Wczoraj nie było wpisu, bo spędziłam właściwie cały dzień w podróży. Jechałam z Hiroszimy do Okayamy, a stamtąd miałam kolejny pociąg do Fukuwatari, skąd samochodem jeszcze pół godziny do domu rodziny, u której się zatrzymałam. Rodzina Ōta zajmuje się hodowlą winogron i produkcją różnych słodyczy, suszonych owoców i dressingów. Yoshimi i Katsutaka mają dwie córeczki, Amikę, która ma 7 lat i Hinako, która 7 sierpnia skończy 3 latka. No i jest jeszcze Kanta, czyli pies rasy shiba inu.

Będę mieszkać w ich domu przez następne trzy i pół tygodnia i pomagać im przy produkcji słodyczy i przy różnych pracach wokół domu. Oprócz mnie jest jeszcze jedna dziewczyna z Francji, Claire, która tak jak ja przyjechała pomagać. Dom, w którym mieszkają Yoshimi i Katsutaka jest bardzo stary i z tego co powiedziała mi Claire został zbudowany przez ojca (albo dziadka) Katsutaki, gdy wrócił z wojny. Są w nim tradycyjne maty tatami i przesuwane drzwi oraz klasyczna japońska toaleta, czyli dziura w ziemi. My pomocnicy mieszkamy jednak w innym domku, kawałek dalej. Też jest on stary i są w nim maty tatami i przesuwane drzwi, a także śpimy na futonach, czyli cienkich materacach japońskich. Jednak my mamy super nowoczesną toaletę, która ma podgrzewaną deskę, automatycznie podnosi klapę i opuszcza ją i w ogóle wszystko czego dusza zapragnie. W naszym domku jest też pralka i wanna. Posiłki jemy 3 razy dziennie wszyscy razem i zazwyczaj przygotowuje je Yoshimi. Bardzo mi się to podoba, bo dzięki temu czuję się jakbym była częścią rodziny.


W ramach podziękowań za to, że rodzina Ōta przyjęła mnie do siebie przywiozłam im z Polski kilka drobiazgów: ptasie mleczko i pierniki toruńskie (jako, że to klasyczne polskie słodycze), zestaw ręczniczków kuchennych z warszawskimi miejscami, magnes i pocztówkę z Warszawy. Słodycze im smakowały, bo po obiedzie wszyscy razem próbowaliśmy.

Tak więc wczoraj wieczorem po moim przyjeździe zjedliśmy razem kolację, a potem właściwie wróciłam do naszego domku i poszłam spać. Dzisiaj za to, koło 8:30 poszłyśmy na spacer z Kantą, potem razem zjedliśmy śniadanie koło 9, a potem o 9:45 Katsutaka zawiózł mnie i Claire na lokalny ryneczek, gdzie sprzedawałyśmy (albo raczej próbowałyśmy sprzedać) słodycze. Ludzi było niewiele, głównie starsze osoby i wydawało mi się, że byli trochę onieśmieleni naszą obecnością. Gdy już zaczynali rozmowy to też zwykle skupiały się one na nas, nie na słodyczach. Poza tym, Claire nie mówi po japońsku, więc to ja głównie prowadziłam konwersacje i czasem robiłam za tłumacza. Byłyśmy tam około 3 godzin i w tym czasie udało nam się sprzedać tylko dwie rzeczy. Raczej sprzedawczyniami miesiąca nie zostaniemy 🙂 Popołudniu zajęłyśmy się robieniem słodyczy. Yoshimi robi ciastka, które nazywają się salamini i właściwie jest to włoskie ciasteczko w kształcie salami, tylko w środku ma inne rzeczy. Dziś robiłyśmy te o smaku kawowym, czekoladowym i matchy (zielona herbata japońska). Do tego przygotowywałyśmy suszone brzoskiwinie do sprzedaży.


Niedługo będzie kolacja, a jutro pewnie znowu pojedziemy na rynek. Od teraz pewnie nie będę wrzucać postów codziennie, bo raczej nie ma sensu pisać ciągle o tym ile słodyczy (nie) udało mi się sprzedać i co akurat dzisiaj jadłam. Postaram się jednak zrobić kilka wpisów z bardziej praktycznymi informacjami dotyczącymi Japonii czy Tokio albo z moimi przemyśleniami po dwóch tygodniach pobytu w tym kraju.