Wczoraj planowałam na dziś wycieczkę do Kamakury i wielkiego Buddy. Rano jednak tak lało, że poważnie zastanawiałam się czy jechać, czy może jednak sobie odpuścić. W pewnym momencie jednak przestało padać i stwierdziłam, że nie ma co się lenić trza jechać. Wsiadłam więc w pociąg linii Yokosuka w kierunku Zushi i udałam się do Kamakury. Jazda zajęła około godziny (wystarczająco, żebym zdążyła rozwiązać kilka krzyżówek i przesłuchać całą płytę) i do Kamakury przyjechałam około 10:30. Mój plan podróży skopiowałam w większym stopniu z poniższej stronki: https://trulytokyo.com/kamakura-day-trip-itinerary/ (jakby ktoś się wybierał to bardzo polecam).

Ze stacji udałam się więc na drugie śniadanie do pobliskiej kawiarni specjalizującej się w produktach z czekoladą. Po małym co nieco poszłam dalej w kierunku świątyni Tsurugaoka Hachimangū. Jest to najważniejszy kompleks świątynny w mieście. Świątynia poświęcona bogu wojowników, Hachimanowi znajduje się w tym miejscu od 1180 roku. Z jej powodu także w Kamakurze budynki są dość niskie i nie ma żadnych wieżowców – przepisy zabraniają budowania czegokolwiek wyższego od tej świątyni (podobnie jak z Pałacem Zimowym w Petersburgu).

Z dworca dość łatwo trafić do świątyni zwłaszcza jeśli podąża się za wskazówkami napisanymi na cytowanej przeze mnie świątyni. Po krótkim spacerku uliczką ze sklepami różnej maści trafiłam na bramę tori sygnalizującą główne wejście do świątyni. Bardzo podobał mi się ten deptak biegnący przez środek drogi, podczas gdy po obu moich stronach radośnie śmigały samochody.

Szłam tak 800 metrów aż doszłam do kolejnej bramy Tori tuż przed kompleksem. Co ważne, wejście na teren kompleksu jest darmowe. Niestety, znowu zaczęło powoli padać, musiałam więc opancerzyć się kurtką i schować aparat by nie zamókł zanim ruszyłam zwiedzać dalej. Cały kompleks jest bardzo duży i można spokojnie po nim pochodzić zwiedzając różne pomniejsze kapliczki, podziwiają karpie w stawie czy po prostu cieszyć się względnym spokojem. Jako, że pogoda nie dopisywała turystów nie było aż tak dużo, co bardzo mi pasowało, bo mogłam bez przepychania się i blokowania drogi innym robić zdjęcia, kiedy coś mi się podobało. Zdziwiła mnie tylko obecność super nowoczesnego muzeum poświęconego świątyni na terenie kompleksu, bo architektonicznie bardzo się to gryzło.









Z kompleksu udałam się w kierunku grobu Minamoto Yoritomo, samuraja, który prowadził wojnę z klanem Tairów, i który ustanowił mniej więcej w 1184 r. stolicę w Kamakurze. Zapoczątkował tym samym nowy okres w historii Japonii – okres Kamakura. Do jego grobu szłam tylko ja i jeden starszy pan Japończyk, a żeby się do niego dostać trzeba było pokonać dość strome schody. Obok zwykłej małej kapliczki było puste pole i tablica informująca o tym, że kiedyś w tym miejscu stało mauzoleum poświęcone Yoritomo, jednak zapadło się ono i nie zostało już odbudowane. Trochę szkoda, bo jestem ciekawa jak wyglądało.




W ogóle Kamakura to bardzo ładne miasteczko. Na każdym kroku jest jakaś stara świątynia, uliczki są wąskie, a dużo domów jest bardzo starych co widać po architekturze. Czułam się tam trochę jakbym przeniosła się w czasie.




Przeglądając mapę w poszukiwaniu następnego miejsca, które chciałabym zobaczyć w Kamakurze zobaczyłam, że niedaleko mnie, trochę poza centrum znajduje się jaskinia, w której harakiri popełnił ostatni szogun okresu Kamakura, Hōjō Takatoki. Postanowiłam więc zobaczyć ją na własne oczy. Jaskinia znajdowała się na szlaku turystycznym, ale nic sobie z tego nie robiłam, bo myślałam, że przecież na pewno jest blisko początku. Rzeczywiście była, ale była tak płytka i niczym się niewyróżniająca, że pomyślałam, że to tylko jakaś leśna kapliczka i niczym niewzruszona ruszyłam dalej szlakiem w poszukiwaniu Jaskini przez duże J. No i zonk, bo okazało się, że to tamta była właściwa, a ja nagle znalazłam się na (na szczęście) dość krótkim szlaku turystycznym, który wiódł przez las wzdłuż granic miasta. Zorientowałam się dopiero po jakichś 20-30 minutach spaceru, więc nie było sensu już wracać i szłam dalej. Na szczęście szlak był krótki, ale jednak dość błotnisty, a że jeszcze od rana padało to momentami było ślisko. Udało mi się jednak bezpiecznie przejść go całego i wyjść na tyłach urokliwej opuszczonej świątyni.




W sumie zajęło mi to chyba trochę ponad godzinę. Stamtąd wyszłam na główną ulicę i ruszyłam na drugą stronę miasta, w kierunku świątyni Hasedera, poświęconej buddyjskiej bogini Benzaiten, bogini urody, szczęścia i muzyki. Pech chciał, że to było jakieś 2,5 km i gdy tak szłam to zaczęło coraz mocniej padać, aż w pewnym momencie byłam już cała mokra od deszczu i potu (wciąż przecież było prawie 30 stopni i wilgtność 96%) i miałam przemoczone i ubłocone buty. Wtedy z nieba spadła mi mała knajpka włoska, gdzie było dosłownie 6 miejsc dla klientów i stary pan Japończyk, który ją prowadził. Zadziwił mnie widok tej knajpki i przystanęłam na chwilę, żeby popatrzeć. Pan skorzystał wtedy z okazji, by zaprosić mnie do środka, a że byłam przemoczona, trochę głodna i zmęczona to stwierdziłam, że czemu nie. W środku nonstop grała włoska muzyka z lat 50 bodajże, a ja zjadłam pyszną pizzę, wypiłam ciepłą herbatę i trochę się osuszyłam.

Gdy trochę przestało padać, a ja byłam już suchsza i miałam pełny brzuch wyszłam z powrotem na ulice. Tym razem udało mi się dotrzeć do świątyni Hasedera. Za wejście zapłaciłam 400 jenów, ale była to pierwsza świątynia, w której mogłam zrobić to kartą (w większości miejsc turystycznych jednak wciąż można płacić tylko gotówką). Kompleks świątynny Hasedera jest mniejszy niż Tsurugaoka, ale równie piękny. Na jego terenie znajduje się całe mnóstwo figurek Benzaiten, jest nawet jaskinia z figurkami i cała ich ściana!











Na sam koniec udałam się do miejsca, dla którego w ogóle przyjechałam do Kamakury, czyli do pomnika wielkiego Buddy. Posąg mierzy 15 metrów i jeszcze do niedawna był to drugi największy Budda w Japonii, zaraz po tym, który znajduje się w Narze. Został wykonany w 1252 r. z brązu i waży 103 tony. Za przyjemność zobaczenia go trzeba zapłacić 200 jenów i tu już niestety akceptują tylko gotówkę. Tam było już trochę ludzi, ale myślę, że w słoneczne dni jest ich jeszcze więcej.




Poza posągiem jest jeszcze świątynia, ale wiadomo, że to on jest największą atrakcją. Po jego zobaczeniu wróciłam na stację i wsiadłam z powrotem w pociąg do Tokio. Podmiejskie pociągi w Japonii (Kamakura znajduje się około 50 km od Tokio) nie są takie jak mazowieckie KMKi, ale w środku wyglądają jak warszawskie wagony metra, co jeśli się podróżuje dłuższą chwilę może być trochę niewygodne. Na sam koniec wrzucam fotkę automatu z napojami. W Japonii stoją one dosłownie na każdym rogu, nawet na terenach świątyń i można kupić w nich różne napoje, jednak znów, tylko za gotówkę.

A o co właściwie chodzi z tymi ścianami sake?
PolubieniePolubienie
Nie mam pojęcia szczerze mówiąc
PolubieniePolubione przez 1 osoba
A mogłabyś się zapytać jakiegoś Pana Przewodnika, ciekawość mnie zżera?!
PolubieniePolubienie