Dziś niezbyt wiele się działo. Moim jedynym planem było odwiedzenie muzeum Hokusaia, malarza drzeworytów ukiyo-e żyjącego na przełomie XVIII i XIX w. oraz autora słynnego drzeworytu z wielką falą. Zanim się tam udałam to przespacerowałam się po raz kolejny do świątyni Sensō, w której byłam pierwszego dnia. Jako, że wtedy było już późno i świątynia była zamknięta, to chciałam zobaczyć jak prezentuje się za dnia. Jak można się było spodziewać było pełno ludzi i turystów, ale dało się przeżyć. Udało mi się nawet załapać na poranną modlitwę mnichów i zobaczyć jak składają ofiary i się modlą, co było ciekawym doświadczeniem.


Świątynia Sensō to cały duży kompleks i poza głównym pawilonem na jego terenie znajduje się również kilka innych małych świątyń. Droga do jednej z nich wiedzie przez uroczy mostek, a gdy się przez niego wyjrzy w wodzie można zobaczyć całe mnóstwo karpiów koi. Można też zrobić sobie selfie i zastawić pół przejścia innym ludziom.


Po drodze do świątyni mijałam kilka zamkniętych sklepów, które na roletach miały namalowane gejsze i samurajów. Bardzo mi się to podobało i na pewno ładniej to wygląda niż zwykła szara i brudna roleta antywłamaniowa.


Ze świątyni Sensō udałam się na nogach jakieś 900 metrów do stacji metra, żeby pojechać do muzeum Hokusaia. Bilet na wystawę stałą i czasową razem kosztował 700 jenów po okazaniu legitymacji studenckiej. Budynek, choć znowu z zewnątrz wyglądał gigantycznie i miał cztery piętra, w środku posiadał zaskakująco małą przestrzeń muzealną. Obejrzenie wystawy stałej wraz z przeczytaniem wszystkich opisów zajęło mi może 40 minut.


Poza tym zawsze wyobrażałam sobie, że „Wielka fala z Kanagawy” będzie naprawdę wielka, ale jednak jest zwykłych rozmiarów, co nie powiem, lekko mnie rozczarowało.

W muzeum spędziłam łącznie około 2 godzin. Jak wspominałam wcześniej nie miałam już innych planów na ten dzień, ale na mapach google’a zobaczyłam, że niedaleko mnie znajduje się jeszcze muzeum Edo, stadion sumo i muzeum wielkiego trzęsienia ziemi z 1923 r. Postanowiłam najpierw udać się właśnie tam (tym bardziej, że wejście jest darmowe), a następnie zobaczyć stadion sumo. Muzeum znajduje się na terenie parku Yokoami, a oprócz niego stoi też miejsce pamięci poświęcone ofiarom trzęsienia i nalotów bombowych z II wojny światowej, dzwon pokoju i pomnik dzieci zmarłych w wyniku obu powyższych katastrof. Jako, że był środek dnia to po parku kręciło się tylko kilku zbłąkanych Japończyków, natomiast turystów nie było wcale.


Co nieco o trzęsieniu ziemi: oficjalna nazwa tego wydarzenia to „Wielkie trzęsienie ziemi w regionie Kantō”, ponieważ siła trzęsienia wyniosła 7,9 stopnia i spowodowała szkody w całym regionie Kantō. Miało ono miejsce w sobotę 1 września 1923 roku. W następstwie trzęsienia region nawiedziło tsunami, a w jednej prefekturze wystąpiły lawiny błotne. W wielu dzielnicach Tokio wybuchły niekontrolowane pożary, które doszczętnie zniszczyły miasto. Jeszcze tego samego dnia po trzesięniu władze wprowadziły stan wojenny, a w stolicy zaczęły się rozprzestrzeniać plotki, jakoby była to koreańska inwazja (Korea pozostawała wtedy pod okupacją Japonii). Te plotki spowodowały liczne zabójstwa Koreańczyków mieszkających w Tokio, ale także Chińczyków i Japończyków, którzy zostali błędnie wzięci za swoich sąsiadów. Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione wyżej następstwa trzęsienia, liczbę ofiar szacuje się na około 105 000 osób, według badań przeprowadzonych w 2004 roku.
Muzeum poświęcone temu wydarzeniu znajduje się właśnie na terenie parku Yokoami, ponieważ w tym miejscu miała jedna z największych katastrof spowodowanych trzęsieniem. Po ustaniu wstrząsów ludzie, wraz ze swoim dobytkiem, udali się na teren dzisiejszego parku, by tam się schronić. Niestety, przez park przeszła burza ogniowa, a ponieważ ewakuowani ludzie zastawili park bagażami, gdy wybuchł pożar nie mieli jak uciec. W parku zginęło wtedy około 38 000 osób. Ofiary zostały skremowane na miejscu, a ich prochy tworzyły stos o wysokości aż 3 metrów! Po drugiej wojnie światowej do muzeum dodano także część poświęconą ofiarom nalotów bombowych na Tokio w latach 1944-1945, w wyniku których zginęło 105 000 osób.

Wejście do muzeum jak już pisałam jest darmowe, ale oprócz mnie nikogo w nim nie było, a szkoda, bo można się dużo dowiedzieć na temat tych okropnych wydarzeń. NA wystawie znajduje się dużo eksponatów, które w jakiś sposób przetrwały trzęsienie czy nalot oraz archiwalne zdjęcie lub ich rekonstrukcje (część negatywów trzęsienia spłonęła w trakcie wojny). Zdjęcie powyżej, z ruinami miasta, bardzo silnie przywodzi mi na myśl Warszawę po powstaniu.

Co ciekawe, na wielu ze zdjęć, które widać powyżej dym został sztucznie domalowany przez ludzi, tak by dodać im dramatyzmu. Jest to dość osobliwe i ja na przykład nie wyobrażam sobie robienia czegoś takiego. Trzesięnie ziemi samo w sobie było już wystarczająco dramatyczne.
W parku znajdowało się też drzewo z kolorowymi papierkami zapisanymi życzeniami. Zostało to zrobione z okazji nadchodzącego święta Tanabata. Dosłownie święto gwiazd, Tanabata obchodzona jest 7 lipca w całym kraju. Legenda głosi, że dwie gwiazdy, Orihime i Hikoboshi zakochały się w sobie jednak zostały odseparowane od siebie i znalazły się na dwóch różnych końcach drogi mlecznej (po japońsku amanogawa, czyli dosłownie niebiańska rzeka). Nieszczęśliwi kochankowie mogą tylko raz w roku przekroczyć „rzekę” i spotkać się ze sobą, a ten dzień wypada właśnie 7 lipca. W tym dniu ludzie modlą się o dobrą pogodę, ponieważ jeśli będzie padać i poziom wody w „rzece” wzbierze, Orihime i Hikoboshi nie będą mogli się spotkać. Ludzie piszą też własne życzenia na kolorowych papierkach i zawieszają na bambusach. Jeśli w dniu święta gwiazd pogoda będzie dobra i kochankowie się spotkają to wszystkie życzenia zapisane na kartkach się spełnią. Mnie najbardziej podobało się to, że obok drzewa ustawione były stoliki, na których leżały kolorowe paski, sznureczki i pisaki i można było samemu napisać swoje życzenie, co też uczyniłam.


Z parku udałam się w kierunku stadionu Sumo. Był on tak duży jak niektóre z naszych stadionów piłkarskich, a z zewnątrz przypominał trochę pagodę. Na same trybuny stadionu niestety nie można było wejść, ale na jego terenie znajdowało się muzeum sumo oraz sklepik z gadżetami, gdzie można było kupić między innymi takie magnesy, jak na zdjęciu poniżej.



Podobno obecnie Japończycy są bardzo nieszczęśliwi, gdyż najlepsi sumo pochodzą teraz z Mongolii i kilku innych krajów, a nie z Japonii.
Ze stadionu sumo poszłam na lunch do baru z zupami udon. Jadłam najprostszy udon, który jest jak nasz zwykły rosół, tylko bardziej rybny. Za miskę zapłaciłam 290 jenów (jakieś 10 zł), czyli typową cenę za takie danie. W menu dostępne były najprzeróżniejsze wersje udonów z różnymi rodzajami mięsa, na ciepło, na zimno i w trzech różnych rozmiarach, ale ja akurat nie miałam na nie ochoty. W barze za darmo można też było sobie nalać zimnej wody do szklanki.

Ostatnim miejscem, które dzisiaj odwiedziłam był mały park na terenie posiadłości, gdzie swojej zemsty dokonało słynnych 47 rōninów. W parku jest mała kapliczka im poświęcona oraz pomnik urzędnika, którego zabili, Yoshinaki Kiry.



W drodze powrotnej do hostelu kupiłam sobie żelki o smaku mango i o smaku brzoskiwini za zawrotne 168 jenów (5,79 zł), a na kolację onigiri z łososiem za 150 jenów (około 5 zł). Jutro do Japonii przyjeżdżają moje koleżanki (pozdrawiam Hania, Sabina), więc spotkam się z nimi na dworcu w Tokio, a potem będę zwiedzać Ginzę. Na sam koniec dorzucam jeszcze zdjęcia ulicy widzianej z kładki dla pieszych i moje „domowe” skrzyżowanie.

