Dzisiejszy dzień jak na razie chyba podobał mi się najbardziej ze wszystkich moich dni spędzonych w Japonii. Zapewne z powodu wyjątkowo puszystych towarzyszy, którzy byli bardzo chętni na jedzonko i głaskanie. Dzisiaj bowiem wybrałam się na Ōkunoshimę, inaczej zwaną po prostu Wyspą Królików. Jest to niewielka wyspa, na którą można dostać się jedynie promem, a po jej terenie wolno biega około 300 półdzikich królików.

Prom odpływa z małego miasteczka Tadanoumi, które jest oddalone szybkim pociągiem z Hiroszimy o 20 minut lub około półtorej godziny autobusem. Za autobus zapłaciłam 1390 jenów (49 zł mniej więcej) w jedną stronę, ale uważam, że futrzaki były tego warte. Następnie prom kosztował 620 jenów (22 zł) w dwie strony, a przepłynięcie zajmowało 15 minut. Dodatkowo w sklepie, gdzie kupowałam bilety na prom kupiłam też karmę dla króliczków, która kosztowała 200 jenów (7 zł) za paczkę. Wzięłam dwie i dobrze, bo zwierzaki były bardzo głodne i upominały się o jedzonko za każdym razem gdy napotkały człowieka.

Po przypłynięciu na wyspę wsiadłam w darmowy minibusik, który wozi przybyłych do jedynego hotelu na wyspie. Trwało to jakieś 10 minut. Bus jechał bardzo wolno i ciągle wydawał dźwięki, żeby przypadkiem nie rozjechać jakiegoś królika.


Jeśli ciekawi was skąd na wyspie wzięło się tyle królików to istnieją dwie teorie, z czego jedna brzmi jak przykrywka wymyślona na potrzeby społeczeństwa, a druga jak niestety okrutna prawda. Która z wersji jest jednak prawdziwa zapewne nie dowiemy się nigdy. Według pierwszej wersji dawno temu miejscowe dzieci miały króliki, ale postanowiły je wypuścić na wolność na wyspie. Te oczywiście jak to króliki bardzo szybko się namnożyły i już tak pozostało. Według drugiej wersji, króliki były po prostu obiektami testowymi, na których Japończycy badali trujące gazy. Dodam jeszcze, że wyspa oprócz królików słynie z tego, że rzeczywiście w latach 1927-1945 była tutaj prawdziwa fabryka trujących gazów takich jak gaz musztardowy czy iperyt. Było to na tyle duże przedsięwzięcie, że mieszkańcy wyspy zostali przesiedleni, zbudowano na niej trzy stanowiska z działam artyleryjnymi, a samą wyspę usunięto z map. Dopiero po klęsce Japonii w II Wojnie Światowej placówka została rozbrojona, część sprzętów zatopiono, a resztę spalono. Dziś na terenie wyspy znajdują się pozostałości po tych miejscach i sprzętach oraz muzeum dotyczące tego co działo się na wyspie i zawierające ogólne informacje dotyczące gazów bojowych. Wejście do niego kosztuje 100 jenów (3,50 zł), ale jest ono równie malutkie jak wyspa i zajmuje tylko dwa pomieszczenia. Uważam jednak, że warto, bo w środku znajduje się dużo archiwalnych zdjęć z czasów funkcjonowania zakładów i informacji na temat gazów. Są też dość drastyczne zdjęcia przedstawiające osoby z poparzeniami od iperytu, a trzeba wiedzieć, że często poparzeniom ulegali sami pracownicy fabryki, ponieważ technologia w latach 30 nie była bardzo zaawansowana, a ich stroje niewystarczająco szczelne. Ponadto, większość z byłych pracowników do końca życia cierpiała na różne dolegliwości związane będące wynikiem ich pracy za młodu np. mieli chroniczne zapalenie płuc lub oskrzeli.



Wyspa jak już wspominałam jest malutka. Mnie np. około dwóch i pół godziny zajęło obejście jej całej dookoła plus zwiedzenie muzeum i wykarmienie króliczej populacji. Do tego poza hotelem i muzeum nie ma na niej właściwie żadnych innych budynków i nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mieszkał tu na stałe. Na środku wyspy jest też niby punkt obserwacyjny, ale w internecie znalazłam informację, że z powodu katastrofy naturalnej, która nawiedziła wyspę w 2018 roku wszystkie ścieżki w głąb wyspy są zamknięte. Okazało się to prawdą, choć na samej wyspie nie było o tym informacji. Po prostu wszystkie szlaki do pozostałości po schronach wojskowych czy na punkt obserwacyjny były pozamykane i odgrodzone łańcuchami.



Co do królików to miałam mieszane odczucia. Z jednej strony cieszyłam się jak głupia, bo były bardzo słodkie, a niektóre puchate, no ale z drugiej… Po pierwsze, wydaje mi się, że nikt ich tam tak naprawdę nie karmi poza turystami. Oczywiście mają wystawione miski z wodą, ale na chrupki rzucają się jakby nie widziały od dawna innego jedzenia. Poza tym, nie są to jakieś okazy tryskające zdrowiem. Duża część z nich ma albo łyse placki na ciele, albo sierść, która wygląda jakby pochodziła z dwóch różnych zwierzaków tj. jakby w wyniku jakichś wydarzeń utraciły połowę sierści, a potem ona odrosła w innym kolorze. Sporo z nich kichało i miało zaropiałe oczka. Jeden z pierwszych które spotkałam miał też ogromną dziurę w uchu, a inny naderwany nos. Ok, są dzikie, ale nie wyglądają jakby było im tam wyśmienicie i momentami było mi ich po prostu okropnie szkoda.






Do Hiroszimy wróciłam koło 17:30 i trochę poszwendałam się po mieście. Kolację zjadłam w miejscu gdzie byli praktycznie sami Japończycy i wyglądało to trochę jak taki ichniejszy bar mleczny. Zamówiłam danie dość popularne w Japonii, a mianowicie tonkatsu. Wyglądem przypomina to naszego schabowego i też jest zazwyczaj z wieprzowiny. Ja jadłam wersję wołową, a do tego była świeża sałata, odrobina purée ziemniaczanego i ryż. Za całość zapłaciłam 800 jenów (28 zł), czyli całkiem niezła cena jak na taką zwykłą japońską knajpę.

Poza tym kupiłam sobie też dzisiaj najlepszą pamiątkę z Japonii jaka może być, czyli oryginalną koszulkę drużyny baseballowej z Hiroszimy – Hiroshima Carp. Koszulka była używana i kosztowała tylko 500 jenów (dokładnie 17,5o), ale teraz mogę się dumnie obnosić, że jestem karpiem 🙂



Co ciekawe, w Japonii ciemno robi się już koło 19, co na początku bardzo mnie zdziwiło, bo nawet w Polsce nie robi się ciemno tak wcześnie, zwłaszcza latem. Ciemność nie oznacza jednak spadku temperatury. Tak jak w ciągu dnia było około 30 stopni, tak po zapadnięciu zmroku wciąż jest dobre 28 i duchota. Dzisiaj przynajmniej nie padało, za co jestem wdzięczna, bo jak dotąd, poza jednym czy dwoma dniami, codziennie było szaro, buro i ponuro.