W ten weekend w Japonię uderzyła chyba jeszcze większa fala gorąca niż zwykle. Wczoraj było jakieś 36 stopni, a dzisiaj 37, przy czym odczuwalna to 43 stopnie. Wczoraj z powodu tego upału nie czułam się na siłach, żeby za dużo zwiedzać, więc odwiedziłam tylko cesarską willę Katsura. Żeby móc zobaczyć cesarskie posiadłości (a są 4 takie) należy się odpowiednio wcześniej ubiegać o pozwolenie w Agencji ds. Dworu Cesarskiego. Jednak jest haczyk – do dwóch posiadłości można dostać bilety na wizytę w tym samym dniu, jeśli tylko przyjdzie się do nich o 11. Wypuszczają one wtedy bowiem małą pulę biletów na ten sam dzień. Ja też tak właśnie zrobiłam. I udało mi się zdobyć miejsce na zwiedzanie o 12. Niestety od listopada zeszłego roku za wizytę w willi Katsura trzeba zapłacić 1000 jenów (36 zł), no ale przebolałam to i poszłam oglądać.


Wizyty w cesarskich posiadłościach odbywają się mniej więcej według tego samego schematu – 20 minut przed rozpoczęciem wpuszczają zwiedzających do klimatyzowanego pomieszczenia, gdzie puszczany jest krótki filmik o danym miejscu, a potem czeka się na przewodnika (zwiedzać można tylko z przewodnikiem). Ja byłam na wycieczce, gdzie oprowadzanie było po japońsku, ale obsługa wypożycza za darmo audioprzewodniki po angielsku, jeśli ktoś nie zna języka. Poza tym w willi Katsura są też dostępne wizyty z oprowadzaniem w języku angielskim.



Co do samej posiadłości – została ona zbudowana w 1615 roku na rozkaz młodszego brata cesarza Goyozei. Podobno brat był wielkim miłośnikiem sztuki i sztuk walki, dlatego zbudował willę, która była prosta, acz elegancka. Poza tym na terenie posiadłości znajduje się kilka budynków – pawilony do picia herbaty, oglądania księżyca oraz główna willa. Co ważne budynków nie dotknęła nigdy żadna katastrofa i do dziś zachowały się one w swojej oryginalnej formie. Na samym środku jest też staw i ładnie zachowane ogrody. Ogólnie w trakcie wycieczki ogrody to chyba najciekawsza rzecz do podziwiania, bo budynki są puste w środku i nie można do nich wejść, a poza tym nie ma w nich zbytnio ozdób.



Zwiedzanie trwało około godziny, więc skończyłam o 13. Jak już wcześniej wspominałam średnio się czułam tego dnia, a jedna pani z wycieczki przed nami nawet zemdlała, taki był upał, więc wróciłam do hostelu i poszłam się zdrzemnąć. Potem po prostu siedziałam w przyjemnym chłodzie, a wieczorem od 20 było przyjęcie z okazji święta Obon. Było darmowe jedzenie, koncert, a na sam koniec zatańczyliśmy tradycyjny taniec bon odori. Na szczęście znałam już kroki, bo na naszym obozie dwa lata temu uczyli nas tańczyć. Dzięki temu zostałam nawet wywołana do kółeczka w środku i razem z obsługą hostelu tańczyłam i pokazywałam kroki pozostałym gościom. Poznałam też dwóch chłopaków z Florencji, a potem jeszcze dziewczynę stamtąd i razem spędziliśmy wieczór popijając piwko.

Dziś z kolei na 10 rano miałam pozwolenie na zwiedzanie innej cesarskiej posiadłości – willi Shugakuin. Ta willa została zbudowana na polecenie emerytowanego cesarza Gomizuno’o, jakieś 30 lat po zbudowaniu willi Katsura. Na terenie posiadłości znajdują się trzy wille – niższa, średnia i wyższa, a ogrody wokół nich dzięki wkomponowaniu naturalnego krajobrazu sprawiają wrażenie ogromnych. Z najwyżej usytuowanej willi rozciąga się niezły widok na miasto, a największą zaletą tej posiadłości jest chyba wielki staw. Zwiedzanie odbywa się tak samo jak w przypadku willi Katsura – trzeba zaaplikować o pozwolenie na zwiedzanie, przyjść na konkretną godzinę i chodzić za przewodnikiem i go słuchać.
Z willi Shugakuin udałam się do kolejnej atrakcji Kioto – srebrnego pawilonu. Zbudowany na wzór złotego, srebrny pawilon nie jest aż tak okazały, niemniej jednak jest w nim o wiele mniej ludzi i na terenie obiektu znajdują się ładne ogrody. Za wejście trzeba zapłacić 500 jenów (22 zł), trochę więcej niż za Złoty Pawilon, ale przynajmniej możemy się cieszyć większym spokojem.

Wieczorem poszłam na kolację z nowopoznanymi Włochami i Włoszką. Trafiliśmy do miniaturowej knajpki z 3 stolikami, gdzie musieliśmy siedzieć na matach bez butów, a pani kucharka i kelnerka w jednej osobie nie mówiła praktycznie po angielsku. Zapłaciliśmy 7614 jenów za naszą czwórkę, przy czym nie dzieliliśmy tego na to co kto zjadł i wypił, ale po prostu na 4 równe części. Potem poszliśmy jeszcze na piwo nad rzekę i o 1 wróciliśmy do hostelu.










