To był długi dzień. Przyjechałam do Hiroszimy o 6 rano, a mój hostel otwierał recepcję dopiero od 9. Tylko co z tego, skoro od 9 mogłam jedynie zostawić bagaże, a łóżko odebrać dopiero od 16. Poza tym o 6 rano nic nie działało w Hiroszimie. Dosłownie nic. Poza transportem miejskim. Wróciłam więc smutna na dworzec (mój autobus nie zatrzymywał się na dworcu), bo na domiar złego lało jak z cebra. Na szczęście jakaś biedna piekarnio-ciastkarnia otwierała się o 6:30, więc od około 6:45-7:00 siedziałam w środku aż do 9:00. Zjadłam tam przy okazji śniadanie i napiłam się herbaty. Około 9:00 wyruszyłam do hostelu, żeby chociaż zostawić mój bagaż i dalej zastanawiać się co zrobić. Na szczęście już trochę przestało padać.

Po drodze do hostelu, a właściwie pod hostelem spotkałam dwóch chłopaków, którzy tak jak ja przyjechali nocnym autobusem do Hiroszimy od 6 rano błąkali się po mieście. Okazało się, że są Francuzami i przyjechali do miasta na jeden dzień. Zapytałam więc, czy mogę do nich dołączyć w zwiedzaniu, bo podróżowanie samej jest fajne, ale jednak czasami chce się towarzystwa drugiej osoby. Chłopcy się zgodzili, ale zanim gdziekolwiek się ruszyliśmy to pograliśmy jeszcze trochę w karty i po prostu chwilę posiedzieliśmy w hostelu w części wspólnej. Chłopaki, Basile i Antoine, nauczyli mnie nowej gry w „Prezydenta” i nawet raz udało mi się wygrać 🙂 Potem, koło 11, zebraliśmy się, trochę odświeżyliśmy i poszliśmy zwiedzać. Naszym planem było Muzeum pokoju w Hiroszimie, które znajduje się dosłownie 5 minut od naszego hostelu, a potem kopuła, czyli pozostałości po jednym z niewielu budynków, które przetrwały bombę atomową.

Wejście do muzeum kosztowało jedynie 200 jenów za osobę (jakieś 6 zł), co czyni je najtańszym muzeum, które zwiedziłam do tej pory. Samo zwiedzanie zajęło nam około 2 godzin i pod koniec byłam już wyczerpana. W środku znajduje się bardzo dużo informacji nt nalotu, świadectw ofiar, zdjęć zaraz po katastrofie oraz różnych danych dotyczących miasta i ogólnie broni nuklearnych. Momentami chciało mi się płakać, gdy czytałam wspomnienia osób, które przeżyły wybuch. Było to naprawdę straszne doświadczenie, a na sam koniec ułożone były kartki z petycją o całkowite zaprzestanie użycie broni nuklearnych, które zwiedzający mogli podpisać. Oczywiście podpisałam ją. Poza tym, codziennie o określonej porze ludzie mogą przyjść i za darmo posłuchać osoby, która w jakiś sposób jest powiązana z katastrofą i opowiada o tym co się wtedy wydarzyło. O godzinie 13 spotkanie prowadzone jest po angielsku i jeśli starczy mi jeszcze czasu to zamierzam się wybrać na takie spotkanie.


Po wyjściu z muzeum udaliśmy się w kierunku kopuły hali wystawowej, czyli jednego, a w tym momencie już właściwie jedynego, budynku, który przetrwał zrzucenie bomby. Stało się tak dlatego, że budynek znajdował się właściwie w samym epicentrum wybuchu, a bomba wybuchła dosłownie 600 metrów nad nim. Dlatego grzyb atomowy powstały w wyniku jej wybuchu nie zniszczył całkowicie budynku, tylko go uszkodził.

Wszystkie miejsca, które teraz opisuję znajdują się w tzw. Parku Pokoju, na miejscu gdzie kiedyś stała jedna z dzielnic Hiroszimy, a która została doszczętnie zniszczona po wybuchu. Dziwnie się jednak czułam, gdy ludzie robili sobie zdjęcia z budynkiem czy z pomnikiem ofiar wybuchu. Czułam się trochę tak, jak gdyby robili sobie zdjęcia przed obozem w Oświęcimiu lub w innym podobnym miejscu.

Gdy wyszliśmy z muzeum była już 14, a nasze brzuchy puste. Postanowiliśmy więc zjeść coś, a nasz wybór padł na knajpę specjalizującą się w okonomiyaki, czyli swoistego rodzaju omlecie. Jest to danie dość popularne we wschodniej części Japonii i wszędzie istnieje właściwie inna wersja tego przysmaku. Ja znalazłam na knajpę na TripAdvisorze gdzie za takie klasyczne, jak na Hiroszimę, okonomiyaki zapłaciliśmy 800 jenów (jakieś 28 zł, czyli naprawdę jedna z tańszych opcji jedzeniowych jak na Japonię).


Knajpka była świetna, porcja ogromna, a jedzenie bardzo smaczne. Co więcej siedliśmy przy barze, więc mogliśmy na bieżąco oglądać jak powstają nasze omlety. Poza tym miła obsługa cały czas dolewała nam wody i dbała, żebyśmy byli zadowoleni. Pozwolili nawet chłopakom zapalić w środku knajpy, bo na zewnątrz ciężko znaleźć miejsce, gdzie można palić (w Japonii palenie na ulicach jest niedozwolone, tylko w konkretnie wyznaczonych do tego miejscach).
Po jedzeniu postanowiliśmy udać się do lokalnego zamku, który znajdował się całkiem niedaleko od nas i od Parku pokoju. W międzyczasie też zdążyło się bardzo ładnie rozpogodzić i o godzinie 16 umierałam z gorąca, bo było 28 stopni. Po drodze zwiedziliśmy też jakąś świątynię.




Do samego zamku nie weszliśmy, bo wejście kosztowało 370 jenów, co nie jest jakąś tragicznie dużą kwotą, ale byliśmy w sumie dość zmęczeni, było koło 17 i nie chciało nam się obchodzić 4 pięter wystaw zamkowych. Zadowoliliśmy się więc tylko widoczkiem z zewnątrz, a potem poszliśmy wypić piwo. Poza tym, zamek, jak każdy zamek japoński, nie był oryginalną budowlą, tylko repliką z 1853 roku, ponieważ oryginał został zniszczony w jakiejś katastrofie.

Co do piwa – w Japonii picie piwa w miejscach publicznych jest jak najbardziej dozwolone, wybraliśmy więc park w pobliżu naszego hostelu z dobrym widokiem na kopułę. Wypiliśmy po dwa piwa, porozmawialiśmy, pograliśmy w karty (chłopaki nauczyli mnie jeszcze innej gry), po czym wróciliśmy do hostelu. W Japonii wbrew pozorom, ciemno robi się już około 19, więc udało mi się też przy okazji zrobić ładne zdjęcie podświetlonej kopule.

Teraz chłopaki grają w golfa na nintendo wii dostępnym w hostelu, a ja piszę tego bloga. Jutro ruszają na wyspę Miyajima ze słynną czerwoną bramą Torii, a ja na Wyspę Królików, gdzie jak się domyślacie pełno jest królików. Bardzo podobał mi się ten dzień i pomimo zmęczenia jestem bardzo zadowolona, że chłopcy pozwolili mi spędzić ten dzień z nimi 🙂
Kiedyś w Hanoi wyrzucili nas z autobusu jakoś o 3 w nocy,lał deszcz, hostele pozamykane, błąkaliśmy się po okolicy i w końcu doszliśmy do jakiejś stacyjki kolejowej i tam przed wejściem przekoczowaliśmy w towarzystwie lokalnych bezdomnych pochowanych w kartonach i szczurów latających w te i z powrotem 🙂
PolubieniePolubienie