Zacznę od tego, że jutro jest mój ostatni dzień w Tokio, dlatego ostatnie kilka miejsc w mieście zostawiłam sobie na jutro, a dzisiaj pojechałam do Odawary. Odawara to małe miasteczko (około 200 tysięcy mieszkańców), które słynie z tego, że jest tu zamek i wyrabia się w niej kamaboko i umeboshi. To pierwsze to rodzaj przetworzonej pasty rybnej/surimi, które jest bardzo popularne w Japonii i np. cienkie plasterki kamaboko dodaje się czesto do ramenu. To drugie to rodzaj marynowanej na słono japońskiej śliwki, która w sumie bardziej przypomina morelę. Poza tymi trzema rzeczami jest jeszcze plaża i to by chyba było na tyle, jeśli chodzi o turystyczne atrakcje.


Niestety ani jednego, ani drugiego nie próbowałam z tego względu, że na słynnej wg internetu uliczce gdzie znajdują się knajpy z kamaboko, była tylka jedna restauracja, która wyglądała bardzo niezachęcająco. A umeboshi często dodawane jest do ryżu w zestawach sushi (to akurat raz spróbowałam w Polsce i muszę przyznać, że smakiem mnie nie powaliło).



Samo miasteczko też jakoś bardzo nie zachwyca. Mnie zdawało się trochę opuszczone i wymierające, ale może to kwestia tego, że nie chodziłam po centrum tylko po bocznych uliczkach. Może dlatego, że nie ma w nim zbyt wielu atrakcji, a ludzie raczej tylko przesiadają się w nim na autobus do Hakone, pobliskiej miejscowości, z której w pogodne dni widać górę Fuji, i która słynie z onsenów, czyli gorących źródeł.


Do Hakone nie pojechałam, bo było to już trochę za daleko i drogo. Za samą podróż do Odawary w jedną stronę, zwykłymi, podmiejskimi pociągami zapłaciłam 1490 jenów, czyli 50 zł. Co więcej, trwało to około półtorej godziny. Gdybym miała JR Pass, czyli specjalny bilet umożliwiający podróż szybką koleją po całej Japonii „za darmo” (dałam cudzysłów, bo przyjemność zakupu takiego Passa na 14 dni to około 1600 zł) to zapewne wybrałabym się i do Hakone, ale tak to ograniczyłam się jedynie do Odawary.


Z dworca poszłam prosto do zamku, który znajduje się na wzniesieniu jakieś 800 metrów od stacji. Zamek Odawara to najbliżej znajdujący się Tokio zamek, więc jeśli ktoś planuje zwiedzać tylko Tokio i koniecznie chce zobaczyć japoński zamek z okresu średniowiecza to może wybrać się do Odawary. Zamek został wybudowany przez klan Hōjō, swego czasu (czyli w jakimś XIV w.) wielkich możnowładców w tym regionie. Podobno wieża, a to wieża jest tym ładnym widoczkiem, została dobudowana dopiero jakieś 200 lat później w XVI w. i na dodatek nie przetrwała próby czasu i ciężkich japońskich warunków, gdyż zawaliła się kilkutronie w wyniku różnych trzęsień ziemi. Mieszkańcom jednak tak się podobała, że zebrali pieniądze na jej odnowienie i dziś znów możemy ją podziwiać, taką jak była kiedyś.


Kiedyś zamek otaczała też fosa, jednak dzisiaj już jej nie ma, a w jej miejsce posadzono jakieś roślinki. Poza tym na wzniesieniu posadzono mnóstwo hortensji, co daje piękne widoki.



Jedna rzecz, która mnie zniesmaczyła – na terenie takiego a la dziedzińca zamkowego stała okrągła klatka z małpami. Małp było około 10 i widać było wyraźnie, że przestrzeń im zaoferowana była za mała. Biedne biegały w kółku i wyglądały na bardzo nieszczęśliwie. Nie wiem dlaczego ktoś zdecydował się je tam umieścić, ale ja bym je zabrała albo chociaż powiększyła klatkę.

Sam zamek można zwiedzić od środka za drobną opłatą. W cenie 500 jenów można zwiedzić tylko zamek, gdzie jest opisana jego historia, a dopłacając jeszcze 100 jenów można wejść też do jednej z bram, gdzie wystawiona jest kolekcja zbroi samurajskich z okresu sengoku. Wybrałam tę drugą opcję i nie żałowałam. Przeszkadzało mi tylko, że opisy w środku zamku były jedynie po japońsku, a po angielsku tablic informacyjnych jak na lekarstwo. Niestety, gdybym chciała czytać te informacje w oryginale mogłabym stać godzinę przy każdej tabliczce, a muzeum zajmowało 4 piętra. Dlatego też, odpuściłam sobie i tylko chodziłam i patrzyłam. Na moje szczęście część podanych informacji dotyczyła dziejów historycznych, które omawialiśmy na zajęciach z historii Japonii, więc mniej więcej wiedziałam o co chodzi. Zamek ma też ten plus, że na samej górze znajduje się taras widokowy z całkiem ładną panoramą na miasto i morze. Jeśli chodzi natomiast o turystów, to byli to głównie Japończycy, z wyjątkiem takich niedobitków jak ja.



Z zamku poszłam do pobliskiej świątyni. Bardzo mnie urzekła, bo była ukryta w takim małym lasku i bardzo ładnie komponowała się z otoczeniem. A poza tym nie było w niej prawie w ogóle ludzi.




Ze świątyni udałam się w stronę morza. Skoro już byłam w nadmorskim miasteczku, to nie mogłam nie przespacerować się na plażę. Niestety, tamtejsza plaża nie umywa się do polskiej, jest kamienista, a raczej wysypana takim nieprzyjemnym żwirkiem. Jedyny plus to to, że woda wydawała mi się o wiele cieplejsza niż w Bałtyku. Przy okazji plaż – powszechnie wiadomo, że Japonia położona jest na styku płyt tektonicznych i ich ruchy często powodują trzęsienia ziemi, a co za tym idzie tsunami. Jako, że miast jest portowe, wszędzie znajdowały się różne ostrzeżenia o tym co robić w razie tsunami, jak wysoko nad poziomem morza jest dana ulica i różne mapy ewakuacyjne, pokazujące gdzie ludzie powinni się udać w razie gdyby przyszła wielka fala.





To by było na tyle jeśli chodzi o dziś. Wieczorem jeszcze się spakowałam, a jutro o 23 wyruszam do Kanazawy, miasta które uniknęło bombardowań w trakcie drugiej wojny światowej i dzięki temu zachowała się tam do dzisiaj stara architektura. Już nie mogę się doczekać!






















































































































