Wkurzyłam się, bo ten post był już napisany, ale internet coś skapitulował i wszystko się usunęło. Aż mnie krew zalała.
W każdym razie, wczoraj nie było wpisu, bo jechałam nocnym autobusem do Kanazawy, a jako, że autobus był o 23, to nie miałam za bardzo kiedy go napisać. W busie natomiast miły głos z głośnika uprzejmie poprosił o nieużywanie laptopów i tabletów, a po 2 sekundach zgasły kompletnie światła pogrążając nas w egipskich ciemnościach, spotęgowanych dodatkowo ciemnymi, grubymi kurtynami na oknach. Czułam się przez to jak w wagoniku w jakiejś jaskini, ponieważ nie widziałam dokąd jadę, ale mimo wszystko czułam, że się poruszam.
W tym poście będzie o moim ostatnim dniu w Tokio, a w następnym o tym, jak bawiłam się dziś w Kanazawie. Zaczynajmy więc.

Na sam początek dnia pojechałam do mekki fanów mang, anime, komiksów, gier komputerowych i ogólnie pojętej elektroniki, czyli Akihabary. Jako, że była jednak sobota, a ja wyszłam z hostelu około 9, to niestety wszystkie sklepy były jeszcze pozamykane. Poszłam więc polansować się do Starbucksa, siąść z kawą przy oknie i patrzeć na ludzi przechodzących za szybą.

Około 10:30, gdy już sklepy otworzyły swe podwoje udałam się do Book-offa. Jest to swoisty Empik, tylko rzeczy w nim sprzedawane są z drugiej ręki. Sklep miał 6 pięter, z czego 3 były poświęcone książkom, więc ja czułam się jak w raju buszując pomiędzy regałami. Patrząc jednak na tytuły dopadło mnie zwątpienie czy kiedykolwiek będę w stanie przeczytać książkę po japońsku, gdyż nawet teraz, znając około 900 znaków miałam problemy z rozszyfrowywaniem tytułów.

Stamtąd poszłam do kolejnego gigantycznego sklepu w Akihabarze, czyli Yodobashi Camera. Japoński media markt, tylko znów 7-piętrowy i z najprzeróżniejszymi artykułami. Był nawet dział „urządzenia zapobiegające katastrofom”, cokolwiek to miało znaczyć. Pokręciłam się tam radośnie przeglądając wszystko po trochu, po czym ruszyłam dalej na miasto.

Następnym przystankiem było Narodowe Centrum Sztuki w Roppongi. Jest to o tyle ciekawe muzeum, że nie mają jednej „stałej ekspozycji”, a po prostu kilka hal wystawowych, w których co jakiś czas zmienia się wystawa. Ta która najbardziej mnie interesowała, o Wiedniu w początkowym okresie modernizmu, niestety była zbyt droga (1200 jenów ze zniżką studencką, czyli jakieś 40 zł lekką ręką). Skorzystałam jednak z innych, darmowych ekspozycji, które dotyczyły głównie kaligrafii, a jedna malarstwa tuszowego. Ta ostatnia zresztą podobała mi się najbardziej.


Cały budynek w sumie był ładnie zbudowany i dobrze wyglądał w środku, więc przyjemnie było tam po prostu posiedzieć i popodziwiać.



Po małym lunchu w pobliżu muzeum udałam się dalej do muzeum piwa Yebisu. Jest to jedna z nietypowych atrakcji w Tokio, a sam wstęp do niej jest darmowy. Co prawda, część informacyjna jest malutka, ale na terenie muzeum można spróbować piwa Yebisu. Ja wzięłam jeden kufel za 400 jenów, ale jeśli jeden nie wystarczy to za 800 jenów (około 28 zł), można kupić zestaw trzech różnych rodzajów piwa Yebisu wraz z talerzykiem przekąsek.



Na sam koniec spotkałam się znowu z Keitą i poszliśmy oglądać sklepy w Harajuku. Jest to dzielnica modowo-młodzieżowa i pomimo sobotniego wieczoru w sklepach z ciuchami czy pamiątkami było pełno ludzi. W ogóle Harajuku nie przypomina architekturą nic japońskiego, raczej kojarzyła mi się z nadmorskimi kurortami w Hiszpanii czy Francji. Z Keitą poszliśmy też na bubble tea, bo on nigdy nie pił i koniecznie chciał spróbować. Jak dla mnie to ani to jakieś nie wiem jak pyszne, ani nie wiem jak niezwykłe, ale według niego w Japonii to teraz ostatni krzyk mody i wszyscy piją to na potęgę. A przy okazji mówią na to tapioka albo boba.



Potem, koło 21 pożegnaliśmy się i pojechałam po mój bagaż, który zostawiłam na przechowanie w hostelu, a stamtąd na dworzec autobusowy w Shinjuku i hop do Kanazawy. Ale to już historia na innego posta 🙂