Country life

Wczoraj nie było wpisu, bo spędziłam właściwie cały dzień w podróży. Jechałam z Hiroszimy do Okayamy, a stamtąd miałam kolejny pociąg do Fukuwatari, skąd samochodem jeszcze pół godziny do domu rodziny, u której się zatrzymałam. Rodzina Ōta zajmuje się hodowlą winogron i produkcją różnych słodyczy, suszonych owoców i dressingów. Yoshimi i Katsutaka mają dwie córeczki, Amikę, która ma 7 lat i Hinako, która 7 sierpnia skończy 3 latka. No i jest jeszcze Kanta, czyli pies rasy shiba inu.

Kanta

Będę mieszkać w ich domu przez następne trzy i pół tygodnia i pomagać im przy produkcji słodyczy i przy różnych pracach wokół domu. Oprócz mnie jest jeszcze jedna dziewczyna z Francji, Claire, która tak jak ja przyjechała pomagać. Dom, w którym mieszkają Yoshimi i Katsutaka jest bardzo stary i z tego co powiedziała mi Claire został zbudowany przez ojca (albo dziadka) Katsutaki, gdy wrócił z wojny. Są w nim tradycyjne maty tatami i przesuwane drzwi oraz klasyczna japońska toaleta, czyli dziura w ziemi. My pomocnicy mieszkamy jednak w innym domku, kawałek dalej. Też jest on stary i są w nim maty tatami i przesuwane drzwi, a także śpimy na futonach, czyli cienkich materacach japońskich. Jednak my mamy super nowoczesną toaletę, która ma podgrzewaną deskę, automatycznie podnosi klapę i opuszcza ją i w ogóle wszystko czego dusza zapragnie. W naszym domku jest też pralka i wanna. Posiłki jemy 3 razy dziennie wszyscy razem i zazwyczaj przygotowuje je Yoshimi. Bardzo mi się to podoba, bo dzięki temu czuję się jakbym była częścią rodziny.

Mój pokój
Domek, w którym mieszkam

W ramach podziękowań za to, że rodzina Ōta przyjęła mnie do siebie przywiozłam im z Polski kilka drobiazgów: ptasie mleczko i pierniki toruńskie (jako, że to klasyczne polskie słodycze), zestaw ręczniczków kuchennych z warszawskimi miejscami, magnes i pocztówkę z Warszawy. Słodycze im smakowały, bo po obiedzie wszyscy razem próbowaliśmy.

Pole ryżu, tu się oddycha!

Tak więc wczoraj wieczorem po moim przyjeździe zjedliśmy razem kolację, a potem właściwie wróciłam do naszego domku i poszłam spać. Dzisiaj za to, koło 8:30 poszłyśmy na spacer z Kantą, potem razem zjedliśmy śniadanie koło 9, a potem o 9:45 Katsutaka zawiózł mnie i Claire na lokalny ryneczek, gdzie sprzedawałyśmy (albo raczej próbowałyśmy sprzedać) słodycze. Ludzi było niewiele, głównie starsze osoby i wydawało mi się, że byli trochę onieśmieleni naszą obecnością. Gdy już zaczynali rozmowy to też zwykle skupiały się one na nas, nie na słodyczach. Poza tym, Claire nie mówi po japońsku, więc to ja głównie prowadziłam konwersacje i czasem robiłam za tłumacza. Byłyśmy tam około 3 godzin i w tym czasie udało nam się sprzedać tylko dwie rzeczy. Raczej sprzedawczyniami miesiąca nie zostaniemy 🙂 Popołudniu zajęłyśmy się robieniem słodyczy. Yoshimi robi ciastka, które nazywają się salamini i właściwie jest to włoskie ciasteczko w kształcie salami, tylko w środku ma inne rzeczy. Dziś robiłyśmy te o smaku kawowym, czekoladowym i matchy (zielona herbata japońska). Do tego przygotowywałyśmy suszone brzoskiwinie do sprzedaży.

No weź miziaj człowiek
Fajnych mam sąsiadów co?

Niedługo będzie kolacja, a jutro pewnie znowu pojedziemy na rynek. Od teraz pewnie nie będę wrzucać postów codziennie, bo raczej nie ma sensu pisać ciągle o tym ile słodyczy (nie) udało mi się sprzedać i co akurat dzisiaj jadłam. Postaram się jednak zrobić kilka wpisów z bardziej praktycznymi informacjami dotyczącymi Japonii czy Tokio albo z moimi przemyśleniami po dwóch tygodniach pobytu w tym kraju.

Enola Gay

Dziś niedziela. I mój ostatni dzień zwiedzania aż do 8 sierpnia. Jutro wyruszam w podróż do Okayamy, a stamtąd do miejscowości Fukuwatari i na wieś do japońskiej rodziny pomagać im hodować winogrona i robić z nich słodycze. Dzisiaj jednak jeszcze trochę pozwiedzałam i porobiłam małe zakupy pamiątkowe. Rano poszłam do Galerii Sztuki w Hiroszimie. Jest to galeria o tyle niezwykła, że w jej zbiorach znajdują się głównie obrazy europejskich impresjonistów, kilka obrazów japońskich impresjonistów, ale w europejskim stylu i dosłownie 6 obrazów w stylu japońskim.

Wewnętrzny dziedziniec galerii

Za wejście do muzeum zapłaciłam 900 jenów (w dzisiejszym kursie 31,50zł), dzięki mojej karcie ISIC (Międzynarodowa legitymacja studencka). Bez niej byłoby to 1200 jenów, czyli 42 zł. Poza tym była też oddzielnie płatna wystawa tymczasowa, ale na nią nie poszłam. Samo muzeum jest w sumie dość małe, ma dosłownie 5 sal i spędziłam w nich może jakąś godzinę. To co mi się podobało, to to, że w środku udostępnione jest darmowe wifi, które po podłączeniu się pozwala nam dowiedzieć się więcej nt obrazów znajdujących się w galerii. Dzięki temu zamiast tylko chodzić i udawać, że dumam godzinami przed płótnem Van Gogha czy Renoira, mogłam dowiedzieć się czegoś więcej o ich obrazach.

Jedna z sal muzealnych

Z muzeum udałam się w kierunku ogrodu Shukkei. Obok niego znajduje się muzeum prefekturalne Hiroszimy i bilet łączony do obu tych miejsc kosztował mnie 350 jenów (12 zł). Dla osoby dorosłej bez zniżek cena wychodziła około 680 jenów (mniej więcej 24 zł). Ogród jest bardzo estetyczny, co zresztą typowe dla ogrodów japońskich. Jest to tzw. okrągły ogród, ponieważ w centralnym miejscu znajdował się staw i po prostu obchodziło się go w koło różnymi ścieżkami. W jednym ze skrajnych punktów ogrodu znajdował się też mały bamusowy las. Nie jest tak imponujący jak ten, który jest w okolicach Kioto, ale całkiem przyjemny i na pewno jest w nim mniej ludzi niż w tym drugim.

W muzeum prefekturalnym były już głównie dzieła japońskich artystów, ale był też jeden obraz Salvadora Daliego i to mnie zaskoczyło, bo żaden z przewodników, które czytałam nie wspominał o nim. Zupełnie przypadkiem też trafiłam na mini-koncert jakiegoś chóru japońskiego. Bardzo mi się to podobało i chętnie posiedziałam w muzeum aż do jego zakończenia.

Obraz nosi tytuł „Sen Wenus” i wygląda trochę jak mieszanka innych obrazów Daliego

Gdy wyszłam z muzeum była 13:10, więc musiałam się trochę pospieszyć. Chciałam bowiem zdążyć do Muzeum Pokoju w Hiroszimie na spotkanie dotyczące osób, które przeżyły wybuch bomby atomowej. W muzeum bowiem, organizowane są spotkania z osobami, które po angielsku nazywają się „A-Bomb Legacy Succesor”, a po polsku można to oddać jako „Następcy dziedzictwa bomby atomowej”. Są to osoby, które rozmawiały osobiście z osobami, które przeżyły wybuch bomby, a następnie opowiadają o tym odwiedzającym muzeum w Hiroszimie. Spotkania są bezpłatne, odbywają się trzy razy dziennie o określonych porach, codziennie i ostatnie spotkanie dnia, które odbywa się o 14:00 jest po angielsku. Chętnie posłuchałam historii jednej z kobiet Sadako Masae. Gdy wybuchła bomba Sadako miała 12 lat. Dziewczynka, jak większość dzieci w jej wieku była w tamtym czasie zaangażowana w rozbieranie budynków w mieście, by stworzyć zapory przeciwogniowe w razie nalotów powietrznych. Miała na tyle dużo szczęścia, że w dniu wybuchu miała wolne i zamiast być w pracy, czyli w niedalekiej odległości od miejsca wybuchu, znajdowała się aż 3 km od epicentrum. Dzięki temu nie uległa poważniejszym obrażeniom i nie ucierpiała aż tak na skutek choroby popromiennej. Jej rodzice niestety oboje zginęli, ale oprócz Sadako przeżyła jeszcze jej babcia, trzy siostry i dwoje braci. Po zakończeniu drugiej wojny światowej Sadako nie opowiadała nikomu o swoich przeżyciach, dopiero gdy miała około 56 lat została zaproszona do jednej z podstawówek w Hiroszimie, by opowiedzieć o tym co ją spotkało i od tamtej pory jeździ po świecie działając na rzecz pokoju. Dziś ma 86 lat i wciąż jest bardzo aktywną osobą.

Pomnik poświęcony wszystkim uczniom, którzy rozbierali budynki i zginęli od wybuchu bomby
Ogień pokoju na terenie Parku Pokoju, który zostanie zgaszony dopiero gdy cała broń nuklearna na świecie zostanie zniszczona

Jeszcze jednym ciekawym „monumentem” w Muzeum Pokoju, o którym nie wspominałam wcześniej jest Zegar Pokoju. Na pierwszym cyfrowym wyświetlaczu wskazuje on ile dni minęło od wybuchu bomby w Hiroszimie. Na drugim ile dni upłnęło od ostatniego użycia broni nuklearnej i za każdym razem gdy zostanie ona użyta następuje jego reset. Obecnie drugi wyświetlacz wskazuje 151 dni, ponieważ na początku tego roku Stany Zjednoczone przeprowadziłī dwa testy broni nuklearnej, którą posiadają w swoim arsenale. Od momentu zbudowania zegaru, czyli od roku 2001 był on resetowany 15 razy, a ostatnie 3 razy za sprawą testów jądrowych przeprowadzanych przez USA. Poza tymi wyświetlaczami na wieży znajduje się jeszcze skomplikowany mechanizm piętnastu kółek zębatych. Kółko na samej górze kręci się z prędkością 100 obrotów na minutę, ale przyspiesza, jeśli nasza planeta znajduje się w niebezpieczeństwie. Jeśli pierwsze kółko będzie kręcić się tak szybko, że uruchomiona zostanie cała reszta, to w momencie gdy ostatnie z nich zacznie się kręcić zegar ulegnie samozniszczeniu. Ma to stanowić przestrogę dla nas, żeby ludzie zaprzestali użycia broni nuklearnej i siły wojskowej. Obecnie poruszają się (na szczęście, a może nieszczęście) tylko dwa pierwsze kółka.

Po zakończonym spotkaniu wróciłam do hostelu i trochę się spakowałam, a potem udałam się na małą drzemkę. Gdy się przebudziłam poszłam jeszcze na miasto kupić kilka pamiątek i zjeść kolację. Wybór padł dzisiaj na kareraisu, czyli prościej mówiąc curry z ryżem. Jest to bardzo popularne danie w Japonii i dużo restauracji je u siebie podaje. Ja wybrałam sobie wersję z letnimi warzywami, bo trochę brakuje mi tu warzyw, ale była to dość pikantna wersja, co niestety nie było nigdzie napisane. Dostałam jednak duży talerz jedzenia, za który zapłaciłam 844 jeny (29,50 zł). Jest to taka przeciętna cena w knajpach japońskich. No i to by było tyle na dziś. Jutro trzeba będzie się pożegnać z Hiroszimą i jechać dalej.

Here comes the rain again…

Wczoraj była taka piękna pogoda i miałam nadzieję, że dzisiaj też będzie choć trochę słońca, bo postanowiłam wybrać się na Miyajimę. Jest to wyspa niedaleko Hiroszimy, gdzie znajduje się dość słynna świątynia Itsukushima i słynna brama torii zanurzona w wodzie. Wyszłam z hostelu koło 8:30, bo tramwaj, który mnie tam zawiózł jechał troszkę ponad godzinę. Zapłaciłam za niego 260 jenów w jedną stronę (9,10 zł). Dla posiadaczy JR Passa jest szybsza opcja, czyli 20-minutowy pociąg. Bez Passa kosztuje on około 410 jenów, co może nie jest nie wiem jak wygórowaną ceną, ale mi nie przeszkadzała podróż tramwajem. Gdy dotarłam na stacją Miyajima-guchi to musiałam kupić bilety na prom, skoro jechałam na wyspę. Firmy, które podstawiają promy są dwie – JR i Matsudaima. Oba bilety kosztują 180 jenów w jedną stronę (6,30 zł), a jedyną przewagą JR nad Matsudaimą jest to, że na prom linii JR można wejść z JR Passem i nie płacić dodatkowo. Mi to nie robiło różnicy, więc podeszłam do pierwszego lepszego okienka biletowego i okazało się, że było to okienko Matsudaimy. Prom płynął jakieś 15 minut, może nawet mniej, a pogoda była jeszcze w miarę. Nie było słońca, ale trochę raziło mnie w oczy, na tyle, żebym założyła okulary do kilku zdjęć. Po dopłynięciu i zejściu na brzeg pierwsze co zauważyłam to jelonki. Były półdzikie, bo nie przeszkadzało im zupełnie leżeni pomiędzy ludźmi czy wyrywanie im torebek z jedzeniem, natomiast nie dawały się zbytnio dotknąć.

„Ej otwórzcie, przyszliśmy jeść”
„Cześć, daj jeść”

Jelonki leżały sobie radośnie, ludzie robili im zdjęcia, a wzdłuż ciągnęło się morze. Kawałek dalej widziałam też już bramę torii. Najładniej wygląda ona, gdy jest zanurzona w wodzie, niestety ja trafiłam na odpływ, więc było dość błotniście. Nadal jednak ładnie. Poza tym, co uważam za farta, brama była kompletnie odsłonięta. Mogłoby się to wydawać oczywiste, jednak od początku lipca przeprowadzane są na niej prace renowacyjne i brama będzie powoli od dołu zakrywana przezroczystymi rusztowaniami. Dziś ich jednak nie było.

Po popatrzeniu na bramę udałam się w kierunku świątyni, do której owa brama prowadziła. Chram Itsukushima powstał w VI w.n.e., współczesną formę przybrał w 1168 r., a obecnie jest wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Unesco. Poza tym cały kompleks stoi na palach i gdy jest przypływ to zdaje się pływać. Brama Torii postawiona jest w morzu dlatego, że w dawnych czasach teren wyspy był święty i ludzie nie mogli postawić na niej stopy. Przypływali więc łodziami, a gdy to robili to przepływali przez bramę stojącą w wodzie. Torii też pochodzi z 1168 r., ale obecna wersja została postawiona w 1875 r. Sama brama rysująca się na tle morza jest na tyle sławnym widokiem, że stanowi jeden z trzech słynnych widoków japońskich.

Sławny widok, mówicie?
Świątynia Itsukushima

Żeby wejść na teren chramu należy kupić bilet wstępu za 300 jenów (10,50 zł). Dzisiaj, jako że była sobota odwiedzającyh było pełno i momentami trzeba było się nieźle natrudzić, żeby zrobić fotki takie jak ta u góry.

Dowiedziałam się już, że beczki z sake stoją w świątyniach, bo są po prostu ofiarami dla bogów

Co ciekawe, w świątyni bardzo dba się o czystość tj. aż do 1878 r. na terenie sanktuarium (czyt. całej wyspy) nie zezwalano na żadne urodziny czy śmierć. Nawet teraz na wyspie zabronione jest urządzanie jakichkolwiek pogrzebów i jeśli ktoś tam umrze, to jego ciało musi zostać przetransportowane na stały ląd, a krewni zmarłego przed powrotem na wyspę muszą odbyć rytuał oczyszczenia, gdyż uznawani są za nieczystych.

Poza bramą i świątynią atrakcjami turystycznymi jest kolejny wielki kompleks świątynny Taishō-in, oceanarium, muzeum folkloru i góra Misen. W międzyczasie też, gdy spokojnie przechadzałam się po chramie Itsukushima nieźle się rozpadało i gdy wyszłam to musiałam się poważnie zastanowić co robić. Chciałam bowiem wejść na górę, ale ponieważ padało to trochę się bałam, a kolejka linowa kosztowała 1800 jenów (63 zł) w dwie strony lub 1000 (34 zł) w jedną. Postanowiłam, że poczekam jeszcze chwilę i zobaczę jak się rozwinie sytuacja pogodowa i poszłam do świątyni Taishō-in. Ten wielki kompleks można oglądać przez godzinę albo więcej, zależy jak dobrze umiecie czytać informacje po japońsku 😉 Największą „atrakcją” świątyni były figurki buddy ubrane w dziergane kapelusiki, albo inne części garderoby. Zgodnie z tradycją te ubranka zakładają figurkom matki, które straciły dzieci, by w ten sposób opiekować się figurkami, tak jakby opiekowały się dziećmi. Figurek było naprawdę od groma, a kapelusik miała praktycznie każda z nich. I to w najprzeróżniejszych kolorach.

Ołtarz w jednej ze świątyń na terenie kompleksu
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Nawet mini posążki miały kapelusiki
Nie widzę, nie słyszę, nie mówię, ale przynajmniej mi ciepło

Po godzinie spędzonej na terenie kompleksu deszcz wciąż padał, ale jakby lżej postanowiłam więc spróbować podejścia na górę. Powiedziałam sobie, że gdyby zrobiło się bardzo źle to zawsze mogę po prostu zawrócić. Zresztą szlak nie był bardzo pochyły, miał długość 2,5 km i według informacji wejście na szczyt zajmowało średnio 90 minut. Mnie udało się chyba w krótszym czasie, ale gdy w końcu dotarłam na szczyt byłam cała przemoknięta i padnięta. Po drodze jednak wdziałam bardzo ładne wodospady i kamienne tamy na nich i spotkałam mnóstwo uśmieniętych ludzi schodzących radośnie z góry, podczas gdy ja dopiero się tam człapałam.

Z powodu pogody ze szczytu nie było widać za wiele, ale trochę poniżej znajdowało się kilka świątyń i ogień pokoju, który nigdy nie gaśnie. Poza tym, na całej trasie, którą szłam było dużo kapliczek dla buddy i zastanawiałam się kto to wszystko tam naznosił.

Niezłe widoki, co?

Chciałam oszczędzić kasę, ale jednak byłam zbyt przemoczona, by próbować zejść na dół, więc poszłam w stronę kolejki, która była jakieś pół godziny od szczytu, by zjechać nią z powrotem do miasteczka. Gdy zjechałam było koło 14:30, więc postanowiłam wracać już do domu, bo zanim do niego dotarłam to zrobiło się po 16. Po dotarciu do hostelu szybko wzięłam gorący prysznic i rozwiesiłam mokre ubrania i plecak i od 17 siedzę sobie w hostelu i odpoczywam po tym dniu pełnym wrażeń. Jutro mój ostatni dzień w Hiroszimie, a w poniedziałek ruszam do pracy. W planach na jutro mam wycieczkę do pobliskiego Iwakuni, gdzie znajduje się most wiszący i sanktuarium węży, ale jeśli pogoda będzie taka jak dzisiaj, a może być, bo w telewizji ostrzegali przed ulewami w prefekturze i wydali ostrzeżenie o lawinach błotnych, to chyba zrezygnuję i pójdę po prostu na jakieś zakupy.

Królik Bugs i spółka

Dzisiejszy dzień jak na razie chyba podobał mi się najbardziej ze wszystkich moich dni spędzonych w Japonii. Zapewne z powodu wyjątkowo puszystych towarzyszy, którzy byli bardzo chętni na jedzonko i głaskanie. Dzisiaj bowiem wybrałam się na Ōkunoshimę, inaczej zwaną po prostu Wyspą Królików. Jest to niewielka wyspa, na którą można dostać się jedynie promem, a po jej terenie wolno biega około 300 półdzikich królików.

Prom wożący ludzi na Ōkunoshimę

Prom odpływa z małego miasteczka Tadanoumi, które jest oddalone szybkim pociągiem z Hiroszimy o 20 minut lub około półtorej godziny autobusem. Za autobus zapłaciłam 1390 jenów (49 zł mniej więcej) w jedną stronę, ale uważam, że futrzaki były tego warte. Następnie prom kosztował 620 jenów (22 zł) w dwie strony, a przepłynięcie zajmowało 15 minut. Dodatkowo w sklepie, gdzie kupowałam bilety na prom kupiłam też karmę dla króliczków, która kosztowała 200 jenów (7 zł) za paczkę. Wzięłam dwie i dobrze, bo zwierzaki były bardzo głodne i upominały się o jedzonko za każdym razem gdy napotkały człowieka.

Widok z wyspy

Po przypłynięciu na wyspę wsiadłam w darmowy minibusik, który wozi przybyłych do jedynego hotelu na wyspie. Trwało to jakieś 10 minut. Bus jechał bardzo wolno i ciągle wydawał dźwięki, żeby przypadkiem nie rozjechać jakiegoś królika.

Normalnie Hollywood

Jeśli ciekawi was skąd na wyspie wzięło się tyle królików to istnieją dwie teorie, z czego jedna brzmi jak przykrywka wymyślona na potrzeby społeczeństwa, a druga jak niestety okrutna prawda. Która z wersji jest jednak prawdziwa zapewne nie dowiemy się nigdy. Według pierwszej wersji dawno temu miejscowe dzieci miały króliki, ale postanowiły je wypuścić na wolność na wyspie. Te oczywiście jak to króliki bardzo szybko się namnożyły i już tak pozostało. Według drugiej wersji, króliki były po prostu obiektami testowymi, na których Japończycy badali trujące gazy. Dodam jeszcze, że wyspa oprócz królików słynie z tego, że rzeczywiście w latach 1927-1945 była tutaj prawdziwa fabryka trujących gazów takich jak gaz musztardowy czy iperyt. Było to na tyle duże przedsięwzięcie, że mieszkańcy wyspy zostali przesiedleni, zbudowano na niej trzy stanowiska z działam artyleryjnymi, a samą wyspę usunięto z map. Dopiero po klęsce Japonii w II Wojnie Światowej placówka została rozbrojona, część sprzętów zatopiono, a resztę spalono. Dziś na terenie wyspy znajdują się pozostałości po tych miejscach i sprzętach oraz muzeum dotyczące tego co działo się na wyspie i zawierające ogólne informacje dotyczące gazów bojowych. Wejście do niego kosztuje 100 jenów (3,50 zł), ale jest ono równie malutkie jak wyspa i zajmuje tylko dwa pomieszczenia. Uważam jednak, że warto, bo w środku znajduje się dużo archiwalnych zdjęć z czasów funkcjonowania zakładów i informacji na temat gazów. Są też dość drastyczne zdjęcia przedstawiające osoby z poparzeniami od iperytu, a trzeba wiedzieć, że często poparzeniom ulegali sami pracownicy fabryki, ponieważ technologia w latach 30 nie była bardzo zaawansowana, a ich stroje niewystarczająco szczelne. Ponadto, większość z byłych pracowników do końca życia cierpiała na różne dolegliwości związane będące wynikiem ich pracy za młodu np. mieli chroniczne zapalenie płuc lub oskrzeli.

Wyspa jak już wspominałam jest malutka. Mnie np. około dwóch i pół godziny zajęło obejście jej całej dookoła plus zwiedzenie muzeum i wykarmienie króliczej populacji. Do tego poza hotelem i muzeum nie ma na niej właściwie żadnych innych budynków i nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mieszkał tu na stałe. Na środku wyspy jest też niby punkt obserwacyjny, ale w internecie znalazłam informację, że z powodu katastrofy naturalnej, która nawiedziła wyspę w 2018 roku wszystkie ścieżki w głąb wyspy są zamknięte. Okazało się to prawdą, choć na samej wyspie nie było o tym informacji. Po prostu wszystkie szlaki do pozostałości po schronach wojskowych czy na punkt obserwacyjny były pozamykane i odgrodzone łańcuchami.

Spokojnie, starczy dla wszystkich

Co do królików to miałam mieszane odczucia. Z jednej strony cieszyłam się jak głupia, bo były bardzo słodkie, a niektóre puchate, no ale z drugiej… Po pierwsze, wydaje mi się, że nikt ich tam tak naprawdę nie karmi poza turystami. Oczywiście mają wystawione miski z wodą, ale na chrupki rzucają się jakby nie widziały od dawna innego jedzenia. Poza tym, nie są to jakieś okazy tryskające zdrowiem. Duża część z nich ma albo łyse placki na ciele, albo sierść, która wygląda jakby pochodziła z dwóch różnych zwierzaków tj. jakby w wyniku jakichś wydarzeń utraciły połowę sierści, a potem ona odrosła w innym kolorze. Sporo z nich kichało i miało zaropiałe oczka. Jeden z pierwszych które spotkałam miał też ogromną dziurę w uchu, a inny naderwany nos. Ok, są dzikie, ale nie wyglądają jakby było im tam wyśmienicie i momentami było mi ich po prostu okropnie szkoda.

Poobiednia siesta
Mój pies prosi dokładnie tak samo o jedzenie
Latarnia morska, do której jak widać nie było wstępu

Do Hiroszimy wróciłam koło 17:30 i trochę poszwendałam się po mieście. Kolację zjadłam w miejscu gdzie byli praktycznie sami Japończycy i wyglądało to trochę jak taki ichniejszy bar mleczny. Zamówiłam danie dość popularne w Japonii, a mianowicie tonkatsu. Wyglądem przypomina to naszego schabowego i też jest zazwyczaj z wieprzowiny. Ja jadłam wersję wołową, a do tego była świeża sałata, odrobina purée ziemniaczanego i ryż. Za całość zapłaciłam 800 jenów (28 zł), czyli całkiem niezła cena jak na taką zwykłą japońską knajpę.

Poza tym kupiłam sobie też dzisiaj najlepszą pamiątkę z Japonii jaka może być, czyli oryginalną koszulkę drużyny baseballowej z Hiroszimy – Hiroshima Carp. Koszulka była używana i kosztowała tylko 500 jenów (dokładnie 17,5o), ale teraz mogę się dumnie obnosić, że jestem karpiem 🙂

Brama pokoju

Co ciekawe, w Japonii ciemno robi się już koło 19, co na początku bardzo mnie zdziwiło, bo nawet w Polsce nie robi się ciemno tak wcześnie, zwłaszcza latem. Ciemność nie oznacza jednak spadku temperatury. Tak jak w ciągu dnia było około 30 stopni, tak po zapadnięciu zmroku wciąż jest dobre 28 i duchota. Dzisiaj przynajmniej nie padało, za co jestem wdzięczna, bo jak dotąd, poza jednym czy dwoma dniami, codziennie było szaro, buro i ponuro.

No more Hiroshimas

To był długi dzień. Przyjechałam do Hiroszimy o 6 rano, a mój hostel otwierał recepcję dopiero od 9. Tylko co z tego, skoro od 9 mogłam jedynie zostawić bagaże, a łóżko odebrać dopiero od 16. Poza tym o 6 rano nic nie działało w Hiroszimie. Dosłownie nic. Poza transportem miejskim. Wróciłam więc smutna na dworzec (mój autobus nie zatrzymywał się na dworcu), bo na domiar złego lało jak z cebra. Na szczęście jakaś biedna piekarnio-ciastkarnia otwierała się o 6:30, więc od około 6:45-7:00 siedziałam w środku aż do 9:00. Zjadłam tam przy okazji śniadanie i napiłam się herbaty. Około 9:00 wyruszyłam do hostelu, żeby chociaż zostawić mój bagaż i dalej zastanawiać się co zrobić. Na szczęście już trochę przestało padać.

Widok z dworca w Hiroszimie

Po drodze do hostelu, a właściwie pod hostelem spotkałam dwóch chłopaków, którzy tak jak ja przyjechali nocnym autobusem do Hiroszimy od 6 rano błąkali się po mieście. Okazało się, że są Francuzami i przyjechali do miasta na jeden dzień. Zapytałam więc, czy mogę do nich dołączyć w zwiedzaniu, bo podróżowanie samej jest fajne, ale jednak czasami chce się towarzystwa drugiej osoby. Chłopcy się zgodzili, ale zanim gdziekolwiek się ruszyliśmy to pograliśmy jeszcze trochę w karty i po prostu chwilę posiedzieliśmy w hostelu w części wspólnej. Chłopaki, Basile i Antoine, nauczyli mnie nowej gry w „Prezydenta” i nawet raz udało mi się wygrać 🙂 Potem, koło 11, zebraliśmy się, trochę odświeżyliśmy i poszliśmy zwiedzać. Naszym planem było Muzeum pokoju w Hiroszimie, które znajduje się dosłownie 5 minut od naszego hostelu, a potem kopuła, czyli pozostałości po jednym z niewielu budynków, które przetrwały bombę atomową.

Jeden z wielu pomników poświęconych ofiarom bomby atomowej w Hiroszimie

Wejście do muzeum kosztowało jedynie 200 jenów za osobę (jakieś 6 zł), co czyni je najtańszym muzeum, które zwiedziłam do tej pory. Samo zwiedzanie zajęło nam około 2 godzin i pod koniec byłam już wyczerpana. W środku znajduje się bardzo dużo informacji nt nalotu, świadectw ofiar, zdjęć zaraz po katastrofie oraz różnych danych dotyczących miasta i ogólnie broni nuklearnych. Momentami chciało mi się płakać, gdy czytałam wspomnienia osób, które przeżyły wybuch. Było to naprawdę straszne doświadczenie, a na sam koniec ułożone były kartki z petycją o całkowite zaprzestanie użycie broni nuklearnych, które zwiedzający mogli podpisać. Oczywiście podpisałam ją. Poza tym, codziennie o określonej porze ludzie mogą przyjść i za darmo posłuchać osoby, która w jakiś sposób jest powiązana z katastrofą i opowiada o tym co się wtedy wydarzyło. O godzinie 13 spotkanie prowadzone jest po angielsku i jeśli starczy mi jeszcze czasu to zamierzam się wybrać na takie spotkanie.

Replika bomby Little Boy, która została zrzucona na Hiroszimę 6 sierpnia 1945 roku
replika bomby, która została zrzucona na Nagasaki 9 sierpnia 1945

Po wyjściu z muzeum udaliśmy się w kierunku kopuły hali wystawowej, czyli jednego, a w tym momencie już właściwie jedynego, budynku, który przetrwał zrzucenie bomby. Stało się tak dlatego, że budynek znajdował się właściwie w samym epicentrum wybuchu, a bomba wybuchła dosłownie 600 metrów nad nim. Dlatego grzyb atomowy powstały w wyniku jej wybuchu nie zniszczył całkowicie budynku, tylko go uszkodził.

Wszystkie miejsca, które teraz opisuję znajdują się w tzw. Parku Pokoju, na miejscu gdzie kiedyś stała jedna z dzielnic Hiroszimy, a która została doszczętnie zniszczona po wybuchu. Dziwnie się jednak czułam, gdy ludzie robili sobie zdjęcia z budynkiem czy z pomnikiem ofiar wybuchu. Czułam się trochę tak, jak gdyby robili sobie zdjęcia przed obozem w Oświęcimiu lub w innym podobnym miejscu.

Pomnik poświęcony jednej z ofiar wybuchu, Sadako oraz wszystkim innym dzieciom, które zmarły w wyniku wybuchu bomby w Hiroszimie

Gdy wyszliśmy z muzeum była już 14, a nasze brzuchy puste. Postanowiliśmy więc zjeść coś, a nasz wybór padł na knajpę specjalizującą się w okonomiyaki, czyli swoistego rodzaju omlecie. Jest to danie dość popularne we wschodniej części Japonii i wszędzie istnieje właściwie inna wersja tego przysmaku. Ja znalazłam na knajpę na TripAdvisorze gdzie za takie klasyczne, jak na Hiroszimę, okonomiyaki zapłaciliśmy 800 jenów (jakieś 28 zł, czyli naprawdę jedna z tańszych opcji jedzeniowych jak na Japonię).

Pasaż handlowy w Hiroszimie
Okonomiyaki

Knajpka była świetna, porcja ogromna, a jedzenie bardzo smaczne. Co więcej siedliśmy przy barze, więc mogliśmy na bieżąco oglądać jak powstają nasze omlety. Poza tym miła obsługa cały czas dolewała nam wody i dbała, żebyśmy byli zadowoleni. Pozwolili nawet chłopakom zapalić w środku knajpy, bo na zewnątrz ciężko znaleźć miejsce, gdzie można palić (w Japonii palenie na ulicach jest niedozwolone, tylko w konkretnie wyznaczonych do tego miejscach).

Po jedzeniu postanowiliśmy udać się do lokalnego zamku, który znajdował się całkiem niedaleko od nas i od Parku pokoju. W międzyczasie też zdążyło się bardzo ładnie rozpogodzić i o godzinie 16 umierałam z gorąca, bo było 28 stopni. Po drodze zwiedziliśmy też jakąś świątynię.

Basile obmywa ręce przed świątynią

Do samego zamku nie weszliśmy, bo wejście kosztowało 370 jenów, co nie jest jakąś tragicznie dużą kwotą, ale byliśmy w sumie dość zmęczeni, było koło 17 i nie chciało nam się obchodzić 4 pięter wystaw zamkowych. Zadowoliliśmy się więc tylko widoczkiem z zewnątrz, a potem poszliśmy wypić piwo. Poza tym, zamek, jak każdy zamek japoński, nie był oryginalną budowlą, tylko repliką z 1853 roku, ponieważ oryginał został zniszczony w jakiejś katastrofie.

Wieża zamkowa zamku w Hiroszimie

Co do piwa – w Japonii picie piwa w miejscach publicznych jest jak najbardziej dozwolone, wybraliśmy więc park w pobliżu naszego hostelu z dobrym widokiem na kopułę. Wypiliśmy po dwa piwa, porozmawialiśmy, pograliśmy w karty (chłopaki nauczyli mnie jeszcze innej gry), po czym wróciliśmy do hostelu. W Japonii wbrew pozorom, ciemno robi się już około 19, więc udało mi się też przy okazji zrobić ładne zdjęcie podświetlonej kopule.

Kopuła nocą

Teraz chłopaki grają w golfa na nintendo wii dostępnym w hostelu, a ja piszę tego bloga. Jutro ruszają na wyspę Miyajima ze słynną czerwoną bramą Torii, a ja na Wyspę Królików, gdzie jak się domyślacie pełno jest królików. Bardzo podobał mi się ten dzień i pomimo zmęczenia jestem bardzo zadowolona, że chłopcy pozwolili mi spędzić ten dzień z nimi 🙂

Konduktorze łaskawy byle nie do Warszawy!

Dzisiaj dzień bez zwiedzania, raczej skupiałam się tylko na transportowaniu. Ale po kolei. Jako, że jadę dzisiaj z Kioto do Hiroszimy to musiałam się jakoś przemieścić z Kanazawy do Kioto. Najszybsza i najprostsza opcja, czyli superszybki pociąg japoński nie wchodził w grę. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu – kasa. Podróż takim pociągiem zajęłaby tylko 2 godziny, ale bilet kosztował około 7500 jenów (w przybliżeniu 260 zł). A ja, jako Polak cebulak postanowiłam zaoszczędzić. Mój kolega Keita znalazł mi dłuższą, ale zdecydowanie tańszą opcję dojazdu do Kioto, a mianowicie przemieszczanie się pociągami regionalnymi. Miało to trwać 4,5 godziny i wymagało dwóch przesiadek, ale kosztowało w całości 4000 jenów, czyli jakieś 100 zł taniej niż shinkansen. Dodajmy jeszcze, że za podróż pociągami lokalnymi i za autobus nocny do Hiroszimy razem zapłaciłam 7000 jenów, czyli i tak mniej niż za podróż shinkansenem z Kanazawy do Kioto. Jeśli natomiast zastanawiacie się ile kosztuje podróż shinkansenem z Kioto do Hiroszimy to spieszę z odpowiedzią. Około 11 500 jenów, czyli jakieś 400 zł. Oczywiście, dla osób ze zwykłą wizą turystyczną, które chcą zwiedzić wiele miejsc w Japonii przydatny jest JR Pass. Wtedy w cenie Passa mogą jeździć shinkansenami do woli przez określoną ilość czasu. Ja jednak, biedny wyrobnik, który przyjechał na wizie typu Zwiedzaj i pracuj nie mogłam zakupić tego cudownego biletu i teraz muszę kombinować jak oszczędzać kasę i przemieszczać się między miastami.

Około godziny 11 wyszłam więc z mojego hostelu i poszłam na stację w Kanazawie. Tam wsiadłam w pociąg o 11:28 do miejscowości Fukui. Podróż miała zająć półtorej godziny. W pociągu przyczaił mnie jakiś biedny student, który robił ankiety wśród obcokrajowców dotyczące katastrof naturalnych w Japonii i zapytał czy mogłabym taką wypełnić. Nie miałam i tak nic do roboty, więc chętnie mu pomogłam. Po wypełnieniu ankiety rozmawialiśmy jeszcze trochę i w sumie doszło do tego, że mam nowego kolegę. Nazywa się Ichiro, jest na trzecim roku stosunków międzynarodowych na uniwersytecie w Kanazawie i ma 20 lat, tak jak ja. Pod koniec wymieniliśmy się kontaktami na Line, czyli japońskim komunikatorze. Musicie wiedzieć, że Japończycy niezbyt często używają Facebooka czy Whatsappa. Wśród nich króluje właśnie Line. W każdym razie Ichiro pojechał ze mną jeszcze kilka stacji i zdążył pochwalić mnie, że dobrze mówię po japońsku, i że super, że znam tyle języków.

Na stacji w Fukui przesiadłam się do kolejnego pociągu jadącego do Tsurugi. Tutaj podróż trwała około godziny i spędziłam ją w ciszy słuchając muzyki na telefonie i rozwiązując krzyżówki. W Tsurugi znowu przesiadka, już na ostatni pociąg, który miał dowieźć mnie do Kioto. Pociąg jechał około półtorej godziny, a ja w tym czasie zdążyłam trochę się zdrzemnąć.

Gdy w końcu dotarłam do Kioto była 16, postanowiłam więc zostawić bagaż w szafce na stacji za jakieś 700 jenów (około 25 zł, ale co zrobić kiedy twoja walizka waży tonę, a autobus odjeżdża o 22:40) i pójść coś zjeść. Tym razem padło na zwykłego, starego McDonalda, bo prawdę powiedziawszy był najbliżej i nie musiałam się wysilać, żeby znaleźć coś w miarę taniego na mieście. Po posiłku udałam się jeszcze na sam koniec do jednej ze świątyń w pobliżu stacji.

Trafiło na kompleks Higashi-honganji, który znajduje się tylko 10 minut od dworca. Kompleks jest ogromny, większy niż świątynia Neji w Tokio i zapewne starszy. W każdym razie, ten kompleks jest jednym z dwóch wielkich centrum buddyjskiej Szkoły Czystej Krainy, najpopularniejszej odmiany buddyzmu w Japonii. Szkoła Czystej Krainy została założona około XIII w. przez mnicha Shinrana, który sprowadził właściwie cały buddyzm do jednej frazy „Chwała Buddzie Amidzie”. Podobno powtarzając cały czas tę mantrę można dostąpić nirwany. Świątynia w Kioto została założona po śmierci Shinrana przez jego córkę, która poświęciła ją ojcu.

Główna brama wejściowa do kompleksu

Kompleks składa się z dwóch wielkich świątyń oraz hali wystawowej z boku terenu. Jedna świątynia poświęcona jest buddzie Amidzie, a druga Shinranowi. Ta poświęcona Shinranowi to najstarszy drewniany budynek w Kioto (oczywiście odbudowany, bo kilka razy się zdążył spalić w ciągu swojego istnienia), a także jeden z największych drewnianych budynków na świecie.

Hala Goei-dō

Chodząc pośród drewnianych filarów podpierających świątynię znalazłam też jeden z bardziej obrzydliwych eksponatów, jakie kiedykolwiek miałam okazję spotkać, a mianowicie linę z ludzkich włosów. Lina ta pochodzi z 1895 i została spleciona z włosów wiernych wyznawców, którzy bardzo pragnęli odbudowy świątyni. Podobno takie liny z włosów były lepsze od zwykłych lin w tamtych czasach. Nie wiem, mnie to z lekka obrzydzało, zwłaszcza jak przyjrzałam się temu bliżej. Podobno jednak za pomocą takich lin podwieszono dwie wielkie belki tworzące stropy w hali poświęconej buddzie Amidzie.

Hala Amidy

Niestety w Kioto, tak jak zresztą w całej Japonii, 99% miejsc turystycznych typu muzea i parki zamykane jest o 17, także nie mogłam zobaczyć nic więcej poza tą świątynią, ale to nic, bo w Kioto będę jeszcze w sierpniu. Wtedy nadrobię pozostałości i zobaczę wszystkie słynne miejsca, o których piszą przewodniki. Teraz natomiast siedzę w Starbucksie, popijam mrożoną herbatę i czekam aż będzie pora, żeby zebrać się na autobus. W Japonii dopiero dochodzi 19, więc mam jeszcze jakieś 3,5 godziny.

Wsi spokojna, wsi wesoła…

Dziś mój ostatni dzień w Kanazawie, postanowiłam więc odwiedzić pobliską wioskę Shirakawago. Jest to taki japoński skansen, gdzie poprzenosili z całej Japonii około 60 domów, których dachy są kryte strzechą. Część z domów została zbudowana jeszcze w XIX w. i dlatego też cała wioska jest wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco. Do wsi zabrał mnie autobus z dworca w Kanazawie. Bilet w dwie strony kosztował 3600 jenów (około 125 zł), a podróż w jedną stronę trwała troszkę ponad godzinę. Poza tym cała wioska jest dość mała i spokojnie wystarczy 2-3 godziny na zwiedzenie jej.

Widoczki po drodze

Gdy autobus wysadził swoich pasażerów na dworcu zaopatrzyłam się w punkcie informacyjnym w darmową mapkę wsi i postanowiłam na sam początek wspiąć się na pagórek z punktem widokowym na całą wioskę. Na nogach zajmuje to jakieś 15-20 minut, zależnie od tego jak kto szybko chodzi. Nie jest jakoś bardzo stromo, ale jeśli ktoś ma chore kolana albo nie chce mu się wchodzić to na górkę wwozi też autobus za 200 jenów w jedną stronę. Ja jednak polecam przespacerowanie się, jeśli nic wam nie dolega.

Widok na wioskę z punktu widokowego

Po tym porannym wysiłku zeszłam z powrotem na dół, żeby przespacerować się pomiędzy chatkami. Część z nich udostępniona jest dla zwiedzających, a za wejście do nich trzeba zapłacić około 300 jenów (plus minus 10 zł). Ja raczej polecam udanie się do skansenu na końcu wioski, gdzie w cenie 600 jenów udostępnione jest jakieś 15 domów, w tym jedna świątynia i młyn, i do których możecie wchodzić wtedy do woli.

Normalnie jakbym była na polskiej wsi

Poza tym część z domów została zamieniona w restauracje lub sklepy z pamiątkami. Na terenie wsi jest też jeden hotel i bodajże dwa gorące źródła. Nie wszystkie domy są jednak udostępnione turystom, w części z nich mieszkają zwykli ludzie i przed tymi domami zazwyczaj ustawione były znaki „Nie wchodzić”, no bo jednak nikt by nie chciał, żeby ktoś mu wchodził nieproszony do domu.

Na terenie wioski znajduje się też wiszący most, biegnący nad rzeką. Jeśli chcecie iść do skansenu to chyba nie ma innej drogi i musicie przez niego przejść, co może być problematyczne dla osób z lękiem otwartej przestrzeni i wysokości, a dodatkowo jeszcze czuć jak most się rusza pod ciężarem chodzących po nim osób.

Jak widać pogoda znów nie dopisywała

Jak już mówiłam, żeby dostać się do skansenu trzeba przejść przez most i zapłacić 600 jenów. W środku domów wystawione są różne przedmioty używane tradycyjnie przez ich mieszkańców jak i trochę historii na temat konstrukcji tych budynków.

W stawie były głodne ryby, które gdy tylko pochyliłam się nad nimi podpłynęły gromadnie i zaczęły wystawiać pyszczki po jedzonko

Poza tym, w każdym sklepie z pamiątkami można było dostać sarubobo (dosł. dziecko małpka) czyli laleczkę w kształcie małpki, która ma przynosić szczęście. Jest to tradycja prefektury Gifu, ponieważ zazwyczaj taką małpkę robiły babcie dla swoich wnuczek z czerwonej tkaniny, żeby dziewczyna miała dobre małżeństwo i łatwy poród (małpy szybko rodzą).

Ja z pluszowymi wersjami sarubobo

Poza tym w wioseczce zjadłam jeszcze regionalną przekąskę czyli ciepłą ryżową pyzę z mięsem mielonym w środku. Zapłaciłam za nią 350 jenów, czyli jakieś 12 zł i mogę powiedzieć, że była bardzo dobra, choć tłusta.

Około 16 wróciłam z powrotem na dworzec i czekałam na mój autobus (bilety kupuje się na konkretną godzinę), ale udało mi się nawet załapać na wcześniejszy, gdy swoim perfekt japońskim zapytałam czy nie dałoby rady do niego wsiąść. Chwilę po 17 byłam więc z powrotem w Kanazawie i poszłam na kolację do restauracji serwującej fu, czyli kulki z czystego glutenu, które są bogate w białko i stanowią ważny składnik wegetariańskiej diety buddystów. Nie bardzo jednak rozumiałam menu, więc wzięłam to co wyglądało smacznie i dostałam taki oto zestaw w cenie 1026 jenów (około 36 zł):

Spieszę już opisać co widać na zdjęciu. Zaczynając od lewej, w dużej białej misce znajdowały się wspominane kluski fu, a do nich gotowane warzywa i ryż. Różowe kwiatki były po prostu kluskami zabarwionymi na różowo. W środku talerzyk z marynowanymi warzywami. To fioletowe to śliwka (bardzo dobra swoją drogą), a to pomarańczowe to szczerze nie mam pojęcia, ale też smaczne. Z prawej strony w czarnej misce mamy zupkę miso z takim prażonym chrupkiem, który rozmiękł się w zupie, a na górze w naczyniu pod przykryciem, były kawałki kurczaka w jakiejś marynacie sojowej. Na podłużnym talerzyku natomiast były mini deserki, od lewej – naleśnik, kluska w panierce i chyba jakaś ikra, którą jak spróbowałam to aż zrobiło mi się niedobrze. Koniec końców, najadłam się tym zestawem, nie wydałam aż tak dużo jak na takie jedzenie na mieście w Japonii i spróbowałam nowych rzeczy. Chętnie wrócę tu jeszcze kiedyś.

To by było na tyle na dziś. Jutro będę się bujać pociągami do Kioto skąd o 22 odjeżdża mój autobus do Hiroszimy. Trzymajcie kciuki, żebym nie pogubiła się po drodze!

Ninja są przereklamowani

W końcu do Japonii przyszło trochę upału. Wystrojona w szorty i bluzkę na ramiączkach ruszyłam na miasto, ale tylko ja i inne turystki miałyśmy taki pomysł. Wszystkie Japonki dzielnie chodziły w długich spodniach i bluzkach, za nic mając sobie 26 stopni i żar lejący się z nieba.

Cały naród buduje swoją… a nie zaraz, to nie ta bajka
Myślicie, że to tylko zwykła rzeźba, ale…
…jest to polski akcent w Japonii

Moim pierwszym przystankiem dzisiejszego dnia była dzielnica Higashichaya, czyli stara dzielnica uciech w Kanazawie. Ciekawa głównie ze względu na zachowaną w niej zabudowę, pochodzącą z okresu Edo. Szłam więc dzielnie na nogach w jej kierunku, ponieważ było to jakieś 2 km od mojego hostelu. Po drodze natknęłam się na inną, mniejszą dzielnicę, gdzie zabudowa była równie stara i urokliwa, ale turystów było tam jak na lekarstwo (i dobrze). Pospacerowałam więc chwilę po tych zaułkach i nad wodą i ruszyłam dalej.

Tam turystów było od groma, no ale co zrobić jak jest lato i wszyscy przyjechali zwiedzać 😉 Poza tym od groma jak na Kanazawę, bo nie oszukujmy się, nie ma tu aż tylu zwiedzających jak w innych miejscach w Japonii. Poszwendałam się tam może z 40 minut, jednak całkiem spora część zabudowy się zachowała, a do tego w środku większości budynków znajdują się restauracje, kawiarnie i sklepy z różnymi wyrobami typu ceramika, pałeczki, pamiątki itp.

W tym sklepie wszystko mi się podobało, poza cenami
Podobno wieczorami wciąż można spotkać tu prawdziwe gejsze

Co do Kanazawy – jest to miasto, które w Japonii słynie głównie z tego, że wyrabiane jest tu 99% „złotych liści” japońskich. Złote liście, czyli bardzooo cieniutkie (ich grubość to jakaś 1/1000 milimetra), kwadratowe płatki złota, które są potem używane przy restauracjach różnych świątyń na terenie całej Japonii, ale też do różnego rodzaju dzieł sztuki. Z tego powodu praktycznie wszystkie sklepy z pamiątkami w Kanazawie oferują produkty zawierające jakiś „złoty” akcent, a w jednym z nich jest nawet cała instalacja – budynek zrobiony ze złota.

Spacerując po Higashichaya trafiłam też oczywiście do jakiejś świątyni. Tym co mnie rozśmieszyło to niespodziewany akcent ninja – w dwóch miejscach stały lalki ninja przyczajone i gotowe do ataku. Nie wiem dlaczego akurat w tej świątyni, bo wszystko było po japońsku i nie znalazłam (albo nie zrozumiałam po prostu) informacji na ten temat. Przy okazji byłam też świadkiem buddyjskiego odpowiednika naszego chrztu. Kapłan odprawił jakieś modlitwy, rodzice byli ładnie ubrani (mama w kimono, tata w garnitur), była cała rodzina, a na koniec robili sobie zdjęcia. Ciekawie było móc podejrzeć takie zwykłe, niezwykłe wydarzenie.

Jeśli dobrze się przyjrzycie to w środku świątyni zobaczycie główki gości

Z dzielnicy uciech udałam się następnie do muzeum poświęconemu właśnie wyrobowi złotych liści. Wejście dla dorosłego kosztowało 300 jenów (około 10,50 zł), a sama wystawa wyjaśniała cały proces tworzenia takiego złotego liścia i przy okazji zawierała różne ciekawostki o złocie. Na sam koniec była wystawa tymczasowa, gdzie pokazane były różne dzieła sztuki zawierające w sobie właśnie złoty pierwiastek. Niestety, w środku nie wolno było robić zdjęć. A poza tym byłam sama w całym muzeum, może dlatego, że jest ono już na obrzeżu turystycznych miejsc Kanazawy, a może po prostu dlatego, że nikogo nie obchodzą złote liście. Mnie jednak się podobało i nie żałuję.

Instalacja artystyczna w muzeum, tu jeszcze można było robić zdjęcia

Gdy wyszłam z muzeum było już koło 12-12:30 i byłam trochę głodna, więc zjadłam krokieta z przydrożnej budki. Wzięłam takiego z serem, ale w ofercie był klasyczny krokiet z tłuczonymi ziemniakami, krokiet o smaku pizzy (z kukurydzą w środku, fuj), krokiet z ośmiornicą, ryżem i groszkiem i krokiet na słodko z bitą śmietaną i złotą posypką. Ach, no i zapomniałabym o najważniejszym – w okolicy Higashichaya wszystkie desery były sprzedawane w wersji zwykłej i ze złotym dodatkiem, co zazwyczaj czyniło je dwa razy droższymi od wersji zwykłej.

Po krokiecie zaczęłam wracać z powrotem w kierunku centrum miasta i zahaczyłam o dom samuraja Kurando Terashimy. Był średniej klasy samurajem i żył w latach 1777-1837 i służył klanowi Maeda. Jego zdolności doprowadziły do tego, że pełnił nawet funkcje administracyjne w lokalnym rządzie (jest to niezwykłe, biorąc pod uwagę, że był średniozamożnym żołnierzem), aż do 1825, gdy nadeszły zmiany w rządzie i jego własne zdanie stały się zbyt niewygodne i został usunięty. Terashima był też całkiem niezłym malarzem i w środku jego domu można zobaczyć kilka obrazów jego autorstwa. Za samo wejście do domu płaci się 300 jenów (10,50 zł), ale moim zdaniem warto, bo po pierwsze prawie nikt tam nie przychodzi, a po drugie znajduje się tam bardzo ładny ogród z „suchym stawem”. Suchym, bo nie ma w nim wody i to specjalnie, a nie dlatego, że nikt o to nie dbał. Ogród słynie też z tego, że na wiosnę kwitną w nim azalie, które nie rosną naturalnie na terenie prefektury Ishikawa.

Po tej wizycie udałam się znowu na targ rybny, żeby zjeść obiad. Tym razem wzięłam makrelę w jakimś regionalnym sosie, który był trochę słodkawy. Była całkiem niezła i tania, bo tylko 300 jenów. Należało jedynie uważać na ości. Na deser za to zjadłam kawałek ananasa na patyku za 150 jenów (5,20 zł). Ananas był pyszny i świeżutki i czułam się jakbym jadła loda. Możecie tego nie wiedzieć, ale większość owoców i warzyw, zwłaszcza tych świeżych, jest w Japonii cholernie droga. Dla przykładu – jedno jabłko potrafi kosztować 10 zł, a na samym targu widziałam mały kubeczek zielonych wiongron, który kosztował 1000 jenów, czyli jakieś 34 zł. 34 zł za kubeczek, gdzie było może 10 winogron! Wszystko z powodu tego, że Japonia to wyspa, która prawie w całości pokryta jest górami i bardzo ciężko cokolwiek tam uprawiać. Dlatego też, ceny warzyw czy owoców są tak wysokie.

Za ananasami widać te nieszczęsne winogrona i ich cenę
Miły pan Karp w stawie

Po obiedzie wyruszyłam w kierunku ostatniej planowanej na ten dzień atrakcji, czyli dzielnicy ninja. Znowu, jest to dzielnica, która jest sławna głównie ze względu na zachowaną zabudowę i przez to, że w okresie Edo na jej terenie mogli mieszkać tylko żołnierze, czyli ninja i samurajowie. Znajduje się tam kilka odnowionych domów, które można zobaczyć od środka za darmo i jeden większy, dom rodzinny samuraja Nomura. Za wstęp do tego ostatniego płaci się 550 jenów, ale na jego terenie znajduje się podobno trzeci najpiękniejszy ogród w Japonii wg amerykańskiego czasopisma ogrodniczego i chyba przez to ten dom stał się tak popularny, że ma aż 2 gwiazdki Michelina. Ja nie weszłam do środka, bo myślę, że przeżyję bez oglądania tego ogrodu, a wnętrze domu samuraja widziałam już wcześniej, w domu Terashimy i w tych domach, które udostępnione są do zwiedzania za darmo.

Po wizycie w tym miejscu wróciłam do hostelu, po drodze wchodząc do kombini na zakupy. Kupiłam sobie coś na kolację i piwo. Ciekawostka – w Japonii alkohol i papierosy dozwolone są od 20 roku życia i gdy kupujemy alkohol w sklepie musimy przy kasie na specjalnym ekranie zaznaczyć, że mamy rzeczone 20 lat. Wydaje mi się to niezbyt skuteczne, jeśli chodzi o obcokrajowców, ale co ja tam wiem. Ja 20 lat mam skończone, więc z czystym sumieniem zaklikałam co trzeba i teraz mogę się cieszyć lekkim piwem Horoyoi, którego zawartość alkoholu wynosi 3%. Jest to jedne z lżejszych piwek, bo reszta ma po 6-9%. To tyle na dziś i wasze zdrowie 🙂

Wsiąść do pociągu byle jakiego…

Ja niestety nie wsiadłam ani do pociągu, ani do byle jakiego, tylko do dość konkretnego autobusu, który zabrał mnie 400 km od Tokio, do nadmorskiej Kanazawy w prefekturze Ishikawa. Po 8 godzinach podróży, o godzinie 7:25 zostałam wysadzona na dworcu autobusowym i tyle. Pa pa wielkie miasto. Czasu miałam dużo, bo w hostelu mogłam dopiero pokazać się od 15, ale ten hostel ma ten plus, że mają drugą recepcję bliżej dworca i od 8 do 15 można zostawić tam bagaże i załatwić wszystkie procedury związanez z płaceniem za pokój itp., a oni sami transportują bagaż do hostelu. My zaś możemy iść zwiedzać. Jeśli ktoś planuje się wybrać do Japonii i będzie w Kanazawie, to nazwa tego hostelu to Neighbor’s Inn Kanazawa.

Na przywitanie brama przed dworcem

Na dworcu zjadłam też małe śniadanie, czyli herbatę z croissantem i chlebkiem melonowym. Co prawda miało to bardziej smak ciastka i mało wspólnego z melonem, ale chyba jest to dość popularne w tym regionie, bo wszędzie to potem widziałam.

Jak już odstawiłam mój wielotonowy bagaż w recepcji przy dworcu udałam się w kierunku głównej atrakcji Kanazawy czyli zamku i ogrodu Kenroku-en. Po drodze przeszłam się też słynnym pawilonem handlowym, gdzie codziennie od rana sprzedawane są świeże ryby i owoce morza i gdzie jest równie dużo miejsc przygotowujących te produkty do natychmiastowego spożycia.

Te przynajmniej były już martwe, ale niektóre to poruszały jeszcze odnóżami. Okropność.

Po wyjściu z pawilonu skierowałam się na teren parku zamkowego. W końcu też, po raz pierwszy od mojego przyjazdu do Japonii wyszło słońce i przez chwilę rzeczywiście poczułam te okropne upały. Sam park miał jakieś 10 hektarów powierzchni, którą w większości pokrywała tylko równo przystrzyżona trawa. Jak dla mnie trochę marnuje się potencjał tego miejsca, bo możnaby posadzić kilka krzewów albo drzew i dodać więcej ławek i byłoby naprawdę miło i przyjemnie. A tak to nie ma nawet gdzie się schować przed słońcem.

Okej, to zdjęcie wygląda jak jakaś wizualizacja terenów zielonych na nowo budowanym osiedlu mieszkaniowym

Z parku do zamku prowadzi brama i droga lekko pod górkę. Swego czasu była to siedziba kolejnego potężnego klanu, Maeda, którego bogactwo ustępowało tylko rodowi Tokugawa. Oczywiście też jak każdy porządny japoński zamek spłonął on kilka razy i to co oglądamy dzisiaj to po prostu starannie odtworzona replika. Co ciekawe, zamek aż do 1990 był siedzibą uniwersytetu w Kanazawie i dopiero od stosunkowo niedawna jest udostępniony dla zwiedzających, a przy okazji planowana jest dalsza jego odbudowa. Kolejną miłą rzeczą jest to, że po terenach zamkowych można się przejść za darmo z przewodnikiem i to po angielsku. Zrobiłam tak i ja, i o godzinie 10 byłam tylko ja, chłopak z Londynu i pan przewodnik, który mówił po angielsku tak, że biedny Brytyjczyk nie bardzo wiedział o co mu chodziło.

Pan przewodnik wydawał się zestresowany i plątał mu się trochę język, ale był bardzo miły i starał się jak najwięcej nam opowiedzieć i pokazać różnych miejsc. Nawet proponował, że porobi nam zdjęcia naszymi aparatami.

To akurat robiłam ja sama, nie pan przewodnik

Po skończonym oprowadzaniu zostałam sama z Brytyjczykiem i jakoś trochę sobie pogadaliśmy i razem poszliśmy do środka zwiedzić zamek. Wstęp tylko do zamku kosztuje 310 jenów, ale można też kupić bilet za 500 jenów dający wstęp do zamku i na teren ogrodów Kenroku (tak, w Japonii za wejście do niektórych ogrodów i parków trzeba płacić). Ja wybrałam tę drugą opcję, bo była po prostu bardziej opłacalna.

Zwiedzanie zamku zajęło nam jakieś pół godziny, w porywach do 45 minut, bo jednak jest to tylko replika i w środku poza kilkoma informacjami niewiele jest do oglądania, a główną atrakcją jest po prostu wyglądanie przez okna. Była już jednak 12 i oboje byliśmy głodni, więc w sumie doczepiłam się do tego chłopaka i razem poszliśmy zjeść mały lunch we wspomnianym przeze mnie pawilonie handlowym. Ani on, ani ja nie byliśmy jednak na tyle odważni, by spróbować rzeczy w stylu wysysania czegoś prosto z małży i skupiliśmy się na „zwykłych potrawach”. Koniec końców ja wzięłam tylko kawałek sablefish (myślałam, że to miecznik, ale internet podpowiada mi, że była to anoplopoma bądź dorszyk czarny), a kolega jakąś małą soloną rybkę podawaną w całości na patyku, kawałek makreli w lokalnym sosie i przegrzebki. Moja ryba była dobra, jego podobno też, a nwet dał mi spróbować przegrzebki. To już nie było tak pyszne i jak poczułam tę gumowatość w ustach to zrobiło mi się trochę niedobrze, ale dzielnie przełknęłam całość. Po lunchu każde z nas udało się w swoją stronę – ja do ogrodów, on do dzielnicy ninja i do Kioto.

Moja anoplopoma

Ogrody były ogromne i spędziłam w nich w sumie jakieś 2 godziny po prostu chodząc, patrząc i siedząc na ławeczkach.

Po ogrodzie poszłam w kierunku świątyni ninja. Z ninjami nie miała nic wspólnego tak naprawdę, ale w jej wnętrzu znajduje się dużo pułapek i ukrytnych przejść. Niestety, żeby to wszystko zobaczyć trzeba zarezerwować sobie miejsce w wycieczce z przewodnikiem. Koszt tej przyjemności to 1000 jenów (około 34 zł), a przewodnik i tak mówi tylko po japońsku. Ja nie wiedziałam o obowiązku rezerwacji, ale nawet gdyby to nie wiem czy chciałabym wydać 30 zł tylko po to, żeby posłuchać czegoś, czego zbytnio nie zrozumiem.

Po drodze do świątyni zjadłam też deser, czyli znowu melonowy chlebek, tym razem podany na ciepło i z kulką lodów w środku. Całkiem smaczne i nawet nie takie drogie (400 jenów).

To by było na tyle jeśli chodzi o dziś. Jutro planuję zobaczyć dzielnicę, w której architektura pochodzi jeszcze z czasów Edo i myślałam o jakimś muzeum, ale w końcu jutro poniedziałek i nie wiem czy nie będą nieczynne.

Bye bye Tokyo

Wkurzyłam się, bo ten post był już napisany, ale internet coś skapitulował i wszystko się usunęło. Aż mnie krew zalała.

W każdym razie, wczoraj nie było wpisu, bo jechałam nocnym autobusem do Kanazawy, a jako, że autobus był o 23, to nie miałam za bardzo kiedy go napisać. W busie natomiast miły głos z głośnika uprzejmie poprosił o nieużywanie laptopów i tabletów, a po 2 sekundach zgasły kompletnie światła pogrążając nas w egipskich ciemnościach, spotęgowanych dodatkowo ciemnymi, grubymi kurtynami na oknach. Czułam się przez to jak w wagoniku w jakiejś jaskini, ponieważ nie widziałam dokąd jadę, ale mimo wszystko czułam, że się poruszam.

W tym poście będzie o moim ostatnim dniu w Tokio, a w następnym o tym, jak bawiłam się dziś w Kanazawie. Zaczynajmy więc.

Akihabara

Na sam początek dnia pojechałam do mekki fanów mang, anime, komiksów, gier komputerowych i ogólnie pojętej elektroniki, czyli Akihabary. Jako, że była jednak sobota, a ja wyszłam z hostelu około 9, to niestety wszystkie sklepy były jeszcze pozamykane. Poszłam więc polansować się do Starbucksa, siąść z kawą przy oknie i patrzeć na ludzi przechodzących za szybą.

Czym byłoby życie bez odrobiny lansu?

Około 10:30, gdy już sklepy otworzyły swe podwoje udałam się do Book-offa. Jest to swoisty Empik, tylko rzeczy w nim sprzedawane są z drugiej ręki. Sklep miał 6 pięter, z czego 3 były poświęcone książkom, więc ja czułam się jak w raju buszując pomiędzy regałami. Patrząc jednak na tytuły dopadło mnie zwątpienie czy kiedykolwiek będę w stanie przeczytać książkę po japońsku, gdyż nawet teraz, znając około 900 znaków miałam problemy z rozszyfrowywaniem tytułów.

Stamtąd poszłam do kolejnego gigantycznego sklepu w Akihabarze, czyli Yodobashi Camera. Japoński media markt, tylko znów 7-piętrowy i z najprzeróżniejszymi artykułami. Był nawet dział „urządzenia zapobiegające katastrofom”, cokolwiek to miało znaczyć. Pokręciłam się tam radośnie przeglądając wszystko po trochu, po czym ruszyłam dalej na miasto.

W Akihabarze, i ogólnie w Japonii, często można spotkać te maszyny z zabawkami

Następnym przystankiem było Narodowe Centrum Sztuki w Roppongi. Jest to o tyle ciekawe muzeum, że nie mają jednej „stałej ekspozycji”, a po prostu kilka hal wystawowych, w których co jakiś czas zmienia się wystawa. Ta która najbardziej mnie interesowała, o Wiedniu w początkowym okresie modernizmu, niestety była zbyt droga (1200 jenów ze zniżką studencką, czyli jakieś 40 zł lekką ręką). Skorzystałam jednak z innych, darmowych ekspozycji, które dotyczyły głównie kaligrafii, a jedna malarstwa tuszowego. Ta ostatnia zresztą podobała mi się najbardziej.

Cały budynek w sumie był ładnie zbudowany i dobrze wyglądał w środku, więc przyjemnie było tam po prostu posiedzieć i popodziwiać.

Po małym lunchu w pobliżu muzeum udałam się dalej do muzeum piwa Yebisu. Jest to jedna z nietypowych atrakcji w Tokio, a sam wstęp do niej jest darmowy. Co prawda, część informacyjna jest malutka, ale na terenie muzeum można spróbować piwa Yebisu. Ja wzięłam jeden kufel za 400 jenów, ale jeśli jeden nie wystarczy to za 800 jenów (około 28 zł), można kupić zestaw trzech różnych rodzajów piwa Yebisu wraz z talerzykiem przekąsek.

W tej kadzi jeszcze do 1987 ważono normalnie piwo!

Na sam koniec spotkałam się znowu z Keitą i poszliśmy oglądać sklepy w Harajuku. Jest to dzielnica modowo-młodzieżowa i pomimo sobotniego wieczoru w sklepach z ciuchami czy pamiątkami było pełno ludzi. W ogóle Harajuku nie przypomina architekturą nic japońskiego, raczej kojarzyła mi się z nadmorskimi kurortami w Hiszpanii czy Francji. Z Keitą poszliśmy też na bubble tea, bo on nigdy nie pił i koniecznie chciał spróbować. Jak dla mnie to ani to jakieś nie wiem jak pyszne, ani nie wiem jak niezwykłe, ale według niego w Japonii to teraz ostatni krzyk mody i wszyscy piją to na potęgę. A przy okazji mówią na to tapioka albo boba.

Potem, koło 21 pożegnaliśmy się i pojechałam po mój bagaż, który zostawiłam na przechowanie w hostelu, a stamtąd na dworzec autobusowy w Shinjuku i hop do Kanazawy. Ale to już historia na innego posta 🙂