Minął już prawie tydzień odkąd jestem na wsi, więc pomyślałam, że czas trochę opisać jak się tutaj żyje. Niestety zdjęć będzie mało, bo krajobraz jednak się nie zmienił w ciągu tego tygodnia 😉

Moje dni wyglądają mniej więcej tak samo, ale lubię tę rutynę, bo jednak takie ciąganie co chwila walizki z miejsca na miejsce jest trochę męczące. Zazwyczaj budzę się około 6:30-7:00, nie dlatego, że muszę, ale tutaj po prostu słońce wstaje o 5 rano i czasem jest po prostu za jasno na sen. Poza tym, to jest wieś, nie ma tutaj zbyt wielu rozrywek po kolacji, więc chodzę (jak to ja) wcześnie spać. O 8:00 schodzę na dół do głównego domu i biorę Kantę na spacer. Chodzimy sobie po górkach i oglądamy domy sąsiadów, a po powrocie daję mu jeść i zmieniam wodę. Po spacerze jem śniadanie i zazwyczaj potem koło 9:30-10:00 Katsutaka albo Yoshimi zawożą mnie na rynek.

Na rynku zostaję sama i przez kilka godzin (do 12:00 lub 13:00, czasem chwilkę dłużej) sprzedaję produkty. W ciągu tygodnia nie ma tam tłumów, ale w weekendy całkiem sporo można sprzedać. Spieszę też wyjaśnieniem, że przychód ze sprzedaży na rynku to nie jest jedyne źródło zarobków rodziny Ōta. Ich produkty są sprzedawane w 8 różnych punktach i sklepach, a także prowadzą sprzedaż przez internet. Rynek jest po prostu kolejnym z takich punktów. W weekendy na stanowisku obok mnie pojawia się pani, która robi takoyaki, czyli smażone kulki z ciasta naleśnikowego z ośmiornicą w środku oraz coś w rodzaju większego racucha z pastą z czerwonej fasoli na słodko. Z kolei naprzeciwko jest mały sklepik, gdzie można kupić kawę albo lody i zazwyczaj biorę sobie jedną kawę mrożoną za 100 jenów (nasze 3 zł). W weekendy też przyjeżdża pan na inne stanowisko gdzie grilluje ryby (całe z ościami i oczami) i owoce morza na patykach, i które można kupić do zjedzenia. Ja chyba jednak nie jestem na tyle odważna, by je jeść, ale widziałam Japończyków, którzy zjadali te ryby w całości i zostawał im tylko pusty patyk.

Po powrocie jem obiad i mam chwilę przerwy. Koło 15 zazwyczaj znowu pomagam Yoshimi przy pakowaniu suszonych owoców albo robieniu słodyczy. Zwykle trwa to półtorej, maksymalnie 2 godziny. O 17:30-18:00 wychodzę drugi raz z Kantą i koło 19:30 jest kolacja. Potem mogę robić co chcę. Wolny dzień mam mniej więcej raz na 6 dni. Zazwyczaj wtedy wyjeżdża się do Okayamy albo w okolice, żeby coś pozwiedzać, bo tutaj to bez roboty można się zanudzić jak mops 😉

Z niecodziennych wydarzeń to tylko jedno – wyjazd Claire dziś rano. W ramach pożegnania wczoraj przygotowałyśmy dużo przysmaków. Claire zrobiła francuskie naleśniki, a wspólnie z Yoshimi zrobiłyśmy dango, które jadłam już w Tokio i takoyaki, tylko że zamiast ośmiornicy dałyśmy kapustę i kukurydzę. Do tego na deser po kolacji były świeże owoce. Podobno w przyszłym tygodniu ktoś nowy ma przyjechać, ale nie wiem dokładnie kiedy. Poza tym cały czas jest pochmurno i w nocy i nad ranem zazwyczaj pada deszcz.


Tylko jedna rzecz jest trochę słaba, no ale to wieś i stary dom, więc nie ma co narzekać. Rodzina Ōta ma zamiast kibelka dziurę w podłodzę i niestety zapaszek z szamba roznosi się lekko w tamtej części domu. Myślę, że przy większych upałach zapach jest bardziej uporczywy, ale na razie jest takie 22-26 stopni w ciągu dnia i da się to jeszcze znieść. To by było na tyle ode mnie tym razem. Następny post będzie pewnie po dniu wolnym. Planuję wtedy zwiedzić Okayamę, o ile pogoda mi na to pozwoli.
Widoki są przepiękne! I sama chętnie bym spróbowała japońskich przysmaków!
PolubieniePolubienie