Chodzi lisek koło drogi

Kolejny dzień, kolejne przygody! Wydaje się, że tajfun już sobie poszedł, a przynajmniej z regionu Kansai. Rano jeszcze widziałam na zewnątrz ludzi z parasolami, ale gdy ja wychodziłam z hostelu to była już niezła lampa. Potem było tylko coraz goręcej i wilgotniej.

Dziś w planach miałam tylko dwie rzeczy, więc pozwoliłam sobie na luz i powolne zwiedzanie (powolne to znaczy, że zaczęłam o 11). Moim planem były odwiedziny świątyni Fushimi Inari Taisha.

Kto z was choć trochę interesował się Japonią na pewno kojarzy las czerwonych bram torii. To właśnie ta świątynia może się nimi pochwalić. Zbudowany około 794 r. kompleks poświęcony jest bogowi Inari, bóstwu ryżu. Poza tym jest tam też pełno figurek lisów, które są posłańcami boga Inari. Jest to najważniejsza świątynia poświęcona temu bogowi. A najlepsze jest to, że jest całkowicie za darmo no i bardzo łatwo jest się do niej dostać z Kioto. Wystarczy wsiąść do pociągu JR linia Nara na dworcu głównym i przejechać dwa przystanki dalej na stację Inari. Świątynia jest praktycznie na wprost wyjścia ze stacji. Taka podróż kosztuje zaledwie 140 jenów (5 zł) w jedną stronę.

Wszystkie bramy torii znajdujące się na terenie świątyni to wota od wiernych i znajdują się na nich imiona darczyńców oraz daty. Jeśli i wy chcielibyście mieć swoją bramę torii to nie martwcie się, wystarczy 400 000 jenów (jakieś 15 000 zł) i będziecie mieli własną małą bramę na terenie świątyni. Za większą trzeba zapłacić milion jenów, no ale czego się nie robi dla bogów.

Rzędy czerwonych bram torii prowadzą turystów w górę na szczyt wzgórza Inari. Nie wszyscy wdrapują się na samą górę, bo choć wysokość to tylko 233 m.n.p.m. to przy takich upałach może być ciężko. Poza tym coraz wyżej znajdują się coraz mniejsze kapliczki i wciąż te same bramy, więc niektórzy mogą mieć już po prostu przesyt, po pierwszej alejce 1000 bram torii. Ja akurat nie miałam nic lepszego do roboty, a i takie wspinanie to dobry trening przed Fuji, więc poszłam. Zajęło mi to jakąś godzinę, licząc od głównego pawilonu, aż na szczyt, więc jak widzicie nie jest to jakieś ciężkie zadanie. Niestety, po drodze jest bardzo dużo schodów, więc nie polecam trasy osobom z chorymi kolanami. Mnie na sam koniec trochę już pobolewało.

Ach, no i w połowie trasy jest takie skrzyżowanie dróg, skąd bardzo ładnie rozciąga się widok na Kioto.

Jak już się zebrałam z powrotem z góry to wróciłam do hostelu i trochę odpoczęłam, bo kolejna atrakcja czekała mnie dopiero o 20. Mowa tu o Gozan no okuribi, czyli wielkich stosach ułożonych w znaki kanji z okazji święta Obon. Co roku, 16 lipca, na 6 różnych wzgórzach wokół miasta zapalane są te stosy jako zwieńczenie 3-dniowego święta Obon, czyli święta zmarłych. Najsłynniejszy jest Daimonji, czyli wielki znak oznaczający dosłownie „duży”. Przed 19 udałam się więc w kierunku rzeki, by z bulwarów oglądać rozpalenie znaku. Próbowałam też robić zdjęcia, ale w takich warunkach ciężko było zrobić dobre zdjęcie, żeby nie było rozmazane, więc poniżej oprócz moich miernych prób wstawiam jeszcze zdjęcia z internetu pokazującego inne znaki. Poza tym, jeśli ustawicie się w jednym miejscu w oczekiwaniu na konkretny znak to jest duża szansa, że nie zobaczycie innych, bo odległość między wzgórzami i dogodnymi punktami obserwacyjnymi jest zbyt duża, a znaki palą się tylko pół godziny.

źródło: Grand Prince Hotel Kyoto

Zapomniałam jeszcze dodać, że pomimo piątku to ludzi w świątyni było pełno i był niezły ścisk, a ci którzy chcieli mieć ładne zdjęcia to najczęściej blokowali drogę innym, ale i tak podejrzewam, że jutro i w niedzielę odwiedzających będzie dwa razy tyle i tłumy będą jeszcze gorsze.

2 myśli na temat “Chodzi lisek koło drogi

Dodaj komentarz