Ostatnie dni

Mój wyjazd powoli zbliża się do końca. Już za dwa dni o 12 czasu japońskiego wsiądę w samolot i wystartuję z powrotem w kierunku Europy. Teraz, w Tokio, wydaję ostatnie pieniądze, kupuję pamiątki i spędzam czas ze znajomymi. Przedwczoraj i wczoraj spędziłam całe prawie w towarzystwie Aurory, mojej nowej znajomej z Włoch. Przedwczoraj też spotkałyśmy się z naszymi kolegami Włochami, bo wszyscy razem poznaliśmy się w Kioto. Poszliśmy wspólnie na kolację, pochodziliśmy po sklepach i miło spędziliśmy czas. Chłopaki wrócili do domu wczoraj, a w tym czasie Aurora przyjechała do mojej dzielnicy i trochę sobie pozwiedzałyśmy Asakusę. Zjadłyśmy ciastka z pastą z czerwonej fasoli, lody o smaku matchy, a na obiad curry z tonkatsu, za które zapłaciłam 550 jenów (około 20,50 zł).

Potem chodziłyśmy po sklepach wokół Tokyo Station i odwiedziłyśmy ogrody cesarskie w parku cesarskim (wstęp darmowy). Gdy się ściemniło pojechałyśmy do budynku tokijskiego ratusza, by z 45 piętra obejrzeć wieczorną panoramę miasta. Wjazd był darmowy, a ludzi nie aż tyle ile można by się spodziewać. Chyba mało kto wie o tym miejscu, a szkoda, bo ludzie płacą 3000 jenów (ponad 100 zł) za wjazd na SkyTree, podczas gdy tutaj widok wcale nie jest gorszy.

Na sam koniec wybrałyśmy się na kolację do Shibuyi, dzielnicy w której zatrzymała się Aurora. Wybrałyśmy burgery, bo przejadły nam się już rameny, udony i inne dania kuchni japońskiej. Burger z bekonem i serem kosztował mnie 1400 jenów (52 zł) w zestawie z frytkami. Tani nie był, ale przynajmniej dobry. Po kolacji weszłyśmy jeszcze do Bic Camera, sklepu z dosłownie wszystkim, gdzie Aurora wydała ostatnie jeny, po czym rozstałyśmy się.

Dzisiaj za to byłam umówiona na spotkanie z Keitą, moim kolegą, z którym widziałam się w Tokio na samym początku mojej podróży. Spotkaliśmy się około 11 i wyruszyliśmy w podróż samochodem nad morze, które jest oddalone od Tokio o jakiejś półtorej godziny jazdy. Niestety, pogoda nam nie dopisała i przez cały dzień praktycznie lało. Po drodze wstąpiliśmy do kawiarni z motywem Totoro, stworka ze znanej japońskiej animacji „Mój sąsiad Totoro”. Jeśli jeszcze nie widzieliście to bardzo polecam. Ciepły, rodzinny film. Nie mogłam się oprzeć i kupiłam sobie dwa ptysie w kształcie Totoro, jeden z nadzieniem mango, a drugi ze zwykłym, budyniowym kremem. Keita powiedział mi, że kiedyś pracował dorywczo w tej kawiarni.

Nad morzem niewiele właściwie zobaczyliśmy, ale za to zjedliśmy pyszny obiad. Ja zamówiłam magurodon, czyli ryż ze świeżym tuńczykiem w sosie i położony na świeżym imbirze. Do tego była jeszcze zupa miso, daikon, czyli japońska rzepa w wersji lekko marynowanej i barwionej na żółto jako zakąska i coś, czego nie potrafiiśmy zidentyfikować z Keitą, ale co było bardzo smaczne. Keita z kolei zamówił tuńczyka w tempurze z ryżem i takimi samymi dodatkami jak ja. Za mój obiad zapłaciłam 1130 jenów (42 zł) i muszę przyznać, że nigdy nie jadłam tak dobrego tuńczyka. A ja przecież fanką ryb nie jestem.

Następnie pokręciliśmy się trochę po nabrzeżu podziwiając przystanie i port, po czym wróciliśmy z powrotem do Tokio. W drodze Keita puścił mi piosenki swojego ulubionego zespołu Bump of chicken, a ja z kolei puszczałam mu różne europejskie kawałki takie jak Abba, Shakira czy z naszego domowego ogródka, Kayah. To był bardzo dobrze spędzony dzień. Jutro nie planuję nic robić, ewentualnie ostatni spacer po Asakusie i powolne pakowanie. Mój telefon pokazuje, że w ciągu tych dwóch miesięcy przeszłam ponad 400 km na nogach i muszę przyznać, że czuję to. Przedwczoraj złapał mnie taki skurcz nad ranem, że chciałam wyć z bólu. Dlatego też ostatni dzień poświęcam na odpoczynek i leniuchowanie. Już wystarczająco zwiedziłam 🙂

Dodaj komentarz