Godzina 20:32 spożywam pożywny rosołek knorra z torebki przywieziony z Polski i zastanawiam się co będę robić jutro. Nie mam konkretnego planu na ten pobyt, jedynie listę miejsc, które chcę zobaczyć. Część z nich to świątynie buddyjskie i to o nich w znacznej mierze będzie ten wpis. Ale po kolei.
Po napisaniu poprzedniego wpisu, szybko zebrałam swoje rzeczy i opuściłam hostel, ponieważ przyjechał mnie odwiedzić kolejny znajomy, Yuma. Po krótkich poszukiwaniach siebie nawzajem na stacji metra, ruszyliśmy do tokijskiego Muzeum Narodowego, jako że w Japonii jest obecnie pora deszczowa i dziś był bardzo deszczowy dzień. Za bilet do muzeum zapłaciłam 410 jenów (jakieś 15 zł), dzięki karcie ISIC i zniżce studenckiej, a właściwie to Yuma był tak miły i postawił mi ten bilet.

Po przejściu przez bramkę kontrolną oczom biednego turysty ukazują się trzy wielkie pawilony i nie wiadomo za bardzo dokąd iść. Dodam jeszcze, że samo muzeum znajduje się na terenie ogromnego parku Ueno, gdzie oprócz Muzeum Narodowego jest także Galeria Narodowa, tokijskie zoo, kapliczka poświęcona rodowi Tokugawa i kilka innych rzeczy. Przewodnik polecał Honkan, Tōyōkan i Heiseikan, przy czym te dwa ostatnie były w jednym budynku, więc do nich udaliśmy się najpierw.

Muszę niestety przyznać, że pomimo ogromnych rozmiarów z zewnątrz, w środku wystawione jest zaskakująco mało eksponatów. Nie wiem czy to kwestia tego, że muzeum nie lubi się chwalić swoimi zbiorami czy może po prostu ma ich mało, fakt jednak, że jak na tak wielkie budynki spodziewałam się czegoś więcej, a w sumie spędziliśmy tu tylko 2 godziny. I to oglądając wszystko co było na stałych ekspozycjach.

Po zwiedzeniu Muzeum Narodowego trochę zgłodnieliśmy, więc poszliśmy poszukać czegoś do jedzenia, jednak idąc zauważyłam świątynię Tōshōgū, więc naturalnie udaliśmy się w jej kierunku. Jest to świątynia pochodząca z okresu Edo (XVII-XIXw.), która została odnowiona przez jednego z potomków szoguna Tokugawy Ieyasu i właśnie jemu jest poświęcona.

Wejście do środka świątyni było płatne, więc się nie skusiłam, ale po drodze do świątyni stał mały pawilonik, gdzie ktoś akurat grał na shamisenie (japońska wersja lutni) i uroczo zawodził. Przed świątynią było też tradycyjnie miejsce na zawieszenie ema czyli tabliczki z intencją modlitewną. Kupić je można w przyświątynnym sklepiku, a następnie trzeba je samodzielnie wypisać i zawiesić. Każda świątynia ma emę z innym wzorkiem, więc jeśli jakiś bardzo nam się spodoba to możemy po prostu kupić czystą emę i zabrać na pamiątkę 😉 Co ciekawe w tej świątyni była nawet jedna ema wypisana po polsku.

Następnie przespacerowaliśmy się na Ameyoko czyli uliczkę targową. Najwięcej było tam stoisk z rybami, więc i zapach był odpowiedni. W trakcie spaceru zaczął też padać dość mocny deszcz, ale ja miałam kurtkę, a Yuma parasol. Mimo wszystko postanowiliśmy uciec do metra i przejechać się do kolejnej świątyni, Nezu.

Metrem przetransportowaliśmy się w okolice świątyni, co zajęło nam około 10 minut. Deszcz wciąż padał, choć lżej, niestety jednak Japonia ma to do siebie, że wilgotność wynosi prawie 100% i było okropnie duszno i parno w takiej pogodzie. Świątynia Nezu jest jedną z najstarszych i słynie z korytarza czerwonych bram torii. Obok wejścia do świątyni stał mały stolik gdzie wystawione były karteczki w formie ludzików. Yuma wytłumaczył mi, że na tych karteczkach zapisuje się swoje imię i wiek (tak, musiałam je napisać katakaną), a następnie trzy razy na nie dmucha i trzyma chwilę przy sercu, po czym wkłada do małej koperty i oddaje panu w świątyni. Ma to służyć oczyszczeniu serca, umysłu i cała ze złych emocji. Po wykonaniu tego rytuału, zanim weszłam do świątyni przeszliśmy jeszcze przez wielkie plecione koło wykonując ruch jakbyśmy zawiązywali supełek, ale zapomniałam zapytać po co to robiliśmy.

Po odmówieniu modlitwy do bogów udaliśmy się do bram. Dodam też, że na terenie świątyni i kapliczkach tam obecnych były figurki lisów ubrane w czerwone ubranka. Niestety, mój przewodnik dnia nie pamiętał dlaczego noszą te ubranka.



Ze świątyni Nezu udaliśmy się do kolejnego kompleksu świątynnego, Meiji, czyli największego i najsłynniejszego tokijskiego kompleksu. Znajduje się on w środku zalesionego terenu obok parku Yoyogi (skądinąd znanego niektórym w Polsce, za sprawą książki Joanny Bator „Rekin w parku Yoyogi”). Znów jechaliśmy metrem, ale gdy z niego wyszliśmy to zaczęło bardzo mocno padać.


Idąc do świątyni czułam się trochę dziwnie, ponieważ drzewa porastające teren kompleksu są bardzo wysokie i momentami było dość ciemno. Na dodatek, wisiały ostrzeżenia „Uwaga kruki” co przywodziło mi na myśl sceny z horrorów. Ciekawą rzeczą, kóra tam widziałam była ściana z beczkami sake, choć nie mam pojęcia co tam robiła.

Niestety do świątyni Meiji nie dało się wejść, ale dwa razy dziennie, o 8 i 14, można zobaczyć rytualne składanie ofiar z jedzenia i modlitw. My byliśmy tam koło 17, więc się nie załapaliśmy, ale czytałam też, że jest wtedy zawsze dużo ludzi.




Na sam koniec dnia, udaliśmy się na ulicę Takeshita, gdzie jest pełno sklepów z ciuchami, budek z jedzeniem i ogólnie mnóstwo ludzi. Fajnie było popatrzeć na różne przekąski i kosmetyki, ale było tam za dużo ludzi i grała głośna muzyka. Poza tym, po całym dniu chodzenia bolały mnie już stopy i byłam zwyczajnie zmęczona.

Po tym window-shoppingu pojechałam z Yumą na stację kolejową Tokio (taki dworzec centralny, ale odpowiednio większy), ponieważ Yuma przyjechał specjalnie z Shizuoki, żeby się ze mną zobaczyć. Miał wracać autobusem, jednak okazało się, że autobus został anulowany, przez co musiał kupić bilet na shinkansena, czyli super szybką kolej japońską, która jest szybsza, ale i dużo droższa. Z tego powodu było mi trochę przykro.
Podsumowując – przeszłam dzisiaj 22 222 kroki, czyli łącznie jakieś 12,7 km. Stopy mi odpadają lekko, ale jestem bardzo zadowolona z dzisiejszego dnia i czekam na kolejny 🙂