Here comes the rain again…

Wczoraj była taka piękna pogoda i miałam nadzieję, że dzisiaj też będzie choć trochę słońca, bo postanowiłam wybrać się na Miyajimę. Jest to wyspa niedaleko Hiroszimy, gdzie znajduje się dość słynna świątynia Itsukushima i słynna brama torii zanurzona w wodzie. Wyszłam z hostelu koło 8:30, bo tramwaj, który mnie tam zawiózł jechał troszkę ponad godzinę. Zapłaciłam za niego 260 jenów w jedną stronę (9,10 zł). Dla posiadaczy JR Passa jest szybsza opcja, czyli 20-minutowy pociąg. Bez Passa kosztuje on około 410 jenów, co może nie jest nie wiem jak wygórowaną ceną, ale mi nie przeszkadzała podróż tramwajem. Gdy dotarłam na stacją Miyajima-guchi to musiałam kupić bilety na prom, skoro jechałam na wyspę. Firmy, które podstawiają promy są dwie – JR i Matsudaima. Oba bilety kosztują 180 jenów w jedną stronę (6,30 zł), a jedyną przewagą JR nad Matsudaimą jest to, że na prom linii JR można wejść z JR Passem i nie płacić dodatkowo. Mi to nie robiło różnicy, więc podeszłam do pierwszego lepszego okienka biletowego i okazało się, że było to okienko Matsudaimy. Prom płynął jakieś 15 minut, może nawet mniej, a pogoda była jeszcze w miarę. Nie było słońca, ale trochę raziło mnie w oczy, na tyle, żebym założyła okulary do kilku zdjęć. Po dopłynięciu i zejściu na brzeg pierwsze co zauważyłam to jelonki. Były półdzikie, bo nie przeszkadzało im zupełnie leżeni pomiędzy ludźmi czy wyrywanie im torebek z jedzeniem, natomiast nie dawały się zbytnio dotknąć.

„Ej otwórzcie, przyszliśmy jeść”
„Cześć, daj jeść”

Jelonki leżały sobie radośnie, ludzie robili im zdjęcia, a wzdłuż ciągnęło się morze. Kawałek dalej widziałam też już bramę torii. Najładniej wygląda ona, gdy jest zanurzona w wodzie, niestety ja trafiłam na odpływ, więc było dość błotniście. Nadal jednak ładnie. Poza tym, co uważam za farta, brama była kompletnie odsłonięta. Mogłoby się to wydawać oczywiste, jednak od początku lipca przeprowadzane są na niej prace renowacyjne i brama będzie powoli od dołu zakrywana przezroczystymi rusztowaniami. Dziś ich jednak nie było.

Po popatrzeniu na bramę udałam się w kierunku świątyni, do której owa brama prowadziła. Chram Itsukushima powstał w VI w.n.e., współczesną formę przybrał w 1168 r., a obecnie jest wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Unesco. Poza tym cały kompleks stoi na palach i gdy jest przypływ to zdaje się pływać. Brama Torii postawiona jest w morzu dlatego, że w dawnych czasach teren wyspy był święty i ludzie nie mogli postawić na niej stopy. Przypływali więc łodziami, a gdy to robili to przepływali przez bramę stojącą w wodzie. Torii też pochodzi z 1168 r., ale obecna wersja została postawiona w 1875 r. Sama brama rysująca się na tle morza jest na tyle sławnym widokiem, że stanowi jeden z trzech słynnych widoków japońskich.

Sławny widok, mówicie?
Świątynia Itsukushima

Żeby wejść na teren chramu należy kupić bilet wstępu za 300 jenów (10,50 zł). Dzisiaj, jako że była sobota odwiedzającyh było pełno i momentami trzeba było się nieźle natrudzić, żeby zrobić fotki takie jak ta u góry.

Dowiedziałam się już, że beczki z sake stoją w świątyniach, bo są po prostu ofiarami dla bogów

Co ciekawe, w świątyni bardzo dba się o czystość tj. aż do 1878 r. na terenie sanktuarium (czyt. całej wyspy) nie zezwalano na żadne urodziny czy śmierć. Nawet teraz na wyspie zabronione jest urządzanie jakichkolwiek pogrzebów i jeśli ktoś tam umrze, to jego ciało musi zostać przetransportowane na stały ląd, a krewni zmarłego przed powrotem na wyspę muszą odbyć rytuał oczyszczenia, gdyż uznawani są za nieczystych.

Poza bramą i świątynią atrakcjami turystycznymi jest kolejny wielki kompleks świątynny Taishō-in, oceanarium, muzeum folkloru i góra Misen. W międzyczasie też, gdy spokojnie przechadzałam się po chramie Itsukushima nieźle się rozpadało i gdy wyszłam to musiałam się poważnie zastanowić co robić. Chciałam bowiem wejść na górę, ale ponieważ padało to trochę się bałam, a kolejka linowa kosztowała 1800 jenów (63 zł) w dwie strony lub 1000 (34 zł) w jedną. Postanowiłam, że poczekam jeszcze chwilę i zobaczę jak się rozwinie sytuacja pogodowa i poszłam do świątyni Taishō-in. Ten wielki kompleks można oglądać przez godzinę albo więcej, zależy jak dobrze umiecie czytać informacje po japońsku 😉 Największą „atrakcją” świątyni były figurki buddy ubrane w dziergane kapelusiki, albo inne części garderoby. Zgodnie z tradycją te ubranka zakładają figurkom matki, które straciły dzieci, by w ten sposób opiekować się figurkami, tak jakby opiekowały się dziećmi. Figurek było naprawdę od groma, a kapelusik miała praktycznie każda z nich. I to w najprzeróżniejszych kolorach.

Ołtarz w jednej ze świątyń na terenie kompleksu
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Nawet mini posążki miały kapelusiki
Nie widzę, nie słyszę, nie mówię, ale przynajmniej mi ciepło

Po godzinie spędzonej na terenie kompleksu deszcz wciąż padał, ale jakby lżej postanowiłam więc spróbować podejścia na górę. Powiedziałam sobie, że gdyby zrobiło się bardzo źle to zawsze mogę po prostu zawrócić. Zresztą szlak nie był bardzo pochyły, miał długość 2,5 km i według informacji wejście na szczyt zajmowało średnio 90 minut. Mnie udało się chyba w krótszym czasie, ale gdy w końcu dotarłam na szczyt byłam cała przemoknięta i padnięta. Po drodze jednak wdziałam bardzo ładne wodospady i kamienne tamy na nich i spotkałam mnóstwo uśmieniętych ludzi schodzących radośnie z góry, podczas gdy ja dopiero się tam człapałam.

Z powodu pogody ze szczytu nie było widać za wiele, ale trochę poniżej znajdowało się kilka świątyń i ogień pokoju, który nigdy nie gaśnie. Poza tym, na całej trasie, którą szłam było dużo kapliczek dla buddy i zastanawiałam się kto to wszystko tam naznosił.

Niezłe widoki, co?

Chciałam oszczędzić kasę, ale jednak byłam zbyt przemoczona, by próbować zejść na dół, więc poszłam w stronę kolejki, która była jakieś pół godziny od szczytu, by zjechać nią z powrotem do miasteczka. Gdy zjechałam było koło 14:30, więc postanowiłam wracać już do domu, bo zanim do niego dotarłam to zrobiło się po 16. Po dotarciu do hostelu szybko wzięłam gorący prysznic i rozwiesiłam mokre ubrania i plecak i od 17 siedzę sobie w hostelu i odpoczywam po tym dniu pełnym wrażeń. Jutro mój ostatni dzień w Hiroszimie, a w poniedziałek ruszam do pracy. W planach na jutro mam wycieczkę do pobliskiego Iwakuni, gdzie znajduje się most wiszący i sanktuarium węży, ale jeśli pogoda będzie taka jak dzisiaj, a może być, bo w telewizji ostrzegali przed ulewami w prefekturze i wydali ostrzeżenie o lawinach błotnych, to chyba zrezygnuję i pójdę po prostu na jakieś zakupy.

Dodaj komentarz