Dzisiaj dzień bez zwiedzania, raczej skupiałam się tylko na transportowaniu. Ale po kolei. Jako, że jadę dzisiaj z Kioto do Hiroszimy to musiałam się jakoś przemieścić z Kanazawy do Kioto. Najszybsza i najprostsza opcja, czyli superszybki pociąg japoński nie wchodził w grę. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu – kasa. Podróż takim pociągiem zajęłaby tylko 2 godziny, ale bilet kosztował około 7500 jenów (w przybliżeniu 260 zł). A ja, jako Polak cebulak postanowiłam zaoszczędzić. Mój kolega Keita znalazł mi dłuższą, ale zdecydowanie tańszą opcję dojazdu do Kioto, a mianowicie przemieszczanie się pociągami regionalnymi. Miało to trwać 4,5 godziny i wymagało dwóch przesiadek, ale kosztowało w całości 4000 jenów, czyli jakieś 100 zł taniej niż shinkansen. Dodajmy jeszcze, że za podróż pociągami lokalnymi i za autobus nocny do Hiroszimy razem zapłaciłam 7000 jenów, czyli i tak mniej niż za podróż shinkansenem z Kanazawy do Kioto. Jeśli natomiast zastanawiacie się ile kosztuje podróż shinkansenem z Kioto do Hiroszimy to spieszę z odpowiedzią. Około 11 500 jenów, czyli jakieś 400 zł. Oczywiście, dla osób ze zwykłą wizą turystyczną, które chcą zwiedzić wiele miejsc w Japonii przydatny jest JR Pass. Wtedy w cenie Passa mogą jeździć shinkansenami do woli przez określoną ilość czasu. Ja jednak, biedny wyrobnik, który przyjechał na wizie typu Zwiedzaj i pracuj nie mogłam zakupić tego cudownego biletu i teraz muszę kombinować jak oszczędzać kasę i przemieszczać się między miastami.

Około godziny 11 wyszłam więc z mojego hostelu i poszłam na stację w Kanazawie. Tam wsiadłam w pociąg o 11:28 do miejscowości Fukui. Podróż miała zająć półtorej godziny. W pociągu przyczaił mnie jakiś biedny student, który robił ankiety wśród obcokrajowców dotyczące katastrof naturalnych w Japonii i zapytał czy mogłabym taką wypełnić. Nie miałam i tak nic do roboty, więc chętnie mu pomogłam. Po wypełnieniu ankiety rozmawialiśmy jeszcze trochę i w sumie doszło do tego, że mam nowego kolegę. Nazywa się Ichiro, jest na trzecim roku stosunków międzynarodowych na uniwersytecie w Kanazawie i ma 20 lat, tak jak ja. Pod koniec wymieniliśmy się kontaktami na Line, czyli japońskim komunikatorze. Musicie wiedzieć, że Japończycy niezbyt często używają Facebooka czy Whatsappa. Wśród nich króluje właśnie Line. W każdym razie Ichiro pojechał ze mną jeszcze kilka stacji i zdążył pochwalić mnie, że dobrze mówię po japońsku, i że super, że znam tyle języków.
Na stacji w Fukui przesiadłam się do kolejnego pociągu jadącego do Tsurugi. Tutaj podróż trwała około godziny i spędziłam ją w ciszy słuchając muzyki na telefonie i rozwiązując krzyżówki. W Tsurugi znowu przesiadka, już na ostatni pociąg, który miał dowieźć mnie do Kioto. Pociąg jechał około półtorej godziny, a ja w tym czasie zdążyłam trochę się zdrzemnąć.
Gdy w końcu dotarłam do Kioto była 16, postanowiłam więc zostawić bagaż w szafce na stacji za jakieś 700 jenów (około 25 zł, ale co zrobić kiedy twoja walizka waży tonę, a autobus odjeżdża o 22:40) i pójść coś zjeść. Tym razem padło na zwykłego, starego McDonalda, bo prawdę powiedziawszy był najbliżej i nie musiałam się wysilać, żeby znaleźć coś w miarę taniego na mieście. Po posiłku udałam się jeszcze na sam koniec do jednej ze świątyń w pobliżu stacji.

Trafiło na kompleks Higashi-honganji, który znajduje się tylko 10 minut od dworca. Kompleks jest ogromny, większy niż świątynia Neji w Tokio i zapewne starszy. W każdym razie, ten kompleks jest jednym z dwóch wielkich centrum buddyjskiej Szkoły Czystej Krainy, najpopularniejszej odmiany buddyzmu w Japonii. Szkoła Czystej Krainy została założona około XIII w. przez mnicha Shinrana, który sprowadził właściwie cały buddyzm do jednej frazy „Chwała Buddzie Amidzie”. Podobno powtarzając cały czas tę mantrę można dostąpić nirwany. Świątynia w Kioto została założona po śmierci Shinrana przez jego córkę, która poświęciła ją ojcu.

Kompleks składa się z dwóch wielkich świątyń oraz hali wystawowej z boku terenu. Jedna świątynia poświęcona jest buddzie Amidzie, a druga Shinranowi. Ta poświęcona Shinranowi to najstarszy drewniany budynek w Kioto (oczywiście odbudowany, bo kilka razy się zdążył spalić w ciągu swojego istnienia), a także jeden z największych drewnianych budynków na świecie.


Chodząc pośród drewnianych filarów podpierających świątynię znalazłam też jeden z bardziej obrzydliwych eksponatów, jakie kiedykolwiek miałam okazję spotkać, a mianowicie linę z ludzkich włosów. Lina ta pochodzi z 1895 i została spleciona z włosów wiernych wyznawców, którzy bardzo pragnęli odbudowy świątyni. Podobno takie liny z włosów były lepsze od zwykłych lin w tamtych czasach. Nie wiem, mnie to z lekka obrzydzało, zwłaszcza jak przyjrzałam się temu bliżej. Podobno jednak za pomocą takich lin podwieszono dwie wielkie belki tworzące stropy w hali poświęconej buddzie Amidzie.





Niestety w Kioto, tak jak zresztą w całej Japonii, 99% miejsc turystycznych typu muzea i parki zamykane jest o 17, także nie mogłam zobaczyć nic więcej poza tą świątynią, ale to nic, bo w Kioto będę jeszcze w sierpniu. Wtedy nadrobię pozostałości i zobaczę wszystkie słynne miejsca, o których piszą przewodniki. Teraz natomiast siedzę w Starbucksie, popijam mrożoną herbatę i czekam aż będzie pora, żeby zebrać się na autobus. W Japonii dopiero dochodzi 19, więc mam jeszcze jakieś 3,5 godziny.