Jest sierpień, pogoda zabija (37 stopni w ciągu dnia i absolutnie zero wiatru), a w Japonii zbliża się Obon, czyli coroczne święto zmarłych. Z tej okazji w regionie Kansai, zwłaszcza w trójkącie Kioto-Nara-Osaka, w tym i przyszłym tygodniu odbywa się sporo różnych festiwali. W przeciwieństwie jednak do polskiego święta zmarłych, japoński odpowiednik jest dość radosny. Jest to także jeden z 3 najważniejszych okresów wakacyjnych w kraju, zaraz obok Shōgatsu, obchodów Nowego Roku, oraz Złotego Tygodnia, tygodnia na przełomie kwietnia i maja, podczas którego obchodzony jest szereg różnych świąt. W przypadku święta Obon, Japończycy wracają do domów porządkować rodzinne groby, ale przy okazji organizowane są właśnie lokalne festiwale połączone z tańcem bon-odori. Wierzy się, że w tym czasie duchy zmarłych przodków wracają na ziemię, żeby odwiedzić rodzinę. Kulminacją święta Obon jest tōrō-nagashi, czyli puszczanie lampionów na morza, rzeki czy jeziora, by odprowadziły zmarłych z powrotem do ich krainy.

Ale po co cały ten wstęp? Otóż pomiędzy 5, a 14 sierpnia w Narze organizowany jest właśnie taki lokalny festiwal. W tych dniach, codziennie od 19 do 21:45 w kilku różnych miejscach w mieście ustawiane jest około 20 000 lampionów, które po zmroku tworzą magiczny klimat. Jako, że wczoraj był 9, łatwo zgadnąć, że i ja postanowiłam zobaczyć jak to wygląda. I muszę wam powiedzieć, że było magicznie. Cofnijmy się jednak do początku dnia, gdy wybrałam się odwiedzić miasto jelonków.

Nara, miasto posiadające około 365 000 mieszkańców, stolica prefektury Nara i była stolica całej Japonii w latach 710-784. Dziś, miasto znane głównie z powodu ogromnego posągu Buddy oraz jeleni.

Skąd wzięły się tam jelenie? Według legendy, bóg Takemikazuchi, bóstwo z jednej ze świątyń w mieście przybył do Nary na białym jeleniu. Od tamtej pory, zwierzaki uznawane są za boskie stworzenia i biegają wolno po okolicach wszystkich większych atrakcji turystycznych oraz parku miejskim. Niestety cwaniaki nauczyły się już, że ludzie dają im mniamniapki (ciasteczka, do nabycia za 150 jenów ~5,50 zł paczka), więc gdy tylko zauważą jedzenie w ręku stają się bardzo natarczywe. Dość zabawnym było oglądanie piszczących dzieci i kobiet uciekających przed chmarą jelonków, bo ciasteczek było za mało, jelonki zbyt chętne, a ludzie zbyt przestraszeni. Poza tym, jeleń to nie królik, a te w Narze są w końcu na wpół dzikie i jeśli najdzie je ochota to mogą sprzedać kopniaka, staranować rogami albo ugryźć w tyłek. Należy też uważać na ich złodziejskie zapędy i buszowanie w otwartych torebkach – mnie, jeden nadgryzł mapę okolicy, bo wystawała niefortunnie z torby. Biorąc to wszystko pod uwagę, lepiej karmić łanie, bo choć nie mają rogów i nie wyglądają tak ładnie to jednak są łagodniejsze i raczej tylko pogłaszczą głową po nodze, a nie staranują rogami. Warto też wybierać miejsca, gdzie zwierzaków jest mniej albo są pojedyncze sztuki, żeby nie rzuciło się do nas nagle 10 jeleni.
Po drodze do pawilonu z Buddą weszłam do małego centrum informacji turystycznej połączonego z darmowym muzeum dotyczącym systemów izolacji sejsmicznej. „Muzeum”, bo to właściwie pół pokoju tylko miało jedną niezwykłą atrakcję – darmową symulację trzech trzęsień ziemi, które niedawno nawiedziły Japonię. Wyglądało to tak, że siadało się w fotelu, zapinało pasy, a przemiły pan po kolei odpalał każde z trzęsień, informował w którym roku miało ono miejsce i gdzie oraz jaka była jego siła. Ostatnia, czwarta symulacja była symulacją z zastosowaniem systemu izolacji, żeby pokazać jak świetnie żyje się z takim systemem. Pomysł fajny i jak na razie to jedyne przeżyte przeze mnie trzęsienia ziemi w Japonii (w tym to, które nawiedziło region Tōhoku w 2011 roku). Oby tak pozostało.

W Narze oprócz zwierząt znajduje się także kilka świątyń wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa Unesco. Najsłynniejsza to oczywiście Tōdai-ji, czyli pawilon z wielkim Buddą. Zbudowany w 738 r. zawiera największy na świecie posąg Buddy wykonany z brązu. Główna hala spłonęła dwa razy i obecny budynek pochodzi z początku XVIII wieku. Choć ogromny (57 metrów długości i 50 wysokości) to i tak jest to nic, bo podobno został zmniejszony aż o 1/3 w stosunku do oryginalnej budowli! Aż do 1998 r. był to także największy drewniany budynek na świecie. Posąg Buddy podobnie, był rekonstruowany częściowo kilka razy na skutek różnych wydarzeń, przy czym głowa odpadła mu dwa razy. Na początku był on także cały pokryty złotem, co musiało robić jeszcze większe wrażenie. Obecnie jest tylko z brązu, mierzy 14,98 m wysokości i waży 500 ton. Poza tym w jego kolanie znajduje się ludzki ząb, perły, lustra, miecze i klejnoty, które najprawdopodobniej należały do cesarza Shōmu, pomysłodawcy całego przedsięwzięcia. Zapomniałam jeszcze dodać, że za wstęp do pawilonu z Buddą należy zapłacić 600 jenów (niecałe 22 zł) lub 1000 jenów (36 zł), jeśli chcemy połączyć to ze zwiedzaniem muzeum poświęconego świątyni. Ja wybrałam tę pierwszą opcję, bo muzeum nieszczególnie mnie zainteresowało.
Ciekawostką jest dziura w jednym z filarów w świątyni, która jest wielkości nozdrza Buddy. Podobno ten kto przejdzie przez dziurę dostąpi oświecenia. Zazwyczaj w kolejce ustawiają się dzieci, ale ja obserwowałam cały szereg dorosłych, próbujących dostąpić oświecenia. Pierwsza pani poradziła sobie wyśmienicie, a była w sukience, jednak druga lekko się zaklinowała i pomagali jej przez ciągniecie za ręce. No ale koniec końców przeszła, czyli oświecenie na nią czeka.

Poza głównym pawilonem na terenie kompleksu znajduje się jeszcze kilka innych świątyń. Niestety trzeba lekko podejść do nich, więc turystów jest tam już zdecydowanie mniej. Jedna z nich oferuje nawet widok na miasto. Co prawda, większość przesłaniają drzewa, ale jednak zawsze coś.




Obok świątyni, w ukrytym za kotarą pomieszczeniu, znalazłam mini-knajpkę, w której zjadłam mini-lunch. Zapłaciłam 10 zł w przeliczeniu na nasze, a wodę dostałam za darmo. Był mały, ale w tym upale nie miałam ochoty na jakieś wielkie obiady, a poza tym miałam też inne przekąski.




Następnie udałam się do kolejnego kompleksu wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO – Kasuga Taisha. Kompleks zbudowany w tym samym czasie, w którym zostało założone miasto i poświęcony bóstwu chroniącemu miasto, Kasuga Taisha słynie głównie z brązowych latarni darowanych przez wierzących oraz czerwonego koloru. Główną świątynię można zobaczyć za darmo w części, ale za 500 jenów (18 zł) można wejść na wewnętrzne tereny i porobić jeszcze więcej ładnych zdjęć lampionom. Jest tam też jedno pomieszczenie z pozapalanymi lampionami, w którym atmosfera jest dość wyjątkowa.
Po obejrzeniu tych miejsc wróciłam do parku z jelonkami poczekać do 19 na rozświetlenie lampionów. Zjadłam jeszcze karaage, czyli ogólnie rzecz biorąc nuggetsy. Kosztowały mnie zawrotne 20 zł za niezbyt dużą porcję, ale co zrobić, gdy w brzuchu burczy, a w pobliżu brak kombini.

Zanim nastąpiło rozświetlenie wolontariusze pieczołowicie ustawiali lampiony. Było mi ich szkoda, bo niecne jelonki kilka razy zniszczyły to ustawienie i były też wielokrotnie przeganiane przez obsługę. O 19 zaczęło się wielkie show. Lampiony, w liczbie jakichś 20 000 poustawiane były w kilku miejscach w mieście. Najwięcej w parku, ale także wokół innych świątyń. Razem z zachodem słońca widok był dość niezwykły i nie żałuję, że musiałam poczekać te dwie godziny. Na dodatek rozstawione było dużo budek z różnym jedzeniem i można było zjeść lokalne przysmaki, od takoyaki, przez mrożone ogórki na zimno i owoce w polewie, które były niczym lizaki.
To by było na tyle z wczorajszych wrażeń. Dzisiaj czekają mnie fajerwerki nad rzeką w Osace, na które wybieram się z koleżanką. Już nie mogę się doczekać 🙂














































