Ninja są przereklamowani

W końcu do Japonii przyszło trochę upału. Wystrojona w szorty i bluzkę na ramiączkach ruszyłam na miasto, ale tylko ja i inne turystki miałyśmy taki pomysł. Wszystkie Japonki dzielnie chodziły w długich spodniach i bluzkach, za nic mając sobie 26 stopni i żar lejący się z nieba.

Cały naród buduje swoją… a nie zaraz, to nie ta bajka
Myślicie, że to tylko zwykła rzeźba, ale…
…jest to polski akcent w Japonii

Moim pierwszym przystankiem dzisiejszego dnia była dzielnica Higashichaya, czyli stara dzielnica uciech w Kanazawie. Ciekawa głównie ze względu na zachowaną w niej zabudowę, pochodzącą z okresu Edo. Szłam więc dzielnie na nogach w jej kierunku, ponieważ było to jakieś 2 km od mojego hostelu. Po drodze natknęłam się na inną, mniejszą dzielnicę, gdzie zabudowa była równie stara i urokliwa, ale turystów było tam jak na lekarstwo (i dobrze). Pospacerowałam więc chwilę po tych zaułkach i nad wodą i ruszyłam dalej.

Tam turystów było od groma, no ale co zrobić jak jest lato i wszyscy przyjechali zwiedzać 😉 Poza tym od groma jak na Kanazawę, bo nie oszukujmy się, nie ma tu aż tylu zwiedzających jak w innych miejscach w Japonii. Poszwendałam się tam może z 40 minut, jednak całkiem spora część zabudowy się zachowała, a do tego w środku większości budynków znajdują się restauracje, kawiarnie i sklepy z różnymi wyrobami typu ceramika, pałeczki, pamiątki itp.

W tym sklepie wszystko mi się podobało, poza cenami
Podobno wieczorami wciąż można spotkać tu prawdziwe gejsze

Co do Kanazawy – jest to miasto, które w Japonii słynie głównie z tego, że wyrabiane jest tu 99% „złotych liści” japońskich. Złote liście, czyli bardzooo cieniutkie (ich grubość to jakaś 1/1000 milimetra), kwadratowe płatki złota, które są potem używane przy restauracjach różnych świątyń na terenie całej Japonii, ale też do różnego rodzaju dzieł sztuki. Z tego powodu praktycznie wszystkie sklepy z pamiątkami w Kanazawie oferują produkty zawierające jakiś „złoty” akcent, a w jednym z nich jest nawet cała instalacja – budynek zrobiony ze złota.

Spacerując po Higashichaya trafiłam też oczywiście do jakiejś świątyni. Tym co mnie rozśmieszyło to niespodziewany akcent ninja – w dwóch miejscach stały lalki ninja przyczajone i gotowe do ataku. Nie wiem dlaczego akurat w tej świątyni, bo wszystko było po japońsku i nie znalazłam (albo nie zrozumiałam po prostu) informacji na ten temat. Przy okazji byłam też świadkiem buddyjskiego odpowiednika naszego chrztu. Kapłan odprawił jakieś modlitwy, rodzice byli ładnie ubrani (mama w kimono, tata w garnitur), była cała rodzina, a na koniec robili sobie zdjęcia. Ciekawie było móc podejrzeć takie zwykłe, niezwykłe wydarzenie.

Jeśli dobrze się przyjrzycie to w środku świątyni zobaczycie główki gości

Z dzielnicy uciech udałam się następnie do muzeum poświęconemu właśnie wyrobowi złotych liści. Wejście dla dorosłego kosztowało 300 jenów (około 10,50 zł), a sama wystawa wyjaśniała cały proces tworzenia takiego złotego liścia i przy okazji zawierała różne ciekawostki o złocie. Na sam koniec była wystawa tymczasowa, gdzie pokazane były różne dzieła sztuki zawierające w sobie właśnie złoty pierwiastek. Niestety, w środku nie wolno było robić zdjęć. A poza tym byłam sama w całym muzeum, może dlatego, że jest ono już na obrzeżu turystycznych miejsc Kanazawy, a może po prostu dlatego, że nikogo nie obchodzą złote liście. Mnie jednak się podobało i nie żałuję.

Instalacja artystyczna w muzeum, tu jeszcze można było robić zdjęcia

Gdy wyszłam z muzeum było już koło 12-12:30 i byłam trochę głodna, więc zjadłam krokieta z przydrożnej budki. Wzięłam takiego z serem, ale w ofercie był klasyczny krokiet z tłuczonymi ziemniakami, krokiet o smaku pizzy (z kukurydzą w środku, fuj), krokiet z ośmiornicą, ryżem i groszkiem i krokiet na słodko z bitą śmietaną i złotą posypką. Ach, no i zapomniałabym o najważniejszym – w okolicy Higashichaya wszystkie desery były sprzedawane w wersji zwykłej i ze złotym dodatkiem, co zazwyczaj czyniło je dwa razy droższymi od wersji zwykłej.

Po krokiecie zaczęłam wracać z powrotem w kierunku centrum miasta i zahaczyłam o dom samuraja Kurando Terashimy. Był średniej klasy samurajem i żył w latach 1777-1837 i służył klanowi Maeda. Jego zdolności doprowadziły do tego, że pełnił nawet funkcje administracyjne w lokalnym rządzie (jest to niezwykłe, biorąc pod uwagę, że był średniozamożnym żołnierzem), aż do 1825, gdy nadeszły zmiany w rządzie i jego własne zdanie stały się zbyt niewygodne i został usunięty. Terashima był też całkiem niezłym malarzem i w środku jego domu można zobaczyć kilka obrazów jego autorstwa. Za samo wejście do domu płaci się 300 jenów (10,50 zł), ale moim zdaniem warto, bo po pierwsze prawie nikt tam nie przychodzi, a po drugie znajduje się tam bardzo ładny ogród z „suchym stawem”. Suchym, bo nie ma w nim wody i to specjalnie, a nie dlatego, że nikt o to nie dbał. Ogród słynie też z tego, że na wiosnę kwitną w nim azalie, które nie rosną naturalnie na terenie prefektury Ishikawa.

Po tej wizycie udałam się znowu na targ rybny, żeby zjeść obiad. Tym razem wzięłam makrelę w jakimś regionalnym sosie, który był trochę słodkawy. Była całkiem niezła i tania, bo tylko 300 jenów. Należało jedynie uważać na ości. Na deser za to zjadłam kawałek ananasa na patyku za 150 jenów (5,20 zł). Ananas był pyszny i świeżutki i czułam się jakbym jadła loda. Możecie tego nie wiedzieć, ale większość owoców i warzyw, zwłaszcza tych świeżych, jest w Japonii cholernie droga. Dla przykładu – jedno jabłko potrafi kosztować 10 zł, a na samym targu widziałam mały kubeczek zielonych wiongron, który kosztował 1000 jenów, czyli jakieś 34 zł. 34 zł za kubeczek, gdzie było może 10 winogron! Wszystko z powodu tego, że Japonia to wyspa, która prawie w całości pokryta jest górami i bardzo ciężko cokolwiek tam uprawiać. Dlatego też, ceny warzyw czy owoców są tak wysokie.

Za ananasami widać te nieszczęsne winogrona i ich cenę
Miły pan Karp w stawie

Po obiedzie wyruszyłam w kierunku ostatniej planowanej na ten dzień atrakcji, czyli dzielnicy ninja. Znowu, jest to dzielnica, która jest sławna głównie ze względu na zachowaną zabudowę i przez to, że w okresie Edo na jej terenie mogli mieszkać tylko żołnierze, czyli ninja i samurajowie. Znajduje się tam kilka odnowionych domów, które można zobaczyć od środka za darmo i jeden większy, dom rodzinny samuraja Nomura. Za wstęp do tego ostatniego płaci się 550 jenów, ale na jego terenie znajduje się podobno trzeci najpiękniejszy ogród w Japonii wg amerykańskiego czasopisma ogrodniczego i chyba przez to ten dom stał się tak popularny, że ma aż 2 gwiazdki Michelina. Ja nie weszłam do środka, bo myślę, że przeżyję bez oglądania tego ogrodu, a wnętrze domu samuraja widziałam już wcześniej, w domu Terashimy i w tych domach, które udostępnione są do zwiedzania za darmo.

Po wizycie w tym miejscu wróciłam do hostelu, po drodze wchodząc do kombini na zakupy. Kupiłam sobie coś na kolację i piwo. Ciekawostka – w Japonii alkohol i papierosy dozwolone są od 20 roku życia i gdy kupujemy alkohol w sklepie musimy przy kasie na specjalnym ekranie zaznaczyć, że mamy rzeczone 20 lat. Wydaje mi się to niezbyt skuteczne, jeśli chodzi o obcokrajowców, ale co ja tam wiem. Ja 20 lat mam skończone, więc z czystym sumieniem zaklikałam co trzeba i teraz mogę się cieszyć lekkim piwem Horoyoi, którego zawartość alkoholu wynosi 3%. Jest to jedne z lżejszych piwek, bo reszta ma po 6-9%. To tyle na dziś i wasze zdrowie 🙂

2 myśli na temat “Ninja są przereklamowani

Dodaj komentarz