Są wakacje jest i morze

Zacznę od tego, że jutro jest mój ostatni dzień w Tokio, dlatego ostatnie kilka miejsc w mieście zostawiłam sobie na jutro, a dzisiaj pojechałam do Odawary. Odawara to małe miasteczko (około 200 tysięcy mieszkańców), które słynie z tego, że jest tu zamek i wyrabia się w niej kamaboko i umeboshi. To pierwsze to rodzaj przetworzonej pasty rybnej/surimi, które jest bardzo popularne w Japonii i np. cienkie plasterki kamaboko dodaje się czesto do ramenu. To drugie to rodzaj marynowanej na słono japońskiej śliwki, która w sumie bardziej przypomina morelę. Poza tymi trzema rzeczami jest jeszcze plaża i to by chyba było na tyle, jeśli chodzi o turystyczne atrakcje.

Kamaboko; zdjęcie z wikipedii

Niestety ani jednego, ani drugiego nie próbowałam z tego względu, że na słynnej wg internetu uliczce gdzie znajdują się knajpy z kamaboko, była tylka jedna restauracja, która wyglądała bardzo niezachęcająco. A umeboshi często dodawane jest do ryżu w zestawach sushi (to akurat raz spróbowałam w Polsce i muszę przyznać, że smakiem mnie nie powaliło).

Dworzec kolejowy w Odawarze
Dworzec autobusowy w Odawarze skąd można udać się do pobliskiego Hakone

Samo miasteczko też jakoś bardzo nie zachwyca. Mnie zdawało się trochę opuszczone i wymierające, ale może to kwestia tego, że nie chodziłam po centrum tylko po bocznych uliczkach. Może dlatego, że nie ma w nim zbyt wielu atrakcji, a ludzie raczej tylko przesiadają się w nim na autobus do Hakone, pobliskiej miejscowości, z której w pogodne dni widać górę Fuji, i która słynie z onsenów, czyli gorących źródeł.

Do Hakone nie pojechałam, bo było to już trochę za daleko i drogo. Za samą podróż do Odawary w jedną stronę, zwykłymi, podmiejskimi pociągami zapłaciłam 1490 jenów, czyli 50 zł. Co więcej, trwało to około półtorej godziny. Gdybym miała JR Pass, czyli specjalny bilet umożliwiający podróż szybką koleją po całej Japonii „za darmo” (dałam cudzysłów, bo przyjemność zakupu takiego Passa na 14 dni to około 1600 zł) to zapewne wybrałabym się i do Hakone, ale tak to ograniczyłam się jedynie do Odawary.

znak reklamujący ulicę słynącą z kamaboko

Z dworca poszłam prosto do zamku, który znajduje się na wzniesieniu jakieś 800 metrów od stacji. Zamek Odawara to najbliżej znajdujący się Tokio zamek, więc jeśli ktoś planuje zwiedzać tylko Tokio i koniecznie chce zobaczyć japoński zamek z okresu średniowiecza to może wybrać się do Odawary. Zamek został wybudowany przez klan Hōjō, swego czasu (czyli w jakimś XIV w.) wielkich możnowładców w tym regionie. Podobno wieża, a to wieża jest tym ładnym widoczkiem, została dobudowana dopiero jakieś 200 lat później w XVI w. i na dodatek nie przetrwała próby czasu i ciężkich japońskich warunków, gdyż zawaliła się kilkutronie w wyniku różnych trzęsień ziemi. Mieszkańcom jednak tak się podobała, że zebrali pieniądze na jej odnowienie i dziś znów możemy ją podziwiać, taką jak była kiedyś.

Kiedyś zamek otaczała też fosa, jednak dzisiaj już jej nie ma, a w jej miejsce posadzono jakieś roślinki. Poza tym na wzniesieniu posadzono mnóstwo hortensji, co daje piękne widoki.

Jedna rzecz, która mnie zniesmaczyła – na terenie takiego a la dziedzińca zamkowego stała okrągła klatka z małpami. Małp było około 10 i widać było wyraźnie, że przestrzeń im zaoferowana była za mała. Biedne biegały w kółku i wyglądały na bardzo nieszczęśliwie. Nie wiem dlaczego ktoś zdecydował się je tam umieścić, ale ja bym je zabrała albo chociaż powiększyła klatkę.

Sam zamek można zwiedzić od środka za drobną opłatą. W cenie 500 jenów można zwiedzić tylko zamek, gdzie jest opisana jego historia, a dopłacając jeszcze 100 jenów można wejść też do jednej z bram, gdzie wystawiona jest kolekcja zbroi samurajskich z okresu sengoku. Wybrałam tę drugą opcję i nie żałowałam. Przeszkadzało mi tylko, że opisy w środku zamku były jedynie po japońsku, a po angielsku tablic informacyjnych jak na lekarstwo. Niestety, gdybym chciała czytać te informacje w oryginale mogłabym stać godzinę przy każdej tabliczce, a muzeum zajmowało 4 piętra. Dlatego też, odpuściłam sobie i tylko chodziłam i patrzyłam. Na moje szczęście część podanych informacji dotyczyła dziejów historycznych, które omawialiśmy na zajęciach z historii Japonii, więc mniej więcej wiedziałam o co chodzi. Zamek ma też ten plus, że na samej górze znajduje się taras widokowy z całkiem ładną panoramą na miasto i morze. Jeśli chodzi natomiast o turystów, to byli to głównie Japończycy, z wyjątkiem takich niedobitków jak ja.

Makieta przedstawiająca zamek za czasów jego świetności
selfik z tarasu musi być 😉
Panorama miasta

Z zamku poszłam do pobliskiej świątyni. Bardzo mnie urzekła, bo była ukryta w takim małym lasku i bardzo ładnie komponowała się z otoczeniem. A poza tym nie było w niej prawie w ogóle ludzi.

Ze świątyni udałam się w stronę morza. Skoro już byłam w nadmorskim miasteczku, to nie mogłam nie przespacerować się na plażę. Niestety, tamtejsza plaża nie umywa się do polskiej, jest kamienista, a raczej wysypana takim nieprzyjemnym żwirkiem. Jedyny plus to to, że woda wydawała mi się o wiele cieplejsza niż w Bałtyku. Przy okazji plaż – powszechnie wiadomo, że Japonia położona jest na styku płyt tektonicznych i ich ruchy często powodują trzęsienia ziemi, a co za tym idzie tsunami. Jako, że miast jest portowe, wszędzie znajdowały się różne ostrzeżenia o tym co robić w razie tsunami, jak wysoko nad poziomem morza jest dana ulica i różne mapy ewakuacyjne, pokazujące gdzie ludzie powinni się udać w razie gdyby przyszła wielka fala.

To by było na tyle jeśli chodzi o dziś. Wieczorem jeszcze się spakowałam, a jutro o 23 wyruszam do Kanazawy, miasta które uniknęło bombardowań w trakcie drugiej wojny światowej i dzięki temu zachowała się tam do dzisiaj stara architektura. Już nie mogę się doczekać!

Piszesz mi w liście, że kiedy pada…

Wczoraj planowałam na dziś wycieczkę do Kamakury i wielkiego Buddy. Rano jednak tak lało, że poważnie zastanawiałam się czy jechać, czy może jednak sobie odpuścić. W pewnym momencie jednak przestało padać i stwierdziłam, że nie ma co się lenić trza jechać. Wsiadłam więc w pociąg linii Yokosuka w kierunku Zushi i udałam się do Kamakury. Jazda zajęła około godziny (wystarczająco, żebym zdążyła rozwiązać kilka krzyżówek i przesłuchać całą płytę) i do Kamakury przyjechałam około 10:30. Mój plan podróży skopiowałam w większym stopniu z poniższej stronki: https://trulytokyo.com/kamakura-day-trip-itinerary/ (jakby ktoś się wybierał to bardzo polecam).

dworzec kolejowy w Kamakurze

Ze stacji udałam się więc na drugie śniadanie do pobliskiej kawiarni specjalizującej się w produktach z czekoladą. Po małym co nieco poszłam dalej w kierunku świątyni Tsurugaoka Hachimangū. Jest to najważniejszy kompleks świątynny w mieście. Świątynia poświęcona bogu wojowników, Hachimanowi znajduje się w tym miejscu od 1180 roku. Z jej powodu także w Kamakurze budynki są dość niskie i nie ma żadnych wieżowców – przepisy zabraniają budowania czegokolwiek wyższego od tej świątyni (podobnie jak z Pałacem Zimowym w Petersburgu).

Z dworca dość łatwo trafić do świątyni zwłaszcza jeśli podąża się za wskazówkami napisanymi na cytowanej przeze mnie świątyni. Po krótkim spacerku uliczką ze sklepami różnej maści trafiłam na bramę tori sygnalizującą główne wejście do świątyni. Bardzo podobał mi się ten deptak biegnący przez środek drogi, podczas gdy po obu moich stronach radośnie śmigały samochody.

główna droga do świątyni

Szłam tak 800 metrów aż doszłam do kolejnej bramy Tori tuż przed kompleksem. Co ważne, wejście na teren kompleksu jest darmowe. Niestety, znowu zaczęło powoli padać, musiałam więc opancerzyć się kurtką i schować aparat by nie zamókł zanim ruszyłam zwiedzać dalej. Cały kompleks jest bardzo duży i można spokojnie po nim pochodzić zwiedzając różne pomniejsze kapliczki, podziwiają karpie w stawie czy po prostu cieszyć się względnym spokojem. Jako, że pogoda nie dopisywała turystów nie było aż tak dużo, co bardzo mi pasowało, bo mogłam bez przepychania się i blokowania drogi innym robić zdjęcia, kiedy coś mi się podobało. Zdziwiła mnie tylko obecność super nowoczesnego muzeum poświęconego świątyni na terenie kompleksu, bo architektonicznie bardzo się to gryzło.

Kolejna ściana sake
Schody prowadzące do głównego pawilonu
Muzeum
W Japonii wszędzie teraz kwitną hortensje

Z kompleksu udałam się w kierunku grobu Minamoto Yoritomo, samuraja, który prowadził wojnę z klanem Tairów, i który ustanowił mniej więcej w 1184 r. stolicę w Kamakurze. Zapoczątkował tym samym nowy okres w historii Japonii – okres Kamakura. Do jego grobu szłam tylko ja i jeden starszy pan Japończyk, a żeby się do niego dostać trzeba było pokonać dość strome schody. Obok zwykłej małej kapliczki było puste pole i tablica informująca o tym, że kiedyś w tym miejscu stało mauzoleum poświęcone Yoritomo, jednak zapadło się ono i nie zostało już odbudowane. Trochę szkoda, bo jestem ciekawa jak wyglądało.

Dobry trening przed Fuji

W ogóle Kamakura to bardzo ładne miasteczko. Na każdym kroku jest jakaś stara świątynia, uliczki są wąskie, a dużo domów jest bardzo starych co widać po architekturze. Czułam się tam trochę jakbym przeniosła się w czasie.

Takich budynków pełno jest w Kamakurze

Przeglądając mapę w poszukiwaniu następnego miejsca, które chciałabym zobaczyć w Kamakurze zobaczyłam, że niedaleko mnie, trochę poza centrum znajduje się jaskinia, w której harakiri popełnił ostatni szogun okresu Kamakura, Hōjō Takatoki. Postanowiłam więc zobaczyć ją na własne oczy. Jaskinia znajdowała się na szlaku turystycznym, ale nic sobie z tego nie robiłam, bo myślałam, że przecież na pewno jest blisko początku. Rzeczywiście była, ale była tak płytka i niczym się niewyróżniająca, że pomyślałam, że to tylko jakaś leśna kapliczka i niczym niewzruszona ruszyłam dalej szlakiem w poszukiwaniu Jaskini przez duże J. No i zonk, bo okazało się, że to tamta była właściwa, a ja nagle znalazłam się na (na szczęście) dość krótkim szlaku turystycznym, który wiódł przez las wzdłuż granic miasta. Zorientowałam się dopiero po jakichś 20-30 minutach spaceru, więc nie było sensu już wracać i szłam dalej. Na szczęście szlak był krótki, ale jednak dość błotnisty, a że jeszcze od rana padało to momentami było ślisko. Udało mi się jednak bezpiecznie przejść go całego i wyjść na tyłach urokliwej opuszczonej świątyni.

Wyjście (albo jak ktoś woli wejście) ze szlaku
Te czerwone kropki to trasa, którą przeszłam

W sumie zajęło mi to chyba trochę ponad godzinę. Stamtąd wyszłam na główną ulicę i ruszyłam na drugą stronę miasta, w kierunku świątyni Hasedera, poświęconej buddyjskiej bogini Benzaiten, bogini urody, szczęścia i muzyki. Pech chciał, że to było jakieś 2,5 km i gdy tak szłam to zaczęło coraz mocniej padać, aż w pewnym momencie byłam już cała mokra od deszczu i potu (wciąż przecież było prawie 30 stopni i wilgtność 96%) i miałam przemoczone i ubłocone buty. Wtedy z nieba spadła mi mała knajpka włoska, gdzie było dosłownie 6 miejsc dla klientów i stary pan Japończyk, który ją prowadził. Zadziwił mnie widok tej knajpki i przystanęłam na chwilę, żeby popatrzeć. Pan skorzystał wtedy z okazji, by zaprosić mnie do środka, a że byłam przemoczona, trochę głodna i zmęczona to stwierdziłam, że czemu nie. W środku nonstop grała włoska muzyka z lat 50 bodajże, a ja zjadłam pyszną pizzę, wypiłam ciepłą herbatę i trochę się osuszyłam.

Gdy trochę przestało padać, a ja byłam już suchsza i miałam pełny brzuch wyszłam z powrotem na ulice. Tym razem udało mi się dotrzeć do świątyni Hasedera. Za wejście zapłaciłam 400 jenów, ale była to pierwsza świątynia, w której mogłam zrobić to kartą (w większości miejsc turystycznych jednak wciąż można płacić tylko gotówką). Kompleks świątynny Hasedera jest mniejszy niż Tsurugaoka, ale równie piękny. Na jego terenie znajduje się całe mnóstwo figurek Benzaiten, jest nawet jaskinia z figurkami i cała ich ściana!

Trochę jak z horrorów…
Główny pawilon świątyni
widok na Kamakurę z góry

Na sam koniec udałam się do miejsca, dla którego w ogóle przyjechałam do Kamakury, czyli do pomnika wielkiego Buddy. Posąg mierzy 15 metrów i jeszcze do niedawna był to drugi największy Budda w Japonii, zaraz po tym, który znajduje się w Narze. Został wykonany w 1252 r. z brązu i waży 103 tony. Za przyjemność zobaczenia go trzeba zapłacić 200 jenów i tu już niestety akceptują tylko gotówkę. Tam było już trochę ludzi, ale myślę, że w słoneczne dni jest ich jeszcze więcej.

No ale proszę się nie garbić!

Poza posągiem jest jeszcze świątynia, ale wiadomo, że to on jest największą atrakcją. Po jego zobaczeniu wróciłam na stację i wsiadłam z powrotem w pociąg do Tokio. Podmiejskie pociągi w Japonii (Kamakura znajduje się około 50 km od Tokio) nie są takie jak mazowieckie KMKi, ale w środku wyglądają jak warszawskie wagony metra, co jeśli się podróżuje dłuższą chwilę może być trochę niewygodne. Na sam koniec wrzucam fotkę automatu z napojami. W Japonii stoją one dosłownie na każdym rogu, nawet na terenach świątyń i można kupić w nich różne napoje, jednak znów, tylko za gotówkę.

OLYMPUS DIGITAL CAMER

Mowa jest srebrem, a milczenie złotem, czyli co widziałam w Ginzie

Jest 3 lipca, czyli w Japonii jestem już 5 dni. Zdążyłam już trochę zobaczyć w Tokio i muszę powiedzieć, że miasto nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia. Jest jak każda większa metropolia, no może poza tym, że nie ma tutaj śmieci na ulicach, ale zapachy ze ścieków czuć już dość często.

Jako, że była środa i przyleciały dziewczyny to umówiłam się z nimi na krótkie spotkanie na stacji dworca kolejowego w Tokio, zanim obie wyruszą dalej. Koniec końców udało mi się spotkać tylko z Hanią, ale i tak mnie to ucieszyło, bo jednak dobrze jest zobaczyć znajomą twarz na drugim końcu świata. Razem zjadłyśmy obiad, a potem odprowadziłam ją na pociąg do Nagoi.

Dworzec kolejowy w Tokio znajduje się niedaleko słynnej dzielnicy Ginza (dosł. srebrne siedzenie), więc to tę dzielnicę głównie dziś zwiedzałam. Jest to dzielnica biznesowa, gdzie pełno wysokich drapaczy chmur, białych kołnierzyków i domów handlowych dla ludzi bogatszych ode mnie.

Mają nawet Godzillę w Ginzie tylko jakaś mała ona…

Nie powiem, kilka sklepów odwiedziłam m.in. 7-piętrowy sklep z artykułami papierniczymi Itoya. Poza tym w końcu udało mi się dostać plastikową mydelniczkę na mydło (swojej zapomniałam z domu), a w poszukiwaniu której obeszłam wczoraj trzy drogerie w mojej dzielnicy (bezskutecznie). Poza tym w Ginzie (albo obok niej?) znajdują się ogrody cesarskie, do których wstęp jest darmowy. Znajdują się one na oddzielnej wyspie i wszystko byłoby pięknie, jest duży pas zieleni, drzewa itp., gdyby nie fakt, że przez środek tej wyspy biegnie duża droga samochodowa…

Droga w ogrodach cesarskich

Same ogrody cesarskie wyglądają ładnie i są przyjemnym miejscem na popołudniowy spacer, ale mi nie przypadło do gustu to, że połowa parku była wysypana drobnymi kamykami (jak na zdjęciu powyżej), a druga połowa równo przystrzyżoną trawą z równie idealnie przyciętymi drzewami. Sprawiało to wrażenie sztuczności.

Na terenie ogrodów cesarskich znajduje się też Pałac Cesarski, jednak teren wokół niego jest zamknięty i otwiera się tylko dwa razy do roku – na powitanie Nowego Roku 2 stycznia oraz z okazji urodzin cesarza 23 lutego. Z terenów parkowych dostępnych dla turystów widać jednak całkiem ładnie pałac cesarski i można mu zrobić kilka zdjęć.

Fosa wokół terenów pałacowych
selfik z pałacem
pomnik samuraja wiernego rodowi cesarskiemu w okresie Kamakura

Z ogrodów udałam się kawałek dalej do pobliskiego grobu Taira no Masakado, samuraja z okresu Heian, który w 940 roku zbuntował się przeciwko rządowi w Kioto. Niestety został zabity, a rządu nie udało mu się obalić. Jego grób i kapliczka są malutkie i sprawiają wrażenie wyrwanych z innego świata, gdyż znajdują się między samymi drapaczami chmur.

Jak więc widać, nie był to jakiś szalony dzień pełen wrażeń, ale taki przyjemny popołudniowy spacerek. Na sam koniec wrzucam jeszcze zdjęcia kilku przysmaków, które kupiłam w Asakusie, mojej lokalnej dzielnicy. Pierwsze to ryba z ciasta gofrowego wypełniona nadzieniem ze słodkiego ziemniaka (nie polecam), a drugie to dango, czyli coś à la nasze pyzy/kluski leniwe podawane na ciepło i na słodko z posypką z mączki kukurydzianej. To jak najbardziej polecam. Za rybkę zapłaciłam 200 jenów (7 zł mniej więcej), a za dango 330 jenów (około 11,50 zł)

Na jeden patyk nabijane są po 4 kuleczki, a jedna torebka zawiera 5 takich patyków, czyli łącznie 20 kuleczek

Wielka fala w Kanagawie i 47 rōninów z Akō

Dziś niezbyt wiele się działo. Moim jedynym planem było odwiedzenie muzeum Hokusaia, malarza drzeworytów ukiyo-e żyjącego na przełomie XVIII i XIX w. oraz autora słynnego drzeworytu z wielką falą. Zanim się tam udałam to przespacerowałam się po raz kolejny do świątyni Sensō, w której byłam pierwszego dnia. Jako, że wtedy było już późno i świątynia była zamknięta, to chciałam zobaczyć jak prezentuje się za dnia. Jak można się było spodziewać było pełno ludzi i turystów, ale dało się przeżyć. Udało mi się nawet załapać na poranną modlitwę mnichów i zobaczyć jak składają ofiary i się modlą, co było ciekawym doświadczeniem.

Świątynia Sensō to cały duży kompleks i poza głównym pawilonem na jego terenie znajduje się również kilka innych małych świątyń. Droga do jednej z nich wiedzie przez uroczy mostek, a gdy się przez niego wyjrzy w wodzie można zobaczyć całe mnóstwo karpiów koi. Można też zrobić sobie selfie i zastawić pół przejścia innym ludziom.

Moi kumple karpie

Po drodze do świątyni mijałam kilka zamkniętych sklepów, które na roletach miały namalowane gejsze i samurajów. Bardzo mi się to podobało i na pewno ładniej to wygląda niż zwykła szara i brudna roleta antywłamaniowa.

Ze świątyni Sensō udałam się na nogach jakieś 900 metrów do stacji metra, żeby pojechać do muzeum Hokusaia. Bilet na wystawę stałą i czasową razem kosztował 700 jenów po okazaniu legitymacji studenckiej. Budynek, choć znowu z zewnątrz wyglądał gigantycznie i miał cztery piętra, w środku posiadał zaskakująco małą przestrzeń muzealną. Obejrzenie wystawy stałej wraz z przeczytaniem wszystkich opisów zajęło mi może 40 minut.

muzeum Hokusaia z zewnątrz

Poza tym zawsze wyobrażałam sobie, że „Wielka fala z Kanagawy” będzie naprawdę wielka, ale jednak jest zwykłych rozmiarów, co nie powiem, lekko mnie rozczarowało.

Niby taka duża, a jednak jakaś mała…

W muzeum spędziłam łącznie około 2 godzin. Jak wspominałam wcześniej nie miałam już innych planów na ten dzień, ale na mapach google’a zobaczyłam, że niedaleko mnie znajduje się jeszcze muzeum Edo, stadion sumo i muzeum wielkiego trzęsienia ziemi z 1923 r. Postanowiłam najpierw udać się właśnie tam (tym bardziej, że wejście jest darmowe), a następnie zobaczyć stadion sumo. Muzeum znajduje się na terenie parku Yokoami, a oprócz niego stoi też miejsce pamięci poświęcone ofiarom trzęsienia i nalotów bombowych z II wojny światowej, dzwon pokoju i pomnik dzieci zmarłych w wyniku obu powyższych katastrof. Jako, że był środek dnia to po parku kręciło się tylko kilku zbłąkanych Japończyków, natomiast turystów nie było wcale.

miejsce pamięci ofiar
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Co nieco o trzęsieniu ziemi: oficjalna nazwa tego wydarzenia to „Wielkie trzęsienie ziemi w regionie Kantō”, ponieważ siła trzęsienia wyniosła 7,9 stopnia i spowodowała szkody w całym regionie Kantō. Miało ono miejsce w sobotę 1 września 1923 roku. W następstwie trzęsienia region nawiedziło tsunami, a w jednej prefekturze wystąpiły lawiny błotne. W wielu dzielnicach Tokio wybuchły niekontrolowane pożary, które doszczętnie zniszczyły miasto. Jeszcze tego samego dnia po trzesięniu władze wprowadziły stan wojenny, a w stolicy zaczęły się rozprzestrzeniać plotki, jakoby była to koreańska inwazja (Korea pozostawała wtedy pod okupacją Japonii). Te plotki spowodowały liczne zabójstwa Koreańczyków mieszkających w Tokio, ale także Chińczyków i Japończyków, którzy zostali błędnie wzięci za swoich sąsiadów. Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione wyżej następstwa trzęsienia, liczbę ofiar szacuje się na około 105 000 osób, według badań przeprowadzonych w 2004 roku.

Muzeum poświęcone temu wydarzeniu znajduje się właśnie na terenie parku Yokoami, ponieważ w tym miejscu miała jedna z największych katastrof spowodowanych trzęsieniem. Po ustaniu wstrząsów ludzie, wraz ze swoim dobytkiem, udali się na teren dzisiejszego parku, by tam się schronić. Niestety, przez park przeszła burza ogniowa, a ponieważ ewakuowani ludzie zastawili park bagażami, gdy wybuchł pożar nie mieli jak uciec. W parku zginęło wtedy około 38 000 osób. Ofiary zostały skremowane na miejscu, a ich prochy tworzyły stos o wysokości aż 3 metrów! Po drugiej wojnie światowej do muzeum dodano także część poświęconą ofiarom nalotów bombowych na Tokio w latach 1944-1945, w wyniku których zginęło 105 000 osób.

Widok z lotu ptaka na jedną z dzielnic Tokio po trzęsieniu

Wejście do muzeum jak już pisałam jest darmowe, ale oprócz mnie nikogo w nim nie było, a szkoda, bo można się dużo dowiedzieć na temat tych okropnych wydarzeń. NA wystawie znajduje się dużo eksponatów, które w jakiś sposób przetrwały trzęsienie czy nalot oraz archiwalne zdjęcie lub ich rekonstrukcje (część negatywów trzęsienia spłonęła w trakcie wojny). Zdjęcie powyżej, z ruinami miasta, bardzo silnie przywodzi mi na myśl Warszawę po powstaniu.

Co ciekawe, na wielu ze zdjęć, które widać powyżej dym został sztucznie domalowany przez ludzi, tak by dodać im dramatyzmu. Jest to dość osobliwe i ja na przykład nie wyobrażam sobie robienia czegoś takiego. Trzesięnie ziemi samo w sobie było już wystarczająco dramatyczne.

W parku znajdowało się też drzewo z kolorowymi papierkami zapisanymi życzeniami. Zostało to zrobione z okazji nadchodzącego święta Tanabata. Dosłownie święto gwiazd, Tanabata obchodzona jest 7 lipca w całym kraju. Legenda głosi, że dwie gwiazdy, Orihime i Hikoboshi zakochały się w sobie jednak zostały odseparowane od siebie i znalazły się na dwóch różnych końcach drogi mlecznej (po japońsku amanogawa, czyli dosłownie niebiańska rzeka). Nieszczęśliwi kochankowie mogą tylko raz w roku przekroczyć „rzekę” i spotkać się ze sobą, a ten dzień wypada właśnie 7 lipca. W tym dniu ludzie modlą się o dobrą pogodę, ponieważ jeśli będzie padać i poziom wody w „rzece” wzbierze, Orihime i Hikoboshi nie będą mogli się spotkać. Ludzie piszą też własne życzenia na kolorowych papierkach i zawieszają na bambusach. Jeśli w dniu święta gwiazd pogoda będzie dobra i kochankowie się spotkają to wszystkie życzenia zapisane na kartkach się spełnią. Mnie najbardziej podobało się to, że obok drzewa ustawione były stoliki, na których leżały kolorowe paski, sznureczki i pisaki i można było samemu napisać swoje życzenie, co też uczyniłam.

Gdy jadłam lunch w parku, przyleciał mi towarzyszyć taki mały wróbelek. Skakał radośnie wokół mnie i w ogóle się nie bał

Z parku udałam się w kierunku stadionu Sumo. Był on tak duży jak niektóre z naszych stadionów piłkarskich, a z zewnątrz przypominał trochę pagodę. Na same trybuny stadionu niestety nie można było wejść, ale na jego terenie znajdowało się muzeum sumo oraz sklepik z gadżetami, gdzie można było kupić między innymi takie magnesy, jak na zdjęciu poniżej.

stadion sumo z zewnątrz
Niestety, on nie jest prawdziwy 😦

Podobno obecnie Japończycy są bardzo nieszczęśliwi, gdyż najlepsi sumo pochodzą teraz z Mongolii i kilku innych krajów, a nie z Japonii.

Ze stadionu sumo poszłam na lunch do baru z zupami udon. Jadłam najprostszy udon, który jest jak nasz zwykły rosół, tylko bardziej rybny. Za miskę zapłaciłam 290 jenów (jakieś 10 zł), czyli typową cenę za takie danie. W menu dostępne były najprzeróżniejsze wersje udonów z różnymi rodzajami mięsa, na ciepło, na zimno i w trzech różnych rozmiarach, ale ja akurat nie miałam na nie ochoty. W barze za darmo można też było sobie nalać zimnej wody do szklanki.

Ostatnim miejscem, które dzisiaj odwiedziłam był mały park na terenie posiadłości, gdzie swojej zemsty dokonało słynnych 47 rōninów. W parku jest mała kapliczka im poświęcona oraz pomnik urzędnika, którego zabili, Yoshinaki Kiry.

W drodze powrotnej do hostelu kupiłam sobie żelki o smaku mango i o smaku brzoskiwini za zawrotne 168 jenów (5,79 zł), a na kolację onigiri z łososiem za 150 jenów (około 5 zł). Jutro do Japonii przyjeżdżają moje koleżanki (pozdrawiam Hania, Sabina), więc spotkam się z nimi na dworcu w Tokio, a potem będę zwiedzać Ginzę. Na sam koniec dorzucam jeszcze zdjęcia ulicy widzianej z kładki dla pieszych i moje „domowe” skrzyżowanie.

Ciągle pada, a ja chodzę

Dzisiaj tylko krótki wpis, bo nie za bardzo zwiedzałam, a pół dnia prawie zajęło mi załatwianie spraw urzędowych, tylko po to, żeby na koniec dowiedzieć się, że to i tak bezsensu. Na szczęście jak już przejechałam pół miasta to udało mi się zahaczyć o słynną dzielnicę Shibuya ze znanym skrzyżowaniem. Ciekawostką jest, że w Japonii przejścia dla pieszych prowadzone po przekątnej skrzyżowania są na porządku dziennym. Dla mnie trochę straszne jest, gdy ich używam i w pewnym momencie znajduję się na samym środku ulicy. Wracając do słynnego przejścia w Shibuyi, to w szczytowych momentach naraz znajduje się na nim nawet 3000 osób! Dzisiaj jednak padał deszcz, więc ludzi było niewiele, a poza tym była dość wczesna godzina.

Skrzyżowanie w Shibuyi

Fotkę zrobiłam z pobliskiego Starbucksa, który oprócz tego, że jest piętrowy to jeszcze ma okna wyglądające na skrzyżowanie i dzięki temu przyciąga turystów z całego świata, którzy tak jak ja są chętni na zrobienie zdjęcia (i przy okazji napicie się kawy).

Oprócz tego w Shibuyi znajduje się pomnik słynnego na cały świat psa Hachiko. Ten wierny piesek po japońsku nazywany dosłownie „wierny pies Hachiko” (忠犬ハチ公) jest równie oblegany przez turystów jak skrzyżowanie i ciężko zrobić mu zdjęcie tak, żeby głowa jakiegoś człowieka akurat nie wchodziła nam w kadr.

Jak wiadomo, piesek zasłynął z tego, że codziennie przychodził na stację po swojego właściciela, gdy ten wracał z pracy. Kiedy pewnego dnia jego właściciel nieoczekiwanie zmarł na zawał w biurze pies tego nie zrozumiał i potem codziennie aż do swojej śmierci przychodził na stację czekać na właściciela. Jego wierność jest tak niezwykła, że stał się jej symbolem i teraz w wielu sklepach można znaleźć figurki psów shiba-inu, które symoblizują wierność.

Shibuya

W Shibuyi odwiedziłam też sklep Tōkyū hanzu, czyli ogromny kilkupiętrowy sklep ze wszystkim. Mnie najbardziej interesował dział papierniczy, który zajmował całe jedno piętro, ale są też działy z ubraniami, podróżne, budowlane, ze sprzętami domowymi itp. W sklepie kupiłam coś co u nas w Polsce nie jest dostępne (a szkoda), ale co mnie jako namiętnej czytelniczce jest bardzo potrzebne, a mianowicie materiałową okładkę na książkę. Do tej pory zwykle obkładałam książki starymi gazetami, żeby się nie niszczyły, ale teraz będę mieć ładną ochronę, tak jak wszyscy Japończycy (w metrze ludzie czytają książki tylko w okładkach). Okładki były dostępne we wszystkich możliwych rozmiarach, kolorach, wzorach oraz cenach, ale ja wybrałam zwykłą granatową, i chyba w dość uniwersalnym rozmiarze, okładkę hiszpańskiej firmy casquadé, która kosztowała około 900 jenów (w dzisiejszym kursie 31 zł).

Jako, że dzisiaj poniedziałek i tradycyjnie większość muzeów była zamknięta nie miałam zbyt wielkich planów i postanowiłam z Shibuyi udać się do sklepu firmowego studia Ghibli, japońskiego studia filmów animowanych, które wyprodukowało takie filmy jak „Mój sąsiad Totoro” czy „Księżniczka Mononoke”. Przy okazji poszwendałam się jeszcze po centrum handlowym Tokyo Skytower, gdzie na niższych piętrach jest pełno sklepów (pod turystów i nie tylko), na jednym z wyższych znajduje się muzeum znaczków pocztowych, na innym oceanarium, a na samym szczycie taras widokowy (wjazd płatny). Koło 17, jako, że byłam dość zmęczona wróciłam do hostelu i na kolację kupiłam sobie małe onigiri z kurczakiem, dostępne w każdym supermarkecie, tak jak u nas kanapki. Zapłaciłam za nie tak jak za kanapkę w Polsce, czyli około 4 zł (125 jenów).

W czasie deszczu dzieci się nudzą…

Godzina 20:32 spożywam pożywny rosołek knorra z torebki przywieziony z Polski i zastanawiam się co będę robić jutro. Nie mam konkretnego planu na ten pobyt, jedynie listę miejsc, które chcę zobaczyć. Część z nich to świątynie buddyjskie i to o nich w znacznej mierze będzie ten wpis. Ale po kolei.

Po napisaniu poprzedniego wpisu, szybko zebrałam swoje rzeczy i opuściłam hostel, ponieważ przyjechał mnie odwiedzić kolejny znajomy, Yuma. Po krótkich poszukiwaniach siebie nawzajem na stacji metra, ruszyliśmy do tokijskiego Muzeum Narodowego, jako że w Japonii jest obecnie pora deszczowa i dziś był bardzo deszczowy dzień. Za bilet do muzeum zapłaciłam 410 jenów (jakieś 15 zł), dzięki karcie ISIC i zniżce studenckiej, a właściwie to Yuma był tak miły i postawił mi ten bilet.

Fontanna w parku Ueno przed wejściem do muzeum

Po przejściu przez bramkę kontrolną oczom biednego turysty ukazują się trzy wielkie pawilony i nie wiadomo za bardzo dokąd iść. Dodam jeszcze, że samo muzeum znajduje się na terenie ogromnego parku Ueno, gdzie oprócz Muzeum Narodowego jest także Galeria Narodowa, tokijskie zoo, kapliczka poświęcona rodowi Tokugawa i kilka innych rzeczy. Przewodnik polecał Honkan, Tōyōkan i Heiseikan, przy czym te dwa ostatnie były w jednym budynku, więc do nich udaliśmy się najpierw.

Pawilon Tōyōkan

Muszę niestety przyznać, że pomimo ogromnych rozmiarów z zewnątrz, w środku wystawione jest zaskakująco mało eksponatów. Nie wiem czy to kwestia tego, że muzeum nie lubi się chwalić swoimi zbiorami czy może po prostu ma ich mało, fakt jednak, że jak na tak wielkie budynki spodziewałam się czegoś więcej, a w sumie spędziliśmy tu tylko 2 godziny. I to oglądając wszystko co było na stałych ekspozycjach.

Pawilon Honkan

Po zwiedzeniu Muzeum Narodowego trochę zgłodnieliśmy, więc poszliśmy poszukać czegoś do jedzenia, jednak idąc zauważyłam świątynię Tōshōgū, więc naturalnie udaliśmy się w jej kierunku. Jest to świątynia pochodząca z okresu Edo (XVII-XIXw.), która została odnowiona przez jednego z potomków szoguna Tokugawy Ieyasu i właśnie jemu jest poświęcona.

główny pawilon świątyni Tōshōgū

Wejście do środka świątyni było płatne, więc się nie skusiłam, ale po drodze do świątyni stał mały pawilonik, gdzie ktoś akurat grał na shamisenie (japońska wersja lutni) i uroczo zawodził. Przed świątynią było też tradycyjnie miejsce na zawieszenie ema czyli tabliczki z intencją modlitewną. Kupić je można w przyświątynnym sklepiku, a następnie trzeba je samodzielnie wypisać i zawiesić. Każda świątynia ma emę z innym wzorkiem, więc jeśli jakiś bardzo nam się spodoba to możemy po prostu kupić czystą emę i zabrać na pamiątkę 😉 Co ciekawe w tej świątyni była nawet jedna ema wypisana po polsku.

Emy

Następnie przespacerowaliśmy się na Ameyoko czyli uliczkę targową. Najwięcej było tam stoisk z rybami, więc i zapach był odpowiedni. W trakcie spaceru zaczął też padać dość mocny deszcz, ale ja miałam kurtkę, a Yuma parasol. Mimo wszystko postanowiliśmy uciec do metra i przejechać się do kolejnej świątyni, Nezu.

Ulica Ameyoko

Metrem przetransportowaliśmy się w okolice świątyni, co zajęło nam około 10 minut. Deszcz wciąż padał, choć lżej, niestety jednak Japonia ma to do siebie, że wilgotność wynosi prawie 100% i było okropnie duszno i parno w takiej pogodzie. Świątynia Nezu jest jedną z najstarszych i słynie z korytarza czerwonych bram torii. Obok wejścia do świątyni stał mały stolik gdzie wystawione były karteczki w formie ludzików. Yuma wytłumaczył mi, że na tych karteczkach zapisuje się swoje imię i wiek (tak, musiałam je napisać katakaną), a następnie trzy razy na nie dmucha i trzyma chwilę przy sercu, po czym wkłada do małej koperty i oddaje panu w świątyni. Ma to służyć oczyszczeniu serca, umysłu i cała ze złych emocji. Po wykonaniu tego rytuału, zanim weszłam do świątyni przeszliśmy jeszcze przez wielkie plecione koło wykonując ruch jakbyśmy zawiązywali supełek, ale zapomniałam zapytać po co to robiliśmy.

świątynia Nezu

Po odmówieniu modlitwy do bogów udaliśmy się do bram. Dodam też, że na terenie świątyni i kapliczkach tam obecnych były figurki lisów ubrane w czerwone ubranka. Niestety, mój przewodnik dnia nie pamiętał dlaczego noszą te ubranka.

Ze świątyni Nezu udaliśmy się do kolejnego kompleksu świątynnego, Meiji, czyli największego i najsłynniejszego tokijskiego kompleksu. Znajduje się on w środku zalesionego terenu obok parku Yoyogi (skądinąd znanego niektórym w Polsce, za sprawą książki Joanny Bator „Rekin w parku Yoyogi”). Znów jechaliśmy metrem, ale gdy z niego wyszliśmy to zaczęło bardzo mocno padać.

widok ze stacji na łowisko ryb

Idąc do świątyni czułam się trochę dziwnie, ponieważ drzewa porastające teren kompleksu są bardzo wysokie i momentami było dość ciemno. Na dodatek, wisiały ostrzeżenia „Uwaga kruki” co przywodziło mi na myśl sceny z horrorów. Ciekawą rzeczą, kóra tam widziałam była ściana z beczkami sake, choć nie mam pojęcia co tam robiła.

Beczki z sake

Niestety do świątyni Meiji nie dało się wejść, ale dwa razy dziennie, o 8 i 14, można zobaczyć rytualne składanie ofiar z jedzenia i modlitw. My byliśmy tam koło 17, więc się nie załapaliśmy, ale czytałam też, że jest wtedy zawsze dużo ludzi.

Na sam koniec dnia, udaliśmy się na ulicę Takeshita, gdzie jest pełno sklepów z ciuchami, budek z jedzeniem i ogólnie mnóstwo ludzi. Fajnie było popatrzeć na różne przekąski i kosmetyki, ale było tam za dużo ludzi i grała głośna muzyka. Poza tym, po całym dniu chodzenia bolały mnie już stopy i byłam zwyczajnie zmęczona.

Po tym window-shoppingu pojechałam z Yumą na stację kolejową Tokio (taki dworzec centralny, ale odpowiednio większy), ponieważ Yuma przyjechał specjalnie z Shizuoki, żeby się ze mną zobaczyć. Miał wracać autobusem, jednak okazało się, że autobus został anulowany, przez co musiał kupić bilet na shinkansena, czyli super szybką kolej japońską, która jest szybsza, ale i dużo droższa. Z tego powodu było mi trochę przykro.

Podsumowując – przeszłam dzisiaj 22 222 kroki, czyli łącznie jakieś 12,7 km. Stopy mi odpadają lekko, ale jestem bardzo zadowolona z dzisiejszego dnia i czekam na kolejny 🙂

Welcome to Japan!

Dzień dobry wszystkim! Jest 30 czerwca godzina 9 rano czasu japońskiego, a ja postanowiłam spisać kilka wrażeń z podróży do Japonii i mojego pierwszego dnia w Tokio.

Zacznijmy od samej podróży – leciałam Aeroflotem przez Moskwę i poza tym, że w obu przypadkach było opoźnienie i korki na pasie startowym to muszę bardzo pochwalić te linie. W samolocie do Moskwy, gdzie lot trwał niecałe 2 godziny, dostałam ciepły napój oraz mini zestaw lunchowy (kanapka, jabłko, ciasteczko), a w samolocie do Tokio w cenie biletu była kolacja na ciepło i śniadanie, a napoje podawane były aż 4 razy! W porównaniu z tanimi liniami lotniczymi, którymi do tej pory latałam było to coś niezwykłego i zastanawiałam się czy na pewno to wszystko jest za darmo, dla takiego zwykłego neptka jak ja. W Moskwie miałam 3 godziny na przesiadkę, więc mimo opóźnienia nie musiałam biec na gwałt przez lotnisko do następnej bramki, ale też odlatywałam z tego samego terminalu i kontrola na transferze przebiegła sprawnie.

Do Tokio doleciałam z około półgodzinnym opóźnieniem, koło 11 rano lokalnego czasu (polska 4 rano mniej więcej) ale to nic, bo i tak nigdzie mi się nie spieszyło. Tam zestresowana nadchodzącą kontrolą poszłam odwiedzić toaletę, która tak jak wszyscy piszą w internecie miała opcja puszczenia muzyki i podmycia dupki (nie, nie korzystałam). Potem ustawiłam się w kolejce do kontroli i w momencie gdy już pobrano mi odciski palców i zrobiono zdjęcie (normalna procedura wjazdowa, obowiązująca każdego turystę przylatuącego do Japonii) okazało się, że powinnam była stanąć w innej kolejce, ponieważ nie przylatuję na wizie turystycznej, tylko na wizie typu Zwiedzaj i pracuj. Zostałam więc grzecznie poproszona o pójście do innego okienka, gdzie miły pan poprzybijał różne pięczątki w moim paszporcie i wydał mi kartę pobytu ważną rok. Warto wiedzieć, że w przypadku wizy typu Zwiedzaj i pracuj muszę rejestrować swój pobyt w Urzędzie imigracyjnym, za każdym razem gdy zmieniam adres zamieszkania na dłużej niż 14. Dlatego jutro z samego rana wybieram się do tokijskiego urzędu zarejestrować swój pobyt oraz wykupić Narodowe ubezpieczenie zdrowotne (kolejny przywilej posiadaczy wizy Zwiedzaj i pracuj). Aha, jeszcze co ważne – już na pokładzie samolotu otrzymałam dwie kartki, deklarację celną i inbound declaration dla obcokrajowców, które musiałam potem zdać w trakcie kontroli.

Plakat na lotnisku witający przybywających przygotowany już na nadchodzące igrzyska olimpijskie

Po przejściu wszystkich kontroli i odebraniu bagażu przemierzyłam całe lotnisko w poszukiwaniu mojej karty SIM, którą zamawiałam wcześniej ze strony sakuramobile.jp. W ramach oferty, mam 10GB internetu na cały pobyt. Za tę przyjemność zapłaciłam 11 500 jenów, czyli jakieś 400 zł, ale wolałam mieć pewność, że będę mieć internet przez cały czas trwania podróży. Następnie na spokojnie zamontowałam kartę i udałam się w poszukiwaniu biletu na pociąg do Tokio. Dygresja: Lotnisko Narita, jest mniej więcej w takiej odległości od Tokio jak nasz Modlin od Warszawy, tylko rozmiarowo jakoś 50 razy większy niż Modlin 😉 Gdy znalazłam kasę przyszło mi pierwszy raz posłużyć się japońskim i z powodzeniem zakupiłam bilet na pociąg, który jechał na stację Asakusa, 7 minut piechotą od mojego hostelu. Ważna informacja dla planujących podróż: na lotnisku za bilety można zapłacić tylko gotówką, więc nawet jeśli planujecie większość płatności kartą to warto mieć na te pierwsze kilka chwil/dni gotówkę przy sobie, bo w Japonii nie wszędzie da się płacić kartami. Zwykle wejścia do atrakcji są płatne tylko gotówką i w restauracjach jest podobnie. Ok, wracamy do podróży. Uzbrojona w bilet, udałam się do podziemi i zakupiłam jeszcze kartę Suica, która umożliwia mi używanie komunikacji publicznej w Tokio, ale mogę też nią płacić w kombini czyli naszych marketach. Jest to karta typu prepaid, którą doładowujemy określoną kwotą pieniędzy, a następnie odbijamy przy wejściu i wyjściu ze stacji mettra/pociągu/autobusu, a bramka ściąga należność za przejazd. Jest to system podobny do tego, który działa w Holandii czy Dublinie.

Mając Suicę i bilet na pociąg dotarłam na peron i wsiadłam w mój pociąg i tutaj muszę przyznać, że srodze się zawiodłam, gdyż mój pociąg odjechał z dwuminutowym opóźnieniem!!! Gdzie ta japońska punktualność, o której tyle słyszałam?! Ze stacji Asakusa udałam się do hostelu i nagle uświadomiłam sobie, że jestem w bardzo turystycznej dzielnicy, gdzie było bardzo tłoczno i głośno. Na szczęście w hostelu nie słychać żadnych hałasów z ulicy, a sam hostel znajduje się niedaleko świątyni Sensō-ji, słynnego kompleksu w tej dzielnicy.

Co nieco o noclegu: mieszkam w hostelu w 8-osobowym pokoju wyłącznie dla kobiet, gdzie w cenie noclegu mam także śniadania, a herbata jest dostępna za darmo przez całą dobę. Za 7 nocy zapłaciłam 13 500 jenów, czyli jakieś 450 zł. Myślę, że to niezła cena jak na hostel w Tokio i to jeszcze śniadaniami. Moje współlokatorki to same Japonki i z jedną nawet trochę rozmawiałam, ale w hostelu widziałam też obcokrajowców z Europy.

Po szybkiej przebiórce i ogarnięciu, wyszłam z powrotem na miasto spotkać się z moim kolegą Keitą. Keita okazał się nieocenionym pomocnikiem i razem spędziliśmy cały dzień (cały, czyli od jakiejś 15). Najpierw pojechaliśmy do dzielnicy elektroniki w Tokio, Akihabary, zaopatrzyć mnie w odpowiednie przejściówki do kontaktów. Bardzo się cieszę, że Keita był ze mną, ponieważ weszliśmy do wielkiego 7-piętrowego sklepu z elektroniką i gdyby nie on, to nigdy chyba bym nie znalazła tych przejściówek. Zapłaciłam za 2, bo w Polsce okazało się, że używamy dwóch różnych bolców (jedyna różnica w tym, że jeden ma 4mm grubości, a drugi 4,8mm) zapłaciłam 908 jenów (dziękuję Sabina, za zwrócenie uwagi), czyli bardzo tanio jak na Japonię. Stamtąd pojechaliśmy od Shinjuku, do ulubionej restauracji Keity, gdzie podają ramen.

Po tej obiadokolacji udaliśmy do centrum pokemonów w Ikebukuro.

Gdy skończyliśmy było już koło 20, ale pojechaliśmy jeszcze w jedno miejsce czyli do świątyni Sensō-ji, ponieważ wieczorami jest ona podświetlana. Dzięki temu, że trochę padało to ludzi było mało i mogłam zrobić ładne zdjęcia świątyni:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W świątyni zapłaciłam 100 jenów za wróżbę, według której moja podróż będzie bardzo udana, i która ogólnie przepowiedziała mi szczęście, więc to chyba dobry znak na rozpoczęcie podróży. Potem pożegnałam się z Keitą i wróciłam do hostelu.

Bardzo się cieszę, że Keita był ze mną tego pierwszego dnia, bo dzięki niemu nie pogubiłam się i czułam się trochę mniej zagubiona w tym wielkim mieście. Dzisiaj planuję zwiedzić Muzeum Narodowe w Tokio, bo jest pora deszczowa i trochę niezbyt dobra pogoda na spacery. Na sam koniec wrzucam zdjęcie miasta nocą i do zobaczenia następnym razem!

Gdzieś w Shinjuku