Tyle jeżdżę pociągami po Japonii, że niedługo skończą mi się teksty piosenek, które mogę użyć jako tytułów do moich wpisów. A tytuł znowu z pociągami, bo opuściłam moją wioseczkę Kibichuō-chō i udałam się w dalszą tułaczkę po kraju kwitnącej wiśni. Dotarłam do Osaki, czyli drugiego największego miasta w Japonii, a przy okazji miejsca, które większość osób uznaje za mało atrakcyjne turystycznie. Co mają na myśli? Bardzo prostą rzecz – w Osace większość interesujących nas rzeczy można zobaczyć w ciągu 1-2 dni. Najciekawszą dla np. rodzin z dziećmi jest chyba wizyta w Universal Studio (6000 jenów za całodniowy wstęp, czyli lekką ręką 220 zł), a zaraz potem odwiedziny w Oceanarium (wstęp jedyne 2000 jenów, niecałe 73 zł, co w porównaniu z Universal Studio wydaje się drobnostką). Ja nie przyjechałam jednak zwiedzać tych przybytków, a wybrałam się na spacer po miejscach bardziej przyziemnych.

Zacznijmy od tego, że podróż z Okayamy do Osaki lokalnymi pociągami zajęła mi trochę mniej niż 3 godziny, wymagała tylko jednej przesiadki i kosztowała jedyne 3020 jenów (110 zł). Dotarłam do miasta koło 13, jednak i tak było to za wcześnie, bo w hostelu mogłam się zameldować dopiero od 15. Zostawiłam więc bagaże, dokonałam szybkiego przepakowania i wyruszyłam na podbój miasta. TripAdvisor polecił mi na obiad malutką knajpkę Curry Yakumido, gdzie w środku było dosłownie 5 miejsc przy barze i przemiły właściciel.

Gdy tylko weszłam od razu zagadał do mnie po japońsku, ale mówił też świetnie po angielsku. Oprócz mnie była tam jeszcze trójka Francuzów. Zamówiłam zwykłe curry z wołowiny za 600 jenów (22 zł). Porcja była solidna i wystarczyła mi, żebym się najadła. Może tylko troszkę za ostra.

Dziewczyna, która siedziała obok mnie też była samotną turystką i po krótkiej rozmowie okazało się, że ma w planach na dziś odwiedzenie zamku w Osace. Postanowiłyśmy więc połączyć siły i razem ruszyłyśmy zwiedzać dalej. Po drodze dowiedziałam się, że ma na imię Ludvine i jest w moim wieku, a część jej rodziny pochodzi z Chin, więc oprócz francuskiego i angielskiego włada jeszcze mandaryńskim i swoim lokalnym dialektem chińskiego.

Do zamku dotarłyśmy metrem i przeszłyśmy mały park oraz pokonałyśmy trochę stopni, żeby móc podziwiać główną wieżę, czyli to co my nazywamy zamkiem.

Ten zamek wyjątkowo nie został zniszczony przez żadną katastrofę, jednak lata zaniedbania i okazjonalne pożary oraz bombardowania zrobiły swoje i zamek i tak trzeba było częściowo odbudować. Poza tym, jest on uznany za obiekt niezwykle cenny kulturowo, jako że był on siedzibą Toyotomiego Hideyoshiego, drugiego z trzech wielkich zjednoczycieli Japonii w okresie sengoku i odegrał bardzo ważną rolę podczas jednoczenia kraju w XVI w.

Wejście do zamku kosztuje 600 jenów (22 zł), a wewnątrz na zwiedzającego czeka 8 pięter. Przy czym Japończycy nie mają parterów tylko pierwsze piętra, więc na nasze to 7, a na 8, ostatnim, znajduje się wyłącznie taras widokowy. Na pozostałych piętrach opisana jest historia życia Toyotomiego Hideyoshiego, historia zamku oraz wystawione są różne dzieła sztuki i przedmioty z okresu Azuchi-Momoyama, czyli czasów, w których żył Hideyoshi. Nie wiem jednak, czy to wszystko jest warte tej ceny, ale mam ten problem z większością zabytków w Japonii, a zwłaszcza z zamkami.


Po obejrzeniu zamku wybrałyśmy się do dzielnicy zwanej Amerika Mura, czyli dosłownie amerykańska wieś. Nazwa wzięła się stąd, że całość architektoniczna stylizowana jest na zachodnie miasta, a nie na te japońskie. W dzielnicy tej znajdują się głównie sklepy z rzeczami z drugiej ręki, kluby i bary oraz dużo młodych buntowniczo wyglądających Japończyków. Poza tym jest też Triangle Park, czyli betonowy park, w którym znajduje się miniatura Statuy Wolności. Co prawda tam akurat nie poszłyśmy, ale Statuę widać było dość dobrze z daleka. My zaś, zgodnie z modą panującą wśród młodych Japończyków kupiłyśmy sobie po kubku bubble tea, czyli herbaty z tapioką. Średnia za 480 jenów (jakieś 17,50 zł), a i tak było to w najtańszej tego typu knajpce.


Na sam koniec wybrałyśmy się jeszcze do Dōtonbori, mekki spożywczej w Osace. Oprócz dobrego jedzenia znajduje się tam także umowny symbol tego miasta – neon z biegnącym ludzikiem, reklamujący spółkę spożywczą Glico. Oczywiście jak przystało na porządną turystkę zrobiłam sobie z nim zdjęcie 🙂






Koło 20 rozstałam się z Ludvine, która niedługo już wraca do Francji i udałam się zameldować w hostelu. Jutro zaś wybieram się do Nary, gdzie moim głównym celem będzie unikanie bolesnych, jelenich ugryzień w zadek. A przy okazji zobaczę i wielkiego Buddę, i może nawet festiwal lampionów 🙂