Tyle słońca w całym mieście

Wczoraj miałam wolny dzień, więc z tej okazji wybrałam się pozwiedzać Okayamę. W końcu też deszcz przestał padać i poczułam na własnej skórze upalne japońskie lato. W ciągu dnia było bowiem około 30 stopni, tylko odczuwalna jakieś 36 i muszę przyznać, że w pewnym momencie zapragnęłam, żeby wrócił deszcz.

Okayama to miasto-stolica prefektury Okayama (coś jak nasze województwa) i liczy sobie prawie 700 tysięcy mieszkańców. Podobno to właśnie tutaj urodził się legendarny Momotarō, czyli dosłownie chłopiec brzoskwinia. Momotarō to znana wszystkim Japończykom legenda o tym chłopcu, który narodził się z brzoskwini niesionej nurtem rzeki. Brzoskwinię znalazła starsza bezdzietna para, która postanowiła wychować chłopca, jak swojego syna i nadała mu imię Momotarō (momo po japońsku znaczy brzoskwinia, a Tarō to popularne imię męskie znaczące po prostu „najstarszy syn”). W tamtym czasie jednak w okolicy grasowały demony, które napadały biednych wieśniaków. Momotarō postanowił więc się z nimi rozprawić i wyruszył w podróż. Po drodze spotkał mówiącego psa, bażanta i małpę, którzy zgodzili się mu pomóc w zamian za podzielenie się z nimi kibidango, przekąską z mąki ryżowej, którą chłopiec miał ze sobą. Cała czwórka dotarła w końcu na wyspę demonów, gdzie pokonali złe stwory, uwolnili znajdujących się tam więźniów i zabrali zrabowane przedmioty. Momotarō powrócił do wioski, oddał skradzione rzeczy i żył w dostatku do końca swoich dni razem z przybranymi rodzicami.

Akcenty związane z tą legendą można znaleźć wszędzie w Okayamie. Od pomników czwórki bohaterów, po różne pamiątki i przysmaki, a nawet studzienki kanalizacyjne! Tak, tak, w Okayamie chyba praktycznie wszystkie studzienki mają wzór z Momotarō. Miasto, i ogólnie prefektura, słyną też z białych brzoskwiń, które są bardzo pyszne.

Poza tym w mieście są jeszcze dwie rzeczy warte uwagi przeciętnego turysty. Zamek i ogród Koraku. Zamek, jak każdy zamek japoński nie jest oryginalny, ponieważ został zniszczony w trakcie drugiej wojny światowej, ale po wojnie został odbudowany w 1966. Często zwany jest też ujō, czyli Kruczy Zamek, bo w przeciwieństwie do większości zamków w Japonii nie jest biały, tylko pokryty czarnymi deskami.

Z zewnątrz piękny, ale w środku trochę mniej

Do zamku można wejść za chyba 400 jenów (14 zł według dzisiejszego kursu), jeśli chcemy zwiedzić tylko zamek albo za 560 jenów (prawie 20 zł), jeśli kupujemy bilet łączony do zamku i do ogrodu. W środku zamku jest niewiele rzeczy – trochę informacji na temat jego historii i historii klanu, który rządził w Okayamie oraz różne przedmioty związane z tym klanem. W sumie zwiedzenie go (i to z czytaniem kilku opisów po japońsku) zajęło mi jakieś 30 minut.

Tu też był kiedyś zamek

Ogród Koraku jest bardziej wart uwagi, jako że jest to jeden z Trzech Wielkich Ogrodów w Japonii. W jednym z takich już byłam, w Kanazawie. Ten był mniejszy, ale wydawał się bardziej otwarty przez dużą ilość płaskich trawników, po których niestety nie wolno było chodzić. W ogrodzie znajdowały się też stawy z liliami wodnymi, które podobno kwitną w tym okresie i widok miał powalać z nóg, ale ja widziałam tylko 2 czy 3 rozkwitnięte kwiaty, a reszta nic. Poza tym pogryzły mnie okropnie komary i to pomimo tego, że byłam wypsikana od stóp do głów muggą! Ogród słynie też z tego, że są w nim żurawie, ale nie wiem czy to znaczy, że wolno tam chodzą, bo ja widziałam tylko takie w klatkach i nie wiem, czy były jakieś chore, czy bardziej jak zwierzęta w zoo. W ulotce wyczytałam jednak, że raz do roku żurawie mogą swobodnie chodzić po całym ogrodzie, więc chyba skłaniam się bardziej ku drugiej z wysnutych przeze mnie teorii.

Oprócz dwóch opisanych wyżej miejsc w Okayamie odwiedziłam jeszcze galerię sztuki Hayashibara. Galeria ta posiada dużą kolekcję dzieł sztuki, ale nie ma jednej stałej ekspozycji, tylko spośród posiadanych zbiorów wybiera co jakiś czas inne i wystawia pod inną nazwą. Obecnie trwa wystawa dzieł sztuki zawierających motywy zwierzęce. Wystawa powstała we współpracy muzeum z lokalnym zoo i zawiera 3 dzieła sztuki ocenione jako obiekty ważne kulturowo dla Japonii. Mnie najbardziej podobała się czerwona, lakierowana misa z wyrzeźbionymi na niej tygrysami oraz składany panel z pawiami. Niestety w środku nie wolno było robić zdjęć, więc musicie mi uwierzyć, że były piękne. Za wejście do muzeum zapłaciłam 500 jenów (około 18 zł).

Na koniec dnia poszłam coś zjeść i o 18:45 spotkałam się z moją host mamą. Razem poszłyśmy obejrzeć trening karate Amiki (starszej córki), a następnie wszystkie wróciłyśmy do domu koło 20:40. Sam trening był interesujący do oglądania, chociaż moim zdaniem momentami trener był zbyt ostry dla dzieciaków. Dzień był długi i męczący, ale cieszę się, bo brakowało mi miasta i jego różnych udogodnień i hałasów. Na sam koniec zrobiłam też małe zakupy przekąskowe, głównie słodycze, których u nas w Polsce nie ma. Moja host mama dobrze gotuje i nie mogę narzekać na jedzenie, ale czasem jednak chce się coś przekąsić między posiłkami, a tutaj najbliższy sklep jest oddalony o pół godziny drogi samochodem, więc wolałam zrobić małe zapasy na ten tydzień 🙂

Ten piękny most łączy zamek z wysepką, na której znajduje się ogród Koraku

Dodaj komentarz