Ja niestety nie wsiadłam ani do pociągu, ani do byle jakiego, tylko do dość konkretnego autobusu, który zabrał mnie 400 km od Tokio, do nadmorskiej Kanazawy w prefekturze Ishikawa. Po 8 godzinach podróży, o godzinie 7:25 zostałam wysadzona na dworcu autobusowym i tyle. Pa pa wielkie miasto. Czasu miałam dużo, bo w hostelu mogłam dopiero pokazać się od 15, ale ten hostel ma ten plus, że mają drugą recepcję bliżej dworca i od 8 do 15 można zostawić tam bagaże i załatwić wszystkie procedury związanez z płaceniem za pokój itp., a oni sami transportują bagaż do hostelu. My zaś możemy iść zwiedzać. Jeśli ktoś planuje się wybrać do Japonii i będzie w Kanazawie, to nazwa tego hostelu to Neighbor’s Inn Kanazawa.

Na dworcu zjadłam też małe śniadanie, czyli herbatę z croissantem i chlebkiem melonowym. Co prawda miało to bardziej smak ciastka i mało wspólnego z melonem, ale chyba jest to dość popularne w tym regionie, bo wszędzie to potem widziałam.

Jak już odstawiłam mój wielotonowy bagaż w recepcji przy dworcu udałam się w kierunku głównej atrakcji Kanazawy czyli zamku i ogrodu Kenroku-en. Po drodze przeszłam się też słynnym pawilonem handlowym, gdzie codziennie od rana sprzedawane są świeże ryby i owoce morza i gdzie jest równie dużo miejsc przygotowujących te produkty do natychmiastowego spożycia.


Po wyjściu z pawilonu skierowałam się na teren parku zamkowego. W końcu też, po raz pierwszy od mojego przyjazdu do Japonii wyszło słońce i przez chwilę rzeczywiście poczułam te okropne upały. Sam park miał jakieś 10 hektarów powierzchni, którą w większości pokrywała tylko równo przystrzyżona trawa. Jak dla mnie trochę marnuje się potencjał tego miejsca, bo możnaby posadzić kilka krzewów albo drzew i dodać więcej ławek i byłoby naprawdę miło i przyjemnie. A tak to nie ma nawet gdzie się schować przed słońcem.


Z parku do zamku prowadzi brama i droga lekko pod górkę. Swego czasu była to siedziba kolejnego potężnego klanu, Maeda, którego bogactwo ustępowało tylko rodowi Tokugawa. Oczywiście też jak każdy porządny japoński zamek spłonął on kilka razy i to co oglądamy dzisiaj to po prostu starannie odtworzona replika. Co ciekawe, zamek aż do 1990 był siedzibą uniwersytetu w Kanazawie i dopiero od stosunkowo niedawna jest udostępniony dla zwiedzających, a przy okazji planowana jest dalsza jego odbudowa. Kolejną miłą rzeczą jest to, że po terenach zamkowych można się przejść za darmo z przewodnikiem i to po angielsku. Zrobiłam tak i ja, i o godzinie 10 byłam tylko ja, chłopak z Londynu i pan przewodnik, który mówił po angielsku tak, że biedny Brytyjczyk nie bardzo wiedział o co mu chodziło.


Pan przewodnik wydawał się zestresowany i plątał mu się trochę język, ale był bardzo miły i starał się jak najwięcej nam opowiedzieć i pokazać różnych miejsc. Nawet proponował, że porobi nam zdjęcia naszymi aparatami.


Po skończonym oprowadzaniu zostałam sama z Brytyjczykiem i jakoś trochę sobie pogadaliśmy i razem poszliśmy do środka zwiedzić zamek. Wstęp tylko do zamku kosztuje 310 jenów, ale można też kupić bilet za 500 jenów dający wstęp do zamku i na teren ogrodów Kenroku (tak, w Japonii za wejście do niektórych ogrodów i parków trzeba płacić). Ja wybrałam tę drugą opcję, bo była po prostu bardziej opłacalna.


Zwiedzanie zamku zajęło nam jakieś pół godziny, w porywach do 45 minut, bo jednak jest to tylko replika i w środku poza kilkoma informacjami niewiele jest do oglądania, a główną atrakcją jest po prostu wyglądanie przez okna. Była już jednak 12 i oboje byliśmy głodni, więc w sumie doczepiłam się do tego chłopaka i razem poszliśmy zjeść mały lunch we wspomnianym przeze mnie pawilonie handlowym. Ani on, ani ja nie byliśmy jednak na tyle odważni, by spróbować rzeczy w stylu wysysania czegoś prosto z małży i skupiliśmy się na „zwykłych potrawach”. Koniec końców ja wzięłam tylko kawałek sablefish (myślałam, że to miecznik, ale internet podpowiada mi, że była to anoplopoma bądź dorszyk czarny), a kolega jakąś małą soloną rybkę podawaną w całości na patyku, kawałek makreli w lokalnym sosie i przegrzebki. Moja ryba była dobra, jego podobno też, a nwet dał mi spróbować przegrzebki. To już nie było tak pyszne i jak poczułam tę gumowatość w ustach to zrobiło mi się trochę niedobrze, ale dzielnie przełknęłam całość. Po lunchu każde z nas udało się w swoją stronę – ja do ogrodów, on do dzielnicy ninja i do Kioto.

Ogrody były ogromne i spędziłam w nich w sumie jakieś 2 godziny po prostu chodząc, patrząc i siedząc na ławeczkach.



Po ogrodzie poszłam w kierunku świątyni ninja. Z ninjami nie miała nic wspólnego tak naprawdę, ale w jej wnętrzu znajduje się dużo pułapek i ukrytnych przejść. Niestety, żeby to wszystko zobaczyć trzeba zarezerwować sobie miejsce w wycieczce z przewodnikiem. Koszt tej przyjemności to 1000 jenów (około 34 zł), a przewodnik i tak mówi tylko po japońsku. Ja nie wiedziałam o obowiązku rezerwacji, ale nawet gdyby to nie wiem czy chciałabym wydać 30 zł tylko po to, żeby posłuchać czegoś, czego zbytnio nie zrozumiem.

Po drodze do świątyni zjadłam też deser, czyli znowu melonowy chlebek, tym razem podany na ciepło i z kulką lodów w środku. Całkiem smaczne i nawet nie takie drogie (400 jenów).





To by było na tyle jeśli chodzi o dziś. Jutro planuję zobaczyć dzielnicę, w której architektura pochodzi jeszcze z czasów Edo i myślałam o jakimś muzeum, ale w końcu jutro poniedziałek i nie wiem czy nie będą nieczynne.
👍
PolubieniePolubienie