Dziś mój ostatni dzień u host rodziny. Jutro wyjeżdżam do Osaki i powoli moja trasa będzie mnie prowadzić do Tokio i lotniska Narita. Przedwczoraj jednak miałam mój ostatni dzień wolny i wykorzystałam go na wycieczkę rowerową z Severine, nową pomocniczką.

Plan był prosty: jazda 10 minut pociągiem z Okayamy, wypożyczenie roweru na cały dzień za 1000 jenów (35 zł), przjechanie 17 km, oddanie go na drugiej stacji i powrót do miasta. I generalnie tak właśnie było. Z kilkoma małymi przygodami.

Pierwsza miała miejsce, gdy zaczęłyśmy kombinować gdzie wysiąść z autobusu. Widzicie, zazwyczaj gdy miałam dzień wolny to jechałam do Okayamy pociągiem albo host mama mnie podwoziła na dworzec, bo akurat miała tam spotkanie. Tym razem spotkanie nie było w centrum miasta, ale na jakichś obrzeżach, więc wysadziła nas na przystanku autobusowym, z którego odjeżdżał jeden autobus na dworzec i pojechała dalej. My wsiadłyśmy do autobusu i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że podróż nim zaczęła się robić droższa niż przejazd pociągiem ze wsi do Okayamy. Poza tym, zobaczyłam na mapie, że nasz autobus zatrzymuje się zaraz obok stacji, która jest na trasie naszego pociągu, więc tak na dobrą sprawę nie musimy jechać aż na dworzec w mieście, tylko możemy wsiąść na tej stacji. Niestety, nie byłyśmy wystarczająco zdecydowane i autobus odjechał sprzed stacji zanim podjęłyśmy decyzję, iż wysiadamy. Nic to jednak, bo następny przystanek był nawet lepszy – obok niego znajdowało się kombini, dzięki czemu zaopatrzyłyśmy się od razu w prowiant na wycieczkę. Ostatecznie też za autobus zapłaciłyśmy 430 jenów (około 15,50 zł), podczas gdy pociąg na trasie Fukuwatari – Okayama kosztuje 580 jenów (21 zł). A przecież byłyśmy bliżej centrum niż gdybyśmy wsiadały w Fukuwatari. W każdym razie, uzbrojone w dwa litry elektrolitów i onigiri każda, ruszyłyśmy z powrotem w kierunku stacji. Bilet ze stacji do stacji Bizen-Ichinomiya, gdzie znajdowała się wypożyczalnia rowerów kosztował nas 190 jenów (niecałe 7 zł), a podróż trwała może 10 minut. Po opuszczeniu pociągu dość łatwo było znaleźć wypożyczalnię, bo była praktycznie obok wejścia na stację. Tam grzecznie podałyśmy imię i nazwisko, wpisałyśmy swój adres pobytu, odebrałyśmy mapkę z trasą i ruszyłyśmy na spotkanie przygodzie.

Ogólnie trasa wiodła szlakiem historycznym tj. miejsca na niej były związane z dwunastowieczną historią o księciu Kibitsuhiko, który pokonał ogra grasującego w okolicy. Ta historia dała też początek legendzie o brzoskwiniowym chłopcu, Momotarō. Trasa ma 17 km, znajdują się tam głównie świątynie, dwa kurhany z czasów V w. oraz destylarnia sake. Poza tym, trasa biegnie po równinie, więc nie było to aż tak męczące jak gdybyśmy miały ciągle się gramolić pod górę i z góry.

Wszystko byłoby fajnie, ale problemy były dwa – super prażące słońce (36 stopni i odczuwalna 41) oraz strasznie słabe oznakowanie zabytków do zobaczenia na trasie. I o ile świątynie ciężko było ominąć, to żadnego z kurhanów nie udało nam się znaleźć, a gdy zrobiłyśmy mały postój na trasie przy sklepie spożywczym to okazało się, że jeden z nich jest 2 kilometry ZA nami. A w tym upale nie bardzo chciało nam się wracać, nawet po płaskim. Już nie mówię o destylarni sake, bo tej nigdzie nie widziałam ani na znakach, ani nigdzie. Świątynie jak świątynie, były ładne, ale podobne do wielu innych, które widziałam w Japonii. Poza tym na trasie były fajne widoczki na falujące pola ryżu.

Cała wycieczka zajęła nam jakieś 4,5 godziny i to w takim normalnym tempie. Pod koniec jechałyśmy już jednak dość wolno, bo zwyczajnie upał nas wycieńczył i nie miałyśmy siły szybciej. Do drugiego miasteczka dojechałyśmy około 15:30, grzecznie zdałyśmy rowery i czekałyśmy na pociąg do Okayamy. Upał tego dnia był taki, że pomimo smarowania spaliłam się lekko, a Severine przespała całą drogę w pociągu. Po dotarciu do Okayamy poszwendałyśmy się jeszcze chwilę po centrum handlowym, zjadłyśmy kolację i o 20 dotarłyśmy do Fukuwatari, skąd host tata zabrał nas samochodem do domu. Padłyśmy praktycznie od razu i jeszcze wczoraj czułyśmy zmęczenie. Poza tym, ja odczuwam lekki ból pośladków od niewygodnego siodełka, ale uważam, że było warto i gdybym mogła to przejechałabym się jeszcze raz.