shizuoka, w której mieszka Yuma słynie w całej Japonii z najlepszej zielonej herbaty. Na każdym kroku można tu zobaczyć pola herbaciane, jest wiele różnych rodzajów napoju, w zależności od miejscowości pochodzenia, a w muzeum jest cały sklep i kawiarnia. Do samego muzeum nie weszliśmy, ale kupiliśmy sobie deser lodowy z lodami o smaku matcha (zielona herbata japońska), której stopień intensywności wynosił 7, najwięcej ile się dało. Deser znowu postawił nam Yuma i zapłacił za niego 780 jenów (29 zł). Lody były naprawdę mocno intensywne i dobrze, że oprócz kulki o smaku matchy była też kulka lodów śmietanowych i bita śmietana, które trochę łagodziły gorycz herbaty. Po deserze przeszliśmy się jeszcze po ogrodzie, który znajduje się na terenie muzeum, i który jest stylizowany na czasy Edo.

Potem wróciliśmy do domu i odpoczywaliśmy. Około 18:30 Yuma odwiózł mnie na przystanek autobusowy, skąd miałam autobus do Tokio. Za bilet zapłaciłam 3100 jenów (prawie 115 zł), a podróż trwała jakieś 3 godziny. Były jednak korki i drobne opóźnienia, więc choć planowo miałam dotrzeć na Dworzec Tokio o 22:30, to byliśmy tam dopiero o 23:00. Z dworca pojechałam prosto do hostelu, tego samego, w którym zatrzymałam się na początku mojej podróży i poszłam spać. Wczoraj za to spotkałam się z koleżanką z Włoch, którą poznałam w trakcie pobytu w Kioto i razem poszłyśmy zjeść japońskie curry na kolację. Dzisiaj też się spotykamy, razem z Włochami, których też poznałyśmy w Kioto i może nawet pójdziemy na karaoke. A tak poza tym, to przed powrotem mam jeszcze w planach spotkanie z innymi znajomymi z Tokio.

Dodaj komentarz