Jeszcze się tam żagiel bieli

Nowy dzień, nowe przygody. Dziś wybrałam się do Kōbe, trzeciego największego miasta portowego w Japonii. Jest to także szóste największe miasto Japonii i ze względu na obecność portu i wczesne wpływy zachodnie wygląda trochę inaczej niż inne miasta japońskie, pod tym względem, że wygląda dużo bardziej zachodnio i po naszemu. Wbrew pozorom jest tam też dość dużo zabytków i atrakcji turystycznych, ale ja skupiłam się tylko na dwóch. A i tak zajęło mi to cały dzień.

Przed wejściem na stację stał taki oto uroczy dziobak – maskotka japońskich zachodnich linii kolejowych

Podróż pociągiem z Osaki do Kōbe zajęła mi około 30 minut i kosztowała 410 jenów w jedną stronę (około 15 zł). Po wyjściu ze stacji przywitało mnie od razu nieznośne gorąco (dziś tylko 37 stopni w cieniu). Zaraz obok dworca znajduje się dość spora świątynia, która wydawała się całkiem ważna w mieście, ale nie mam pojęcia dlaczego. Był tam ładny korytarz z bram torii i nawet trafiłam na jakieś poranne modlitwy.

Ze świątyni poszłam w stronę portu. W ogóle w Kōbe jest kilka nabrzeży portowych, a nawet została zbudowana cała sztuczna wyspa pod port, ale na nabrzeżu najbliżej centrum znajduje się Kobe Maritime Museum, czyli muzeum portu w Kōbe. Gratka dla fanów wszelkiego rodzaju statków. Bilet wstępu kosztuje 600 jenów (22 zł) albo 1000 jenów (36,50 zł, jen drożeje!) w połączeniu z biletem na taras widokowy w Kōbe Tower. Wybrałam tę drugą opcję, bo dzięki temu mogłam zobaczyć port z góry. W muzeum jest dużo modeli różnych statków, historia miasta i portu oraz różne informacje i filmiki na temat tego jak funkcjonuje port. Poza tym znajduje się tam oddzielna część o nazwie Kawasaki Good Times World poświęcona w całości firmie Kawasaki, której pierwotna siedziba była właśnie w Kōbe. W tej części było dużo motocykli, ale także skutery wodne, statki, shinkanseny i samoloty produkowane przez tą firmę. Było też dużo symulacji i ogólnie miejsce wydawało się bardzo fajną atrakcją zarówno dla dzieci, jak i dorosłych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Kōbe Tower i Kōbe Maritime Museum

Samo muzeum znajduje się na wielkim placu z różnymi rzeźbami, a nawet z zachowanym zniszczonym fragmentem nabrzeża z 1995 roku, gdy miasto nawiedziło potężne trzęsienie ziemi. Jest też wielki napis „Be Kobe” przy którym każdy chciał sobie zrobić zdjęcie. Ja też i grzecznie odstałam swoje w kolejce do napisu. Brakowało mi tylko więcej drzew na placu, bo upał był niemiłosierny, a na plazie nie było gdzie się schować przed słońcem.

Z muzeum poszłam do wieży. Gdybym chciała wjechać tylko na taras, to nie opłaciłoby się to zupełnie, gdyż bilet kosztuje 700 jenów, czyli więcej niż do samego muzeum, a jedyną atrakcją też wieży jest widok z góry. Na szczęście miałam bilet łączony, więc nie była to aż taka strata pieniędzy i mogłam się napatrzeć do woli.

Po obejrzeniu wszystkiego co się dało na plazie postanowiłam udać się na obiad. Wybór padł na polecaną w internecie knajpkę, Akaman, która znajdowała się w centrum miasta, czyli jakieś 1,5 km od mojego ówczesnego miejsca pobytu. Spacer zajął mi jakieś 30 minut, bo upał zdecydowanie mnie spowalniał, a gdy dotarłam na miejsce musiałam odstać kolejne 30 minut, bo knajpka była malutka, a chętnych na jedzenie dużo. Należy dodać, że serwowane jest w niej tylko jedno danie – pierożki gyoza. Niby jedno, ale jakie dobre. Jeden zestaw zawiera 7 pierożków, ale na wstępie dostajemy informację, że trzeba zamówić przynajmniej 2 takie zestawy, a jeśli chcemy więcej to też muszą być to parzyste cyfry. Chcąc nie chcąc, wzięłam więc 14 pierożków, lekko obawiając się czy podołam. Do nich serwowany był sos robiony tylko w restauracji, który był naprawdę pyszny. Zresztą tak samo jak pierożki – 14 sztuk zniknęło zanim się obejrzałam, a mój brzuch chciał więcej. Zamówiłam więc dodatkowe 14, tylko już na wynos i zjadłam niedawno na kolację. Za całą tę przyjemność zapłaciłam 1190 jenów (270 jenów 7 pierożków + 30 jenów pudełko termoizolacyjne na wynos, czyli razem 43 zł). Niezła cena w stosunku do jakości i ilości jedzenia.

Na sam koniec pojechałam do pobliskiego miasteczka Maiko zobaczyć dość nietypową atrakcję jaką jest Most Perłowy. Akashi Kaikyō, bo tak brzmi jego nazwa po japońsku to najdłuższy na świecie most przęsłowy, pod względem środkowego przęsła. Łączy on czwartą największą wyspę Japonii, Shikoku, z Honsiu, jego długość wynosi prawie 4 km, a długość środkowego przęsła prawie 2 km. Pod mostem od strony Kōbe, czyli Maiko, znajduje się taras widokowy na wysokości 47 metrów nad poziomem morza, z którego można podziwiać konstrukcję mostu i po prostu Morze Wewnętrzne. Wjazd na taras kosztuje 300 jenów w weekendy lub 250 jenów w zwykłe dni tygodnia (odpowiednio 11 zł i 9 zł), co nie jest jakąś wygórowaną kwotą i jeśli tylko macie chwilę czasu, i jesteście w Kōbe to polecam pojechanie tam. Dodatkowym bonusem jest możliwość odczucia jak trzęsie się most, gdy przejeżdża po nim jakiś wyjątkowo ciężki pojazd 😉


Niby tylko dwie atrakcje, ale gdy skończyłam to była już prawie 18. Poza tym miasto bardzo mi się podobało i myślę, że chciałabym jeszcze kiedyś do niego wrócić zobaczyć pozostałe miejsca, których nie zdążyłam dziś odwiedzić.

Cause baby you’re a firework

Wczoraj była sobota i postanowiłam zamiast zwiedzania odpocząć. Wieczorem byłam umówiona z koleżanką na pokaz fajerwerków, a w ciągu dnia pogoda była tak zabójcza, że pół dnia przesiedziałam w hostelu. Plusem było to, że poznałam moich współlokatorów i rozmawialiśmy przez cały ten czas, a potem poszłam z jednym z nich na lunch. Przy okazji poznałam dziewczynę z Chin, która zabrała się potem z nami na fajerwerki.

O 16:50 spotkałyśmy się z Meg i pojechałyśmy nad rzekę. Pokaz miał zacząć się o 19:45, ale gdy dotarłyśmy na miejsce około 17:30 tłumy już okupowały bulwary. Okupowało je także 500 budek z różnym rodzajem streetfoodu. Kupiłam pełno różnych przekąsek – ogórka na patyku, siekane truskawki z kondensowanym mlekiem, pierogi gyoza z mięsem i coś w rodzaju omleta na patyku z serem.

Pokaz był bardzo ładny, trwał około godziny i musiałyśmy wyjść przed końcem, bo chciałyśmy uniknąć tłumów na stacji. Niestety, tłumy i tak były, ale zakładam, że potem byłoby jeszcze gorzej.

W każdym razie dzień zaliczam do bardzo udanych i cieszę się, że mogłam się spotkać z Meg 🙂

Łowca jeleni

Jest sierpień, pogoda zabija (37 stopni w ciągu dnia i absolutnie zero wiatru), a w Japonii zbliża się Obon, czyli coroczne święto zmarłych. Z tej okazji w regionie Kansai, zwłaszcza w trójkącie Kioto-Nara-Osaka, w tym i przyszłym tygodniu odbywa się sporo różnych festiwali. W przeciwieństwie jednak do polskiego święta zmarłych, japoński odpowiednik jest dość radosny. Jest to także jeden z 3 najważniejszych okresów wakacyjnych w kraju, zaraz obok Shōgatsu, obchodów Nowego Roku, oraz Złotego Tygodnia, tygodnia na przełomie kwietnia i maja, podczas którego obchodzony jest szereg różnych świąt. W przypadku święta Obon, Japończycy wracają do domów porządkować rodzinne groby, ale przy okazji organizowane są właśnie lokalne festiwale połączone z tańcem bon-odori. Wierzy się, że w tym czasie duchy zmarłych przodków wracają na ziemię, żeby odwiedzić rodzinę. Kulminacją święta Obon jest tōrō-nagashi, czyli puszczanie lampionów na morza, rzeki czy jeziora, by odprowadziły zmarłych z powrotem do ich krainy.

Nara Tokae

Ale po co cały ten wstęp? Otóż pomiędzy 5, a 14 sierpnia w Narze organizowany jest właśnie taki lokalny festiwal. W tych dniach, codziennie od 19 do 21:45 w kilku różnych miejscach w mieście ustawiane jest około 20 000 lampionów, które po zmroku tworzą magiczny klimat. Jako, że wczoraj był 9, łatwo zgadnąć, że i ja postanowiłam zobaczyć jak to wygląda. I muszę wam powiedzieć, że było magicznie. Cofnijmy się jednak do początku dnia, gdy wybrałam się odwiedzić miasto jelonków.

The Beatles, nowy singiel już w sprzedaży

Nara, miasto posiadające około 365 000 mieszkańców, stolica prefektury Nara i była stolica całej Japonii w latach 710-784. Dziś, miasto znane głównie z powodu ogromnego posągu Buddy oraz jeleni.

Skąd wzięły się tam jelenie? Według legendy, bóg Takemikazuchi, bóstwo z jednej ze świątyń w mieście przybył do Nary na białym jeleniu. Od tamtej pory, zwierzaki uznawane są za boskie stworzenia i biegają wolno po okolicach wszystkich większych atrakcji turystycznych oraz parku miejskim. Niestety cwaniaki nauczyły się już, że ludzie dają im mniamniapki (ciasteczka, do nabycia za 150 jenów ~5,50 zł paczka), więc gdy tylko zauważą jedzenie w ręku stają się bardzo natarczywe. Dość zabawnym było oglądanie piszczących dzieci i kobiet uciekających przed chmarą jelonków, bo ciasteczek było za mało, jelonki zbyt chętne, a ludzie zbyt przestraszeni. Poza tym, jeleń to nie królik, a te w Narze są w końcu na wpół dzikie i jeśli najdzie je ochota to mogą sprzedać kopniaka, staranować rogami albo ugryźć w tyłek. Należy też uważać na ich złodziejskie zapędy i buszowanie w otwartych torebkach – mnie, jeden nadgryzł mapę okolicy, bo wystawała niefortunnie z torby. Biorąc to wszystko pod uwagę, lepiej karmić łanie, bo choć nie mają rogów i nie wyglądają tak ładnie to jednak są łagodniejsze i raczej tylko pogłaszczą głową po nodze, a nie staranują rogami. Warto też wybierać miejsca, gdzie zwierzaków jest mniej albo są pojedyncze sztuki, żeby nie rzuciło się do nas nagle 10 jeleni.

Po drodze do pawilonu z Buddą weszłam do małego centrum informacji turystycznej połączonego z darmowym muzeum dotyczącym systemów izolacji sejsmicznej. „Muzeum”, bo to właściwie pół pokoju tylko miało jedną niezwykłą atrakcję – darmową symulację trzech trzęsień ziemi, które niedawno nawiedziły Japonię. Wyglądało to tak, że siadało się w fotelu, zapinało pasy, a przemiły pan po kolei odpalał każde z trzęsień, informował w którym roku miało ono miejsce i gdzie oraz jaka była jego siła. Ostatnia, czwarta symulacja była symulacją z zastosowaniem systemu izolacji, żeby pokazać jak świetnie żyje się z takim systemem. Pomysł fajny i jak na razie to jedyne przeżyte przeze mnie trzęsienia ziemi w Japonii (w tym to, które nawiedziło region Tōhoku w 2011 roku). Oby tak pozostało.

W Narze oprócz zwierząt znajduje się także kilka świątyń wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa Unesco. Najsłynniejsza to oczywiście Tōdai-ji, czyli pawilon z wielkim Buddą. Zbudowany w 738 r. zawiera największy na świecie posąg Buddy wykonany z brązu. Główna hala spłonęła dwa razy i obecny budynek pochodzi z początku XVIII wieku. Choć ogromny (57 metrów długości i 50 wysokości) to i tak jest to nic, bo podobno został zmniejszony aż o 1/3 w stosunku do oryginalnej budowli! Aż do 1998 r. był to także największy drewniany budynek na świecie. Posąg Buddy podobnie, był rekonstruowany częściowo kilka razy na skutek różnych wydarzeń, przy czym głowa odpadła mu dwa razy. Na początku był on także cały pokryty złotem, co musiało robić jeszcze większe wrażenie. Obecnie jest tylko z brązu, mierzy 14,98 m wysokości i waży 500 ton. Poza tym w jego kolanie znajduje się ludzki ząb, perły, lustra, miecze i klejnoty, które najprawdopodobniej należały do cesarza Shōmu, pomysłodawcy całego przedsięwzięcia. Zapomniałam jeszcze dodać, że za wstęp do pawilonu z Buddą należy zapłacić 600 jenów (niecałe 22 zł) lub 1000 jenów (36 zł), jeśli chcemy połączyć to ze zwiedzaniem muzeum poświęconego świątyni. Ja wybrałam tę pierwszą opcję, bo muzeum nieszczególnie mnie zainteresowało.

Ciekawostką jest dziura w jednym z filarów w świątyni, która jest wielkości nozdrza Buddy. Podobno ten kto przejdzie przez dziurę dostąpi oświecenia. Zazwyczaj w kolejce ustawiają się dzieci, ale ja obserwowałam cały szereg dorosłych, próbujących dostąpić oświecenia. Pierwsza pani poradziła sobie wyśmienicie, a była w sukience, jednak druga lekko się zaklinowała i pomagali jej przez ciągniecie za ręce. No ale koniec końców przeszła, czyli oświecenie na nią czeka.

Pani w dziurze nie poszło aż tak łatwo jak jej poprzedniczce

Poza głównym pawilonem na terenie kompleksu znajduje się jeszcze kilka innych świątyń. Niestety trzeba lekko podejść do nich, więc turystów jest tam już zdecydowanie mniej. Jedna z nich oferuje nawet widok na miasto. Co prawda, większość przesłaniają drzewa, ale jednak zawsze coś.

Obok świątyni, w ukrytym za kotarą pomieszczeniu, znalazłam mini-knajpkę, w której zjadłam mini-lunch. Zapłaciłam 10 zł w przeliczeniu na nasze, a wodę dostałam za darmo. Był mały, ale w tym upale nie miałam ochoty na jakieś wielkie obiady, a poza tym miałam też inne przekąski.

Następnie udałam się do kolejnego kompleksu wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO – Kasuga Taisha. Kompleks zbudowany w tym samym czasie, w którym zostało założone miasto i poświęcony bóstwu chroniącemu miasto, Kasuga Taisha słynie głównie z brązowych latarni darowanych przez wierzących oraz czerwonego koloru. Główną świątynię można zobaczyć za darmo w części, ale za 500 jenów (18 zł) można wejść na wewnętrzne tereny i porobić jeszcze więcej ładnych zdjęć lampionom. Jest tam też jedno pomieszczenie z pozapalanymi lampionami, w którym atmosfera jest dość wyjątkowa.

Po obejrzeniu tych miejsc wróciłam do parku z jelonkami poczekać do 19 na rozświetlenie lampionów. Zjadłam jeszcze karaage, czyli ogólnie rzecz biorąc nuggetsy. Kosztowały mnie zawrotne 20 zł za niezbyt dużą porcję, ale co zrobić, gdy w brzuchu burczy, a w pobliżu brak kombini.

Zanim nastąpiło rozświetlenie wolontariusze pieczołowicie ustawiali lampiony. Było mi ich szkoda, bo niecne jelonki kilka razy zniszczyły to ustawienie i były też wielokrotnie przeganiane przez obsługę. O 19 zaczęło się wielkie show. Lampiony, w liczbie jakichś 20 000 poustawiane były w kilku miejscach w mieście. Najwięcej w parku, ale także wokół innych świątyń. Razem z zachodem słońca widok był dość niezwykły i nie żałuję, że musiałam poczekać te dwie godziny. Na dodatek rozstawione było dużo budek z różnym jedzeniem i można było zjeść lokalne przysmaki, od takoyaki, przez mrożone ogórki na zimno i owoce w polewie, które były niczym lizaki.

To by było na tyle z wczorajszych wrażeń. Dzisiaj czekają mnie fajerwerki nad rzeką w Osace, na które wybieram się z koleżanką. Już nie mogę się doczekać 🙂

Trzech pasażerów pociąg wiózł

Tyle jeżdżę pociągami po Japonii, że niedługo skończą mi się teksty piosenek, które mogę użyć jako tytułów do moich wpisów. A tytuł znowu z pociągami, bo opuściłam moją wioseczkę Kibichuō-chō i udałam się w dalszą tułaczkę po kraju kwitnącej wiśni. Dotarłam do Osaki, czyli drugiego największego miasta w Japonii, a przy okazji miejsca, które większość osób uznaje za mało atrakcyjne turystycznie. Co mają na myśli? Bardzo prostą rzecz – w Osace większość interesujących nas rzeczy można zobaczyć w ciągu 1-2 dni. Najciekawszą dla np. rodzin z dziećmi jest chyba wizyta w Universal Studio (6000 jenów za całodniowy wstęp, czyli lekką ręką 220 zł), a zaraz potem odwiedziny w Oceanarium (wstęp jedyne 2000 jenów, niecałe 73 zł, co w porównaniu z Universal Studio wydaje się drobnostką). Ja nie przyjechałam jednak zwiedzać tych przybytków, a wybrałam się na spacer po miejscach bardziej przyziemnych.

Zacznijmy od tego, że podróż z Okayamy do Osaki lokalnymi pociągami zajęła mi trochę mniej niż 3 godziny, wymagała tylko jednej przesiadki i kosztowała jedyne 3020 jenów (110 zł). Dotarłam do miasta koło 13, jednak i tak było to za wcześnie, bo w hostelu mogłam się zameldować dopiero od 15. Zostawiłam więc bagaże, dokonałam szybkiego przepakowania i wyruszyłam na podbój miasta. TripAdvisor polecił mi na obiad malutką knajpkę Curry Yakumido, gdzie w środku było dosłownie 5 miejsc przy barze i przemiły właściciel.

Gdy tylko weszłam od razu zagadał do mnie po japońsku, ale mówił też świetnie po angielsku. Oprócz mnie była tam jeszcze trójka Francuzów. Zamówiłam zwykłe curry z wołowiny za 600 jenów (22 zł). Porcja była solidna i wystarczyła mi, żebym się najadła. Może tylko troszkę za ostra.

Dziewczyna, która siedziała obok mnie też była samotną turystką i po krótkiej rozmowie okazało się, że ma w planach na dziś odwiedzenie zamku w Osace. Postanowiłyśmy więc połączyć siły i razem ruszyłyśmy zwiedzać dalej. Po drodze dowiedziałam się, że ma na imię Ludvine i jest w moim wieku, a część jej rodziny pochodzi z Chin, więc oprócz francuskiego i angielskiego włada jeszcze mandaryńskim i swoim lokalnym dialektem chińskiego.

Do zamku dotarłyśmy metrem i przeszłyśmy mały park oraz pokonałyśmy trochę stopni, żeby móc podziwiać główną wieżę, czyli to co my nazywamy zamkiem.

Ten zamek wyjątkowo nie został zniszczony przez żadną katastrofę, jednak lata zaniedbania i okazjonalne pożary oraz bombardowania zrobiły swoje i zamek i tak trzeba było częściowo odbudować. Poza tym, jest on uznany za obiekt niezwykle cenny kulturowo, jako że był on siedzibą Toyotomiego Hideyoshiego, drugiego z trzech wielkich zjednoczycieli Japonii w okresie sengoku i odegrał bardzo ważną rolę podczas jednoczenia kraju w XVI w.

Wyjątkowo dziś zamiast selfie zdjęcia robione mnie przez kogoś innego

Wejście do zamku kosztuje 600 jenów (22 zł), a wewnątrz na zwiedzającego czeka 8 pięter. Przy czym Japończycy nie mają parterów tylko pierwsze piętra, więc na nasze to 7, a na 8, ostatnim, znajduje się wyłącznie taras widokowy. Na pozostałych piętrach opisana jest historia życia Toyotomiego Hideyoshiego, historia zamku oraz wystawione są różne dzieła sztuki i przedmioty z okresu Azuchi-Momoyama, czyli czasów, w których żył Hideyoshi. Nie wiem jednak, czy to wszystko jest warte tej ceny, ale mam ten problem z większością zabytków w Japonii, a zwłaszcza z zamkami.

Widok znad fosy zamkowej na miasto

Po obejrzeniu zamku wybrałyśmy się do dzielnicy zwanej Amerika Mura, czyli dosłownie amerykańska wieś. Nazwa wzięła się stąd, że całość architektoniczna stylizowana jest na zachodnie miasta, a nie na te japońskie. W dzielnicy tej znajdują się głównie sklepy z rzeczami z drugiej ręki, kluby i bary oraz dużo młodych buntowniczo wyglądających Japończyków. Poza tym jest też Triangle Park, czyli betonowy park, w którym znajduje się miniatura Statuy Wolności. Co prawda tam akurat nie poszłyśmy, ale Statuę widać było dość dobrze z daleka. My zaś, zgodnie z modą panującą wśród młodych Japończyków kupiłyśmy sobie po kubku bubble tea, czyli herbaty z tapioką. Średnia za 480 jenów (jakieś 17,50 zł), a i tak było to w najtańszej tego typu knajpce.

Czy ja jestem w Nowym Jorku?
Zdrówko!

Na sam koniec wybrałyśmy się jeszcze do Dōtonbori, mekki spożywczej w Osace. Oprócz dobrego jedzenia znajduje się tam także umowny symbol tego miasta – neon z biegnącym ludzikiem, reklamujący spółkę spożywczą Glico. Oczywiście jak przystało na porządną turystkę zrobiłam sobie z nim zdjęcie 🙂

Czasem jak się trafi, to można zobaczyć takie oto widoczki
Jestem zwycięzcą!
Witajcie głodne tłumy turystów

Koło 20 rozstałam się z Ludvine, która niedługo już wraca do Francji i udałam się zameldować w hostelu. Jutro zaś wybieram się do Nary, gdzie moim głównym celem będzie unikanie bolesnych, jelenich ugryzień w zadek. A przy okazji zobaczę i wielkiego Buddę, i może nawet festiwal lampionów 🙂

I want to ride my bicycle

Dziś mój ostatni dzień u host rodziny. Jutro wyjeżdżam do Osaki i powoli moja trasa będzie mnie prowadzić do Tokio i lotniska Narita. Przedwczoraj jednak miałam mój ostatni dzień wolny i wykorzystałam go na wycieczkę rowerową z Severine, nową pomocniczką.

Plan był prosty: jazda 10 minut pociągiem z Okayamy, wypożyczenie roweru na cały dzień za 1000 jenów (35 zł), przjechanie 17 km, oddanie go na drugiej stacji i powrót do miasta. I generalnie tak właśnie było. Z kilkoma małymi przygodami.

Pierwsza miała miejsce, gdy zaczęłyśmy kombinować gdzie wysiąść z autobusu. Widzicie, zazwyczaj gdy miałam dzień wolny to jechałam do Okayamy pociągiem albo host mama mnie podwoziła na dworzec, bo akurat miała tam spotkanie. Tym razem spotkanie nie było w centrum miasta, ale na jakichś obrzeżach, więc wysadziła nas na przystanku autobusowym, z którego odjeżdżał jeden autobus na dworzec i pojechała dalej. My wsiadłyśmy do autobusu i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że podróż nim zaczęła się robić droższa niż przejazd pociągiem ze wsi do Okayamy. Poza tym, zobaczyłam na mapie, że nasz autobus zatrzymuje się zaraz obok stacji, która jest na trasie naszego pociągu, więc tak na dobrą sprawę nie musimy jechać aż na dworzec w mieście, tylko możemy wsiąść na tej stacji. Niestety, nie byłyśmy wystarczająco zdecydowane i autobus odjechał sprzed stacji zanim podjęłyśmy decyzję, iż wysiadamy. Nic to jednak, bo następny przystanek był nawet lepszy – obok niego znajdowało się kombini, dzięki czemu zaopatrzyłyśmy się od razu w prowiant na wycieczkę. Ostatecznie też za autobus zapłaciłyśmy 430 jenów (około 15,50 zł), podczas gdy pociąg na trasie Fukuwatari – Okayama kosztuje 580 jenów (21 zł). A przecież byłyśmy bliżej centrum niż gdybyśmy wsiadały w Fukuwatari. W każdym razie, uzbrojone w dwa litry elektrolitów i onigiri każda, ruszyłyśmy z powrotem w kierunku stacji. Bilet ze stacji do stacji Bizen-Ichinomiya, gdzie znajdowała się wypożyczalnia rowerów kosztował nas 190 jenów (niecałe 7 zł), a podróż trwała może 10 minut. Po opuszczeniu pociągu dość łatwo było znaleźć wypożyczalnię, bo była praktycznie obok wejścia na stację. Tam grzecznie podałyśmy imię i nazwisko, wpisałyśmy swój adres pobytu, odebrałyśmy mapkę z trasą i ruszyłyśmy na spotkanie przygodzie.

Ogólnie trasa wiodła szlakiem historycznym tj. miejsca na niej były związane z dwunastowieczną historią o księciu Kibitsuhiko, który pokonał ogra grasującego w okolicy. Ta historia dała też początek legendzie o brzoskwiniowym chłopcu, Momotarō. Trasa ma 17 km, znajdują się tam głównie świątynie, dwa kurhany z czasów V w. oraz destylarnia sake. Poza tym, trasa biegnie po równinie, więc nie było to aż tak męczące jak gdybyśmy miały ciągle się gramolić pod górę i z góry.

Wszystko byłoby fajnie, ale problemy były dwa – super prażące słońce (36 stopni i odczuwalna 41) oraz strasznie słabe oznakowanie zabytków do zobaczenia na trasie. I o ile świątynie ciężko było ominąć, to żadnego z kurhanów nie udało nam się znaleźć, a gdy zrobiłyśmy mały postój na trasie przy sklepie spożywczym to okazało się, że jeden z nich jest 2 kilometry ZA nami. A w tym upale nie bardzo chciało nam się wracać, nawet po płaskim. Już nie mówię o destylarni sake, bo tej nigdzie nie widziałam ani na znakach, ani nigdzie. Świątynie jak świątynie, były ładne, ale podobne do wielu innych, które widziałam w Japonii. Poza tym na trasie były fajne widoczki na falujące pola ryżu.

Cała wycieczka zajęła nam jakieś 4,5 godziny i to w takim normalnym tempie. Pod koniec jechałyśmy już jednak dość wolno, bo zwyczajnie upał nas wycieńczył i nie miałyśmy siły szybciej. Do drugiego miasteczka dojechałyśmy około 15:30, grzecznie zdałyśmy rowery i czekałyśmy na pociąg do Okayamy. Upał tego dnia był taki, że pomimo smarowania spaliłam się lekko, a Severine przespała całą drogę w pociągu. Po dotarciu do Okayamy poszwendałyśmy się jeszcze chwilę po centrum handlowym, zjadłyśmy kolację i o 20 dotarłyśmy do Fukuwatari, skąd host tata zabrał nas samochodem do domu. Padłyśmy praktycznie od razu i jeszcze wczoraj czułyśmy zmęczenie. Poza tym, ja odczuwam lekki ból pośladków od niewygodnego siodełka, ale uważam, że było warto i gdybym mogła to przejechałabym się jeszcze raz.

W moich snach wciąż Warszawa…

Dziś 1 sierpnia, ważny dzień dla Warszawy i jej mieszkańców. 75 rocznica powstania warszawskiego, a ja siedzę w dosłownym środku niczego w Japonii. Wolałabym być dziś w Warszawie, o 17:00 stanąć w centrum i posłuchać syren, a wieczorem iść na koncert i śpiewać powstańcze piosenki. Ale nie. Jestem tutaj. Czy podoba mi się? Nie. Minął już miesiąc odkąd tu jestem, ale wcale nie jest mi łatwiej być z dala od bliskich i przyjaciół. Jak wstaję rano to wciąż smutno mi, że nie mam z kim porozmawiać, bo wszyscy śpią. Kiedy widzę coś fajnego na mieście to nie mam komu tego pokazać ani nie mam z kim próbować różnego jedzenia.

Samotne zwiedzanie nie jest takie złe, ale sądzę, że ja lepiej nadaję się na zwiedzanie z kimś. Zwłaszcza na tak długi okres czasu. Tak, wiem, zaraz znajdą się mądrzy co mi powiedzą: Przecież sama tego chciałaś. No chciałam. I co z tego? Teraz już aż tak tego nie chcę. Poza tym ci wszyscy mądrzy siedzą sobie radośnie w swoich domkach, mają swoją rodzinę obok, a ziemniaki pod nosem. Ja mam już dość jedzenia ryżu na każdym kroku, a też nigdy nie był on moim ulubionym zbożem. Zawsze wolałam ziemniaki albo kaszę gryczaną. Tutaj tego nie ma, a o kaszy to nikt nawet nie słyszał. Tak samo pojęcie mizerii jest im obce, a picie gorącej herbaty w lecie wywołuje w mojej host rodzinie głębokie zdziwienie. 

Oczywiście są też rzeczy w Japonii, których nie ma w Polsce. Problem jest taki, że bez nich potrafię się obejść, bo nie jestem na nich wychowana. Z ziemniakami (albo raczej bez nich) jest już jednak trochę ciężej.

Poza tym trzeba powiedzieć głośno jedną rzecz – nie, Japonia mnie nie jara. Nigdy nie jarała i nigdy nie będzie. W dużej mierze to zasługa też moich wykładowców, którzy z tym krajem są za pan brat i szybko nauczyli nas, że Japonia to kraj jak każdy inny. A to, że leży (dla nas) na drugim końcu świata nic nie zmienia. Tutaj też ludzie jeżdżą jak szaleni, a z roku na rok jest coraz więcej wypadków spowodowanych przez osoby starsze, pasażerowie przepychają na stacjach metra, a w mieście śmierdzą ścieki. To, że inni widzą tylko kolorowe zdjęcia i wyobrażają sobie nie wiadomo co, nie zmienia rzeczywistości. W Japonii też są bezdomni, a do więzień coraz częściej trafiają starsi, bo samotność w domu jest dla nich nie do zniesienia. A na dodatek w tym roku pora deszczowa trwała dość długo, a lato jest ogólnie zimne (o ile można nazwać 34 stopnie zimnem). Więc nie, nie jara mnie Japonia, tak samo jak nie jarają mnie inne kraje. A to że chcę je odwiedzić to inna sprawa. Nie musi mnie to jarać. No, ale usłyszałam już od mądrych ludzi, że jestem płycizną intelektualną i że skoro pojechałam w takie piękne miejsce to powinnam być podekscytowana, a nie taka obojętna na wszystko, a na dodatek dwa miesiące w Japonii jak się ma wizę ważną rok to przecież zdecydowanie za mało (mówią osoby, które nigdy nie wyjechały na dłużej niż 2 tygodnie)! Tylko jak tym ludziom wytłumaczyć, że jak się zwiedza samemu to od rana do wieczora wszystko się robi samemu i nawet nie ma z kim porozmawiać we własnym języku? A kiedy Twój pociąg nie otworzył Ci drzwi na właściwej stacji tylko pojechał dalej nawet nikt nie może z Tobą się martwić, więc siedzisz sama na następnym przystanku na ławce i ryczysz jak bóbr, bo następny pociąg w powrotną stronę dopiero za godzinę, a Ty jesteś na nogach od rana, już 3 podróże pociągiem za Tobą i masz serdecznie dość tachania walizki ze sobą. Jak wytłumaczyć rodzinie, która do Ciebie dzwoni, że nie chcesz po raz setny opowiadać jak tam jest, tylko posłuchać czyjegoś głosu jak mówi do Ciebie po polsku? Bo przecież po polsku sama do siebie mówisz non-stop, żeby nie być taką samą. Że pomimo tego, że wokół tyle „pysznego” jedzenia, to Twój żołądek nie jest do niego przyzwyczajony, a owoce morza po prostu Ci nie smakują i wolałabyś po stokroć bardziej zwykłego mielonego? Jak sprawić, żeby ktoś kto ma to wszystko na co dzień zrozumiał, że Tobie brakuje tego z czym się całe życie wychowywałaś, a nagle z dnia na dzień sama się tego pozbawiłaś? 

Żeby nie było, jestem wdzięczna za to, że mogłam tu przyjechać. Wiem, że nie wszyscy mają takie środki i mogą sobie na to pozwolić. Zdobytego tu doświadczenia nie sposób porównać z niczym innym, bo jednak ma się tę małą satysfakcję, że poradziłaś sobie sama w urzędzie i to rozmawiając po japońsku, że dałaś radę wtaszczyć po schodach sama 20-kilową walizkę, albo że zjadłaś małego kalmara w całości, chociaż w Polsce w życiu byś go nie tknęła. Myślę jednak, że te małe satysfakcje byłyby o wiele większe, gdyby ktoś był tu razem ze mną i mogłabym z nim na bieżąco to wszystko przeżywać. To tyle i aż tyle.

Parostatkiem w piękny rejs

Wczoraj znowu wypadł mi dzień wolny od pracy, pojechałam więc do miasteczka niedaleko Okayamy, Kurashiki. Słynie ono z zachowanej jeszcze od okresu Edo historycznej dzielnicy z ładnym kanałem biegnącym przez jej środek. W czasach szogunatu w miasteczku przechowywano towary wszelakiej maści i większość z zachowanych budynków była kiedyś magazynami. Obecnie przyciągają one tłum turystów spragnionych poczucia klimatu Edo na własnej skórze. Poza budynkami i muzeami poświęconymi historii Kurashiki i okolic, w miasteczku znajduje się też jedna z lepszych galerii ze sztuką europejską, które tutaj odwiedziłam.

Dworzec kolejowo/autobusowy
Zegar na dworcu

Zacznijmy od tego, że do Kurashiki bardzo łatwo dostać się z Okayamy. Jeden pociąg, 4 stacje, około 20 minut i jesteśmy na miejscu. Z Hiroszimy też się da z tego co kojarzę, a samo miasteczko ma też stację shinkansenów, więc posiadacze JR Passa nie muszę płacić za dojazd tam. Na dworcu wszystko jest bardzo ładnie oznaczone i opisane po angielsku, a nawet dostępne są darmowe mapki okolicy. Dzięki mapce dowiadujemy się, że dzielnica, która najbardziej nas interesuje jest jakiś 10 minut (700 metrów) na nogach od dworca.

Wejście do dzielnicy historycznej

Idąc w stronę historycznej dzielnicy raczej nikt by się nie spodziewał, że może się ona znajdować w tym mieście, bo wygląda ono bardzo zwyczajnie i szaro. Jednak warto odwiedzić to miejsce, bo widoki są bardzo ładne.

Kanał, czyli na dobrą sprawę największa atrakcja tego miejsca

Co ja robiłam w Kurashiki? Byłam w galerii sztuki Ohara, do której wejście kosztowało mnie po zniżce studenckiej 800 jenów, zamiast 1300 (odpowiednio około 28 zł i 46 zł).

Główny budynek galerii od zewnątrz

Galeria powstała z inicjatywy dwóch osób, Kojimy Torajiro i Ohary Magosaburo i było pierwszą prywatną galerią sztuki z europejskimi dziełami w Japonii. Pierwszy z panów był malarzem, a drugim miłośnikiem zachodniej sztuki. Panowie byli bardzo zaprzyjaźnieni i po śmierci Kojimy Torajiro w 1930, Ohara Magosaburo postanowił uczcić pamięć przyjaciela i stworzyć tę galerię. W cenie biletu możemy wejść do trzech budynków podzielonych tematycznie. W głównym znajdują się dzieła zachodnie, czyli głównie francuscy impresjoniści i awangarda (Matisse, Monet, Picasso, Chagalle, Modigliani i mogłabym jeszcze długo wymieniać), ale jest też kilka dzieł sztuki takich artystów jak El Greco czy Jackson Pollock. Najsłynniejszym obrazem na wystawie jest chyba obraz Moneta „Lilie wodne”. Choć w muzeum nie wolno robić zdjęć, to ja, nieświadoma tego zakazu, cyknęłam fotkę obrazowi. Może nie jest najlepszej jakości, ale proszę.

W dwóch pozostałych budynkach znajdują się obrazy i rzeźby japońskich artystów oraz kolekcja ceramiki i dzieł sztuki ze starożytnych Chin i Azji. Poza tym możemy też przespacerować się po pięknym parku i podziwiać kwitnące lilie wodne, jeśli akurat mamy szczęście.

Oprócz muzeum zapłaciłam 500 jenów (około 18 zł) za 20-minutowy rejs po kanale. Na ten czas otrzymałam słomiany kapelusz, w którym wyglądałam iście azjatycko oraz wachlarz, ponieważ temperatura odczuwalna wynosiła wczoraj 41 stopni.

Może i parostatek to to nie był, ale frajda z rejsu równie duża

W trakcie płynięcia pan łódkarz opowiadał coś po japońsku, ale choć bardzo się starałam to niestety nie zrozumiałam o czym mówił.

Poza tym trafiłam też do sklepiku z produktami z sezamu. Na pamiątkę kupiłam sobie paczkę słodyczy z czarnej odmiany i wypiłam kawę mrożoną z sezamem.

To akurat jakiś zwykły sklep z kawą

Obok sklepiku z sezamem ciągnęła się „ulica dżinsu”. Ten region specjalizuje się w tworzeniu produktów z dżinsu, więc praktycznie w każdym sklepie z pamiątkami, do którego weszłam można było kupić coś dżinsowego. Na ulicy dżinsu znajdował się właściwie tylko ogromny sklep z produktami dżinsowymi oraz mała budka z niebieskim, dżinsowym, jedzeniem. Nie skusiłam się na to, ale podobno niebieski smak to jagoda.

Potem poszłam na Kurashiki Ivy Square, czyli teren dawnej przędzalni. Obecnie na jej terenie znajduje się kilka sklepików, hotel i restauracja oraz przestrzeń do spacerowania.

Na sam koniec dnia zostawiłam sobie wspięcie na wzgórze i zobaczenie świątyni Achi. Wymagało to niejakiego wysiłku przy takiej temperaturze, a widok nie powalił na kolana. Poza starym, drewnianym wiatrakiem teren świątynny wygląda jak większość świątyń w Japonii – różne kapliczki poświęcone takim, czy innym bóstwom i jeden główny pawilon.

Po tej wspinaczce wróciłam do Okayamy, zjadłam kolację i znowu poszłam oglądać trening karate Amiki. Po powrocie do domu padłam na łóżko jak zabita. Dziś za to od rana pieliłam ogródek, a wieczorem wyjeżdża host mama i zostajemy sami aż do piątku wieczorem. Poza tym jutro przyjeżdża nowa dziewczyna, więc będę mieć wieczorami towarzystwo 🙂

Japonia – informacje praktyczne

Dzisiaj mijają cztery tygodnie jak przyjechałam do Japonii, więc z tej okazji postanowiłam się z wami podzielić kilkoma informacjami praktycznymi o tym kraju, na wypadek gdybyście planowali kiedyś podróż tutaj 🙂

Czy trzeba wizę?

Nie! A przynajmniej nie trzeba jej specjalnie załatwiać, jeśli jedziemy na wyjazd czysto turystyczny. W samolocie, przed wylądowaniem otrzymamy dwie karteczki – deklarację celną oraz kartkę z naszymi danymi osobowymi do wypełnienia i wpisaniem adresu pobytu itp. Potem na lotnisku ustawiamy się w kolejce razem z innymi pasażerami, a obsługa pobiera nasze odciski palców i robi zdjęcie naszej twarzy. Z tej procedury wyłączeni są jedynie ważni dyplomaci, więc nie ma jak tego uniknąć. Potem osoba w kontroli paszportowej wkleja stosowną wizę turystyczną w naszym paszporcie. Wiza jest ważna 90 dni. Ja niestety z racji pobytu typu „Zwiedzaj i Pracuj” musiałam postarać się o inną wizę, co wymagało trochę więcej wysiłku i odwiedzenia ambasady w Warszawie.

Co to jest ten JR Pass?

Kilka razy już o nim wspominałam, ale teraz rozwinę bardziej te informacje. JR Pass jest dostępny TYLKO dla posiadaczy wizy turystycznej. Jest to rodzaj biletu, który uprawnia jego posiadacza do nieograniczonej liczby przejazdów shinkansenami, czyli super szybkimi pociągami w ciągu określonego czasu. Z tego co się orientuję to na niektóre pociągi trzeba jednak wcześniej rezerwować miejsce, ale że nie korzystam to nie jestem pewna. Bilet można zakupić jeszcze w Polsce albo już po przylocie, z czego ten kupiony wcześniej jest chyba troszkę tańszy. W Polsce sprzedażą zajmuje się grupa HIS i odsyłam do ich strony po więcej informacji: http://www.his-travel.pl/japan-rail-pass/ Dostępne są trzy warianty JR Passa:

  1. Bilet ważny 7 dni – 1086 zł
  2. Bilet ważny 14 dni – 1719 zł
  3. Bilet ważny 21 dni – 2199 zł*

*ceny wzięte ze strony HIS, dane na dzień 27.07.2019r.

Czy opłaca się wypożyczać samochód?

W Japonii obowiązuje ruch lewostronny, poza tym wymagane jest międzynarodowe prawo jazdy w konwencji genewskiej. Jeśli jednak jedzie was większa grupa może się okazać, że koszt wynajmu wyjdzie taniej niż zakup JR Passów dla wszystkich. Samochód daje też tę swobodę, że możecie dostać się do o wiele większej liczby miejsc z piękną przyrodą (nie wszędzie da się dostać komunikacją publiczną). Jest tylko jedno ALE, ale za to bardzo duże: okazało się ostatnio, że Polska niestety wystawia międzynarodowe prawa jazdy ważne na 3 lata, a w Japonii honorowane są tylko te ważne rok. Z tego powodu też w Japonii te prawa jazdy są de facto… nieważne i coraz częściej zdarza się, że wypożyczalnie nie chcą wypożyczać Polakom aut, a w razie kontroli można zapłacić mandat z tego powodu.

Jeśli nie JR Pass i nie samochód to co?

Jeśli nie opłaca wam się JR Pass ani samochód to w grę wchodzą jeszcze autobusy nocne między miastami i pociągi lokalne, przy czym nie są tak szybkie i wygodne jak shinkanseny i trzeba się przesiadać. Są jednak przystępne cenowo i jeśli planujecie zrobić z jednego miejsca bazę wypadową to są niezłym pomysłem. Ja np. za nocny bus między Kioto, a Hiroszimą zapłaciłam 3000 jenów, a za trasę Osaka-Shizuoka 4500 jenów. Za pociąg między Kanazawą i Kioto 3000 jenów w sumie, ale trwało to 4 godziny i wymagało dwóch przesiadek.

Ile kosztuje Japonia?

To chyba najcięższe i najbardziej skomplikowane pytanie, dlatego rozbiję je na kilka mniejszych. Wiadomo, że koszt życia w Japonii jest wyższy od tego w Polsce i że w większych miastach będzie on wyższy. Według dzisiejszego kursu jena (27.07.2019r.) 1000 jenów to 35 zł. Co można za to kupić w Japonii? Wcale nie tak wiele. Ceny wejść do muzeów wahają się między 300 jenów, a 1500 jenów. Do wyjątkowych miejsc, takich jak Team Lab Borderless w Tokio wejście kosztuje nawet 3000 jenów. Łatwo policzyć, że to ponad 100 zł za muzeum. Oczywiście, jest to specjalne miejsce i wiele osób chwali je sobie. Poza tym trzeba uważać, bo często ceny podawane są bez podatku i potem przy kasie może wyjść nas drożej. Jeśli cena zawiera już podatek to powinno być napisane obok 税込.

Jak jest z cenami w sklepach?

W sklepach typu kombini, czyli takich naszych osiedlowych żabkach, rzeczy są dość tanie i można w nich kupić rzeczy, którymi się najemy w razie czego (sprzedają też gotowe dania do podgrzania). Tutaj kilka przykładowych cen:

  • Woda 0,5 l – 108 jenów z podatkiem
  • Onigiri, w zależności od nadzienia – między 115, a 130 jenów z podatkiem
  • Cztery jogurty typu danone – 150 jenów z podatkiem
  • Coca-cola 0,5 l – ok. 130 jenów z podatkiem

Warzywa i owoce są sprzedawane w kombini w niewielkiej ilości i trzeba pamiętać, że owoce są jak na nasze polskie standardy drogie. Tutaj w prefekturze Okayama, brzoskwiniowym królestwie Japonii za jedną sztukę brzoskwini płaci się między 800, a 1000 jenów. Jabłka też nie należą do najtańszych i sprzedawane są na sztuki, nie na kilogramy jak u nas. Chleb nie istnieje taki jak my jemy w Polsce, ale też nikt prawie tego tu nie je, może czasem jako tosty na śniadanie. Tylko ryż i ryż, ewentualnie kluski zrobione z mąki ryżowej. Dodam też, że kombini są praktycznie na każdym kroku i są często czynne całą dobę, tak że niezależnie od pory dnia czy nocy możecie się zaopatrzeć w coś do jedzenia lub picia.

Jak z cenami w restauracjach?

Ceny w restauracjach są bardzo różne. W jednej z popularniejszych sieciówek sprzedających udon w Tokio za najzwyklejszy z nich płaci się około 700 jenów. Jest to jednak udon bez dodatków, czyli zwykle kluski w zupie. Ramen, który jadłam w Tokio kosztował mnie 1200 jenów, a katsudon, czyli rodzaj schabowego z ryżem w Hiroszimie 800 jenów. Podobnie okonomiyaki, też 800 jenów. Nie wiem jak z sushi, bo mój żołądek nie pozwalał mi na początku na spożywanie surowych ryb, ale suszarni jest pełno i na pewno da się znaleźć tanie i dobre. Na targu rybnym w Kanazawie, za kawałek pamplony w sosie zapłaciłam 600 jenów, a za makrelę 450 bodajże. Przy czym były to małe kawałki, więc żeby mężczyzna mógł się najeść to musiałby wziąć trochę więcej. Zazwyczaj jednak porcje są na tyle duże, że spokojnie da się napełnić brzuch. Poza tym w restauracjach woda z kranu jest do picia za darmo, co z jednej strony jest błogosławieństwem, a z drugiej, jeśli macie delikatny żołądek może skończyć się rewolucją.

A co z noclegiem?

Ja wszystkie swoje noclegi zarezerwowałam na bookingu, ale jeśli jedziecie w więcej osób może się bardziej opłacać znalezienie czegoś na Airbnb. Poza tym ludzie polecają też serwis agoda. Ja rezerwowałam większość noclegów z wyprzedzeniem i wszystkie w hostelach. Zawsze też szukałam opcji ze śniadaniem w cenie. Poza tym w japońskich hostelach bardzo często jest podział na pokoje tylko dla kobiet i tylko dla mężczyzn, co mi się akurat bardzo podobało, bo jako po raz pierwszy podróżująca samotnie kobieta wolałam się zabezpieczyć na każdy możliwy sposób. Za nocleg w Tokio (7 nocy) zapłaciłam dla przykładu 13 500 jenów, za ten w Osace (11 nocy) 19 980 jenów. Hostele są dobrej jakości i przyjemnie się z nich korzysta.

Czym płacić w Japonii?

Japonia, chociaż bardzo nowoczesna, to jednak jeśli chodzi o sposoby płatności pozostaje trochę w tyle dla mnie. W 90% muzeów i restauracji zapłacić da się tylko gotówką, podobnie jak w mniejszych sklepikach z pamiątkami, więc trzeba ciągle męczyć się z papierkami albo bilonem. W większości hoteli i sklepów płatność kartą przejdzie normalnie, chociaż ja w jednym mcdonaldzie nieźle się zdziwiłam, gdy powiedzieli mi, że płatność tylko gotówką. Ja mam kartę Revolut, czyli specjalną kartę wielowalutową. Jeśli jeszcze jej nie znacie to zapraszam do przeczytania artykułów na jej temat. Czy się opłaca? Zdecydowanie. Dzięki niej złotówki szybko zamieniam na jeny, które następnie wypłacam z pobliskiego bankomatu. Wszystko to robię z poziomu jednej aplikacji, co też jest bardzo poręczne. Co prawda, ten system ma też kilka nieznacznych wad. Jeśli dostaniecie kartę Revoluta MasterCard to w Japonii będziecie mogli wypłacić pieniądze tylko z bankomatów 7/11 i nigdzie indziej, a poza tym w najbardziej standardowym pakiecie Revoluta wypłacać można miesięcznie z bankomatów tylko 800 zł bez prowizji, a potem Revolut nalicza 2% od każdej wypłacanej kwoty. Jest to jednak wciąż bardziej opłacalne niż wymienienie całej gotówki w kantorze. Ja w Polsce wymieniłam „tylko” 358 zł na 10 000 jenów, bo na lotnisku za bilety na pociąg do miasta można było płacić tylko gotówką. Poza tym wszechobecne automaty z napojami również akceptują tylko monety i banknoty 1000 jenów.

No i co z tym Tokio?

Mnie osobiście Tokio nie zachwyciło. Spędziłam tam 8 dni i będę jeszcze 3, ale uważam, że 4 dni wystarczą w zupełności na samo miasto. Jest jeszcze kilka miejscowości wokół stolicy, które są dobre na jednodniowe wycieczki typu Jokohama, Kamakura czy Odawara. Tokio przypomina każdą większą metropolię, tylko między wieżowcami powciskane są stare świątynie.

Jak się dostać z lotniska do miasta?

Tutaj mogę pomóc tylko z transportem między lotniskiem Narita, a Tokio, bo na żadnym innym nie byłam i nie będę. Narita leży mniej więcej w takiej odległości od Tokio jak Modlin od Warszawy, tylko jest jakoś 30-razy większa, jeśli chodzi o rozmiary lotniska. Tak jak wspomniałam wcześniej, na lotnisku za bilety na autobus czy pociąg do miasta można zapłacić tylko gotówką, więc warto mieć choć trochę ze sobą. Bilet na pociąg lokalny kosztował mnie 1190 jenów, podróż zajęła godzinę, a stacja była zaraz obok mojego hostelu. Jest jednak na tyle dużo linii pociągów i autobusów, że polecam zapoznanie się z tym artykułem: https://www.japan-guide.com/e/e2027.html i znalezienie opcji, która wam najbardziej będzie pasować.

Jak jest z internetem?

Najczęściej ludzie wypożyczają/kupują karty SIM albo przenośne modemy wifi. Mnie modem się nie opłacał, ale wiedziałam, że będę potrzebować dużo internetu na podróż, więc skorzystałam z opcji Sakura Mobile, gdzie za 10 GB internetu na 63 dni zapłaciłam 11 500 jenów. Zabolało po kieszeni i podobno da się znaleźć taniej, ale wolałam być pewna, że nie zabraknie mi danych komórkowych. W Japonii bowiem, z wifi też nie jest TAK łatwo jak można by się spodziewać.

Czy trzeba się szczepić?

Według strony polskiego MSZ w Japonii nie ma żadnych zagrożeń sanitarno-epidemiologicznych, nie trzeba się też na nic szczepić. Wyjątkiem może być japońskie zapalenie mózgu, czyli choroba wirusowa przenoszona przez komary, która na szczęście nie występuje w większych miastach, a jedynie w bardziej tropikalnych częściach. Ja się nie szczepiłam, bo na Okinawę ani żadne mniejsze wyspy raczej się nie wybierałam i nie wybieram, a to szczepienie jest jednak dość drogie. Należy jednak pamiętać, że do Japonii nie możemy wwozić niektórych leków np. tych zawierających kodeiną czy pseudoefedrynę (Nurofen odpada). Poza tym, jeśli chcemy wwieźć zapas leków na więcej niż 2 miesiące, potrzebujemy specjalnego pozwolenia. To samo tyczy się leków z zakazanymi substancjami, narkotykami czy chociażby tabletek antykoncepcyjnych. Wtedy nieważne ile mamy ze sobą, musimy postarać się o specjalny papierek od japońskiego ministerstwa zdrowia. Oczywiście to tylko na wypadek kontroli celnej na lotnisku, bo tak to nikt tego nie sprawdza, jednak ja bym nie ryzykowała pobytu w japońskim więzieniu. Warunki nie powalają na kolana. Jeśli nie jesteście pewni czy wasze leki nie zawierają substancji zakazanych w Japonii to odsyłam was na stronę ministerstwa: https://www.mhlw.go.jp/english/policy/health-medical/pharmaceuticals/01.html Co do leków dostępnych na miejscu: jak na razie zaopatrzyłam się tylko w tabletki na ból głowy, resztę mam ze sobą, ale z tego co mówili moi wykładowcy to takie środki przeciwbólowe zawierają mniej substancji aktywnych niż u nas. Nie wiem, nie czytałam składu, ale tabletki podziałały jak bolała mnie głowa, więc się cieszę.

To chyba wszystko co mi na razie przychodzi do głowy. Jeśli coś pominęłam albo coś konkretnego was interesuje to zawsze możecie napisać i dodam to do posta 🙂

Tyle słońca w całym mieście

Wczoraj miałam wolny dzień, więc z tej okazji wybrałam się pozwiedzać Okayamę. W końcu też deszcz przestał padać i poczułam na własnej skórze upalne japońskie lato. W ciągu dnia było bowiem około 30 stopni, tylko odczuwalna jakieś 36 i muszę przyznać, że w pewnym momencie zapragnęłam, żeby wrócił deszcz.

Okayama to miasto-stolica prefektury Okayama (coś jak nasze województwa) i liczy sobie prawie 700 tysięcy mieszkańców. Podobno to właśnie tutaj urodził się legendarny Momotarō, czyli dosłownie chłopiec brzoskwinia. Momotarō to znana wszystkim Japończykom legenda o tym chłopcu, który narodził się z brzoskwini niesionej nurtem rzeki. Brzoskwinię znalazła starsza bezdzietna para, która postanowiła wychować chłopca, jak swojego syna i nadała mu imię Momotarō (momo po japońsku znaczy brzoskwinia, a Tarō to popularne imię męskie znaczące po prostu „najstarszy syn”). W tamtym czasie jednak w okolicy grasowały demony, które napadały biednych wieśniaków. Momotarō postanowił więc się z nimi rozprawić i wyruszył w podróż. Po drodze spotkał mówiącego psa, bażanta i małpę, którzy zgodzili się mu pomóc w zamian za podzielenie się z nimi kibidango, przekąską z mąki ryżowej, którą chłopiec miał ze sobą. Cała czwórka dotarła w końcu na wyspę demonów, gdzie pokonali złe stwory, uwolnili znajdujących się tam więźniów i zabrali zrabowane przedmioty. Momotarō powrócił do wioski, oddał skradzione rzeczy i żył w dostatku do końca swoich dni razem z przybranymi rodzicami.

Akcenty związane z tą legendą można znaleźć wszędzie w Okayamie. Od pomników czwórki bohaterów, po różne pamiątki i przysmaki, a nawet studzienki kanalizacyjne! Tak, tak, w Okayamie chyba praktycznie wszystkie studzienki mają wzór z Momotarō. Miasto, i ogólnie prefektura, słyną też z białych brzoskwiń, które są bardzo pyszne.

Poza tym w mieście są jeszcze dwie rzeczy warte uwagi przeciętnego turysty. Zamek i ogród Koraku. Zamek, jak każdy zamek japoński nie jest oryginalny, ponieważ został zniszczony w trakcie drugiej wojny światowej, ale po wojnie został odbudowany w 1966. Często zwany jest też ujō, czyli Kruczy Zamek, bo w przeciwieństwie do większości zamków w Japonii nie jest biały, tylko pokryty czarnymi deskami.

Z zewnątrz piękny, ale w środku trochę mniej

Do zamku można wejść za chyba 400 jenów (14 zł według dzisiejszego kursu), jeśli chcemy zwiedzić tylko zamek albo za 560 jenów (prawie 20 zł), jeśli kupujemy bilet łączony do zamku i do ogrodu. W środku zamku jest niewiele rzeczy – trochę informacji na temat jego historii i historii klanu, który rządził w Okayamie oraz różne przedmioty związane z tym klanem. W sumie zwiedzenie go (i to z czytaniem kilku opisów po japońsku) zajęło mi jakieś 30 minut.

Tu też był kiedyś zamek

Ogród Koraku jest bardziej wart uwagi, jako że jest to jeden z Trzech Wielkich Ogrodów w Japonii. W jednym z takich już byłam, w Kanazawie. Ten był mniejszy, ale wydawał się bardziej otwarty przez dużą ilość płaskich trawników, po których niestety nie wolno było chodzić. W ogrodzie znajdowały się też stawy z liliami wodnymi, które podobno kwitną w tym okresie i widok miał powalać z nóg, ale ja widziałam tylko 2 czy 3 rozkwitnięte kwiaty, a reszta nic. Poza tym pogryzły mnie okropnie komary i to pomimo tego, że byłam wypsikana od stóp do głów muggą! Ogród słynie też z tego, że są w nim żurawie, ale nie wiem czy to znaczy, że wolno tam chodzą, bo ja widziałam tylko takie w klatkach i nie wiem, czy były jakieś chore, czy bardziej jak zwierzęta w zoo. W ulotce wyczytałam jednak, że raz do roku żurawie mogą swobodnie chodzić po całym ogrodzie, więc chyba skłaniam się bardziej ku drugiej z wysnutych przeze mnie teorii.

Oprócz dwóch opisanych wyżej miejsc w Okayamie odwiedziłam jeszcze galerię sztuki Hayashibara. Galeria ta posiada dużą kolekcję dzieł sztuki, ale nie ma jednej stałej ekspozycji, tylko spośród posiadanych zbiorów wybiera co jakiś czas inne i wystawia pod inną nazwą. Obecnie trwa wystawa dzieł sztuki zawierających motywy zwierzęce. Wystawa powstała we współpracy muzeum z lokalnym zoo i zawiera 3 dzieła sztuki ocenione jako obiekty ważne kulturowo dla Japonii. Mnie najbardziej podobała się czerwona, lakierowana misa z wyrzeźbionymi na niej tygrysami oraz składany panel z pawiami. Niestety w środku nie wolno było robić zdjęć, więc musicie mi uwierzyć, że były piękne. Za wejście do muzeum zapłaciłam 500 jenów (około 18 zł).

Na koniec dnia poszłam coś zjeść i o 18:45 spotkałam się z moją host mamą. Razem poszłyśmy obejrzeć trening karate Amiki (starszej córki), a następnie wszystkie wróciłyśmy do domu koło 20:40. Sam trening był interesujący do oglądania, chociaż moim zdaniem momentami trener był zbyt ostry dla dzieciaków. Dzień był długi i męczący, ale cieszę się, bo brakowało mi miasta i jego różnych udogodnień i hałasów. Na sam koniec zrobiłam też małe zakupy przekąskowe, głównie słodycze, których u nas w Polsce nie ma. Moja host mama dobrze gotuje i nie mogę narzekać na jedzenie, ale czasem jednak chce się coś przekąsić między posiłkami, a tutaj najbliższy sklep jest oddalony o pół godziny drogi samochodem, więc wolałam zrobić małe zapasy na ten tydzień 🙂

Ten piękny most łączy zamek z wysepką, na której znajduje się ogród Koraku

Piejo kury piejo…

Minął już prawie tydzień odkąd jestem na wsi, więc pomyślałam, że czas trochę opisać jak się tutaj żyje. Niestety zdjęć będzie mało, bo krajobraz jednak się nie zmienił w ciągu tego tygodnia 😉

Moje dni wyglądają mniej więcej tak samo, ale lubię tę rutynę, bo jednak takie ciąganie co chwila walizki z miejsca na miejsce jest trochę męczące. Zazwyczaj budzę się około 6:30-7:00, nie dlatego, że muszę, ale tutaj po prostu słońce wstaje o 5 rano i czasem jest po prostu za jasno na sen. Poza tym, to jest wieś, nie ma tutaj zbyt wielu rozrywek po kolacji, więc chodzę (jak to ja) wcześnie spać. O 8:00 schodzę na dół do głównego domu i biorę Kantę na spacer. Chodzimy sobie po górkach i oglądamy domy sąsiadów, a po powrocie daję mu jeść i zmieniam wodę. Po spacerze jem śniadanie i zazwyczaj potem koło 9:30-10:00 Katsutaka albo Yoshimi zawożą mnie na rynek.

Na rynku zostaję sama i przez kilka godzin (do 12:00 lub 13:00, czasem chwilkę dłużej) sprzedaję produkty. W ciągu tygodnia nie ma tam tłumów, ale w weekendy całkiem sporo można sprzedać. Spieszę też wyjaśnieniem, że przychód ze sprzedaży na rynku to nie jest jedyne źródło zarobków rodziny Ōta. Ich produkty są sprzedawane w 8 różnych punktach i sklepach, a także prowadzą sprzedaż przez internet. Rynek jest po prostu kolejnym z takich punktów. W weekendy na stanowisku obok mnie pojawia się pani, która robi takoyaki, czyli smażone kulki z ciasta naleśnikowego z ośmiornicą w środku oraz coś w rodzaju większego racucha z pastą z czerwonej fasoli na słodko. Z kolei naprzeciwko jest mały sklepik, gdzie można kupić kawę albo lody i zazwyczaj biorę sobie jedną kawę mrożoną za 100 jenów (nasze 3 zł). W weekendy też przyjeżdża pan na inne stanowisko gdzie grilluje ryby (całe z ościami i oczami) i owoce morza na patykach, i które można kupić do zjedzenia. Ja chyba jednak nie jestem na tyle odważna, by je jeść, ale widziałam Japończyków, którzy zjadali te ryby w całości i zostawał im tylko pusty patyk.

Ciastko z pastą fasolową

Po powrocie jem obiad i mam chwilę przerwy. Koło 15 zazwyczaj znowu pomagam Yoshimi przy pakowaniu suszonych owoców albo robieniu słodyczy. Zwykle trwa to półtorej, maksymalnie 2 godziny. O 17:30-18:00 wychodzę drugi raz z Kantą i koło 19:30 jest kolacja. Potem mogę robić co chcę. Wolny dzień mam mniej więcej raz na 6 dni. Zazwyczaj wtedy wyjeżdża się do Okayamy albo w okolice, żeby coś pozwiedzać, bo tutaj to bez roboty można się zanudzić jak mops 😉

Trafiają się też ładne zachody słońca

Z niecodziennych wydarzeń to tylko jedno – wyjazd Claire dziś rano. W ramach pożegnania wczoraj przygotowałyśmy dużo przysmaków. Claire zrobiła francuskie naleśniki, a wspólnie z Yoshimi zrobiłyśmy dango, które jadłam już w Tokio i takoyaki, tylko że zamiast ośmiornicy dałyśmy kapustę i kukurydzę. Do tego na deser po kolacji były świeże owoce. Podobno w przyszłym tygodniu ktoś nowy ma przyjechać, ale nie wiem dokładnie kiedy. Poza tym cały czas jest pochmurno i w nocy i nad ranem zazwyczaj pada deszcz.

Domowe dango…
… i domowe takoyaki

Tylko jedna rzecz jest trochę słaba, no ale to wieś i stary dom, więc nie ma co narzekać. Rodzina Ōta ma zamiast kibelka dziurę w podłodzę i niestety zapaszek z szamba roznosi się lekko w tamtej części domu. Myślę, że przy większych upałach zapach jest bardziej uporczywy, ale na razie jest takie 22-26 stopni w ciągu dnia i da się to jeszcze znieść. To by było na tyle ode mnie tym razem. Następny post będzie pewnie po dniu wolnym. Planuję wtedy zwiedzić Okayamę, o ile pogoda mi na to pozwoli.