Kolejna podróż, kolejne ciąganie walizki i znowu nowy hostel. Do końca wyjazdu jakieś 2,5 tygodnia i w ciągu tego czasu będę mieć jeszcze dwa inne noclegi. Można więc powiedzieć, że nie mogę nigdzie spocząć. No, ale nieważne. Na chwilę obecną zatrzymałam się w Kioto. Wczoraj z kolei spędziłam miły dzień na rozmowach z nowymi znajomymi i graniu na automatach z nimi.

Około 17 zabrałam walizki z hostelu i pojechałam do Kioto. Nie zajęło mi to długo, gdyż Kioto jest oddalone od Osaki o jakieś 20 kilometrów, więc pociąg jedzie z 30 minut. Po przyjeździe zameldowałam się w nowym hostelu, który jest najbardziej wypasionym hostelu w jakim miałam okazję mieszkać w trakcie tego pobytu. W mojej norce mam nawet sejf i dostałam jednorazowe kapciuszki. Ma tylko jedną wadę – w nocy norka nagrzewa się niemiłosiernie i ciężko jest spać.
Dziś za to chciałam zwiedzić jedną z posiadłości cesarskich. Przy czym chciałam, jest tu słowem kluczem. Niestety zwiedzanie nie udało się, bo wczoraj było święto w Japonii (Dzień Gór, witamy) i z tego powodu wszystkie miejsca, które normalnie są zamknięte w poniedziałki zostały zamknięte także dziś. No więc pocałowałam klamkę tu i ówdzie i humor miałam niezbyt miły. Nie pomogły nawet targi starych książek na terenie najstarszej świątyni w Kioto.

Do środka tej świątyni też nie weszłam, bo kosztowało to 600 jenów (22 zł), a biorąc pod uwagę rosnący kurs jena i fakt, że w Kioto prawie każda świątynia jest płatna, muszę ograniczyć swoje pielgrzymki świątynne. Nic to jednak, bo z zewnątrz miejsce wyglądało równie ładnie. Poza tym na terenie dostępnym za darmo widać było duże plastikowe jajka co jest elementem nadchodzącej instalacji świetlnej, którą od 17 sierpnia będzie można oglądać wieczorami. Dla mnie tworzyło to dość ciekawe widoki i przywodziło na myśl dekoracje wielkanocne, ale co ja tam wiem.
Przy okazji – świątynia nazywa się Shimogamo-jinja i jest wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco. Według legend została wzniesiona w miejscu o nazwie „brama diabła”, żeby zapobiec wejściu demonów, zła i nieszczęść do północno-wschodniej części miasta.
Po drodze do świątyni zahaczyłam też o ogród Pałacu Cesarskiego w Kioto. Jest to całkiem ładny park, na terenie którego znajduje się jedna z rezydencji możliwych do zwiedzania (jednak nie w tym dniu, o nie). A poza tym pełno tam żwiru, który wsypuje się do butów.


Potem udałam się w kierunku kolejnej rezydencji cesarskiej (wciąż nieświadoma mojego ogromnego błędu). Pocałowałam klamkę po dotarciu na miejsce i chciało mi się płakać nad własną głupotą, ale na szczęście Kioto to stare miasto i w okolicy pełno jest różnych świątyń, więc postanowiłam pozwiedzać te najbliższe. Na pierwszy ogień poszła świątynia Manshu-in. Świątynia należy do nurtu Tendai, ale niestety nie potrafię wam powiedzieć czym ten nurt buddyzmu różni się od pozostałych. Poza tym na jej terenie znajduje się ogród karasansui oznaczony jako narodowe Place of Scenic Beauty (Miejsce Narodowego Piękna?). Wejście do tej świątyni kosztowało mnie 600 jenów (22 zł), ale jak już specjalnie pojechałam na obrzeża miasta to postanowiłam tam wejść, żeby pieniądze, które wydałam na pociąg się nie zmarnowały. W środku niestety nie wolno robić zdjęć, ale mogę potwierdzić, że ogród był całkiem ładny, choć malutki, a poza tym na ścianach wisiały zdjęcia (zakładam, że) obecnego kapłana świątyni z Davidem Beckhamem oraz Janem Pawłem II. No i jeszcze z cesarzem.

Ze świątyni Manshuin ruszyłam w kierunku świątyni Enkōji. Świątynia ta została zbudowana na rozkaz szoguna Ieyasu Tokugawy w 1601 roku. Miała to być instytucja edukacyjna i była otwarta dla wszystkich, a nie tylko dla mnichów. Świątynia wydała nawet kilka książek, a drewniane bloki użyte do ich stworzenia są wystawione na pokaz i są uznawane za najstarsze tego typu matryce w Japonii. Na terenie świątyni znajduje się kolejny ogród karasansui, czyli ogród bez wody z mnóstwem białych kamyków ułożonych tak, żeby wyglądały jak kręgi rozchodzące się na wodzie. Obecnie, żeby móc podziwiać ten ogród należy zapłacić 500 jenów za wejście (około 18 zł)


Podobno tereny świątynne najpiękniej wyglądają na jesieni, kiedy ziemia pokryta jest czerwonymi liśćmi klonu. No cóż, w lecie wygląda on wcale nie gorzej. Oprócz ogrodu jest tam także mały bambusowy las i cmentarz, na którym pochowana jest Taka Murayama, domniemana bohaterka jednej z powieści japońskich pt. Hana no shōgai, o której internet nic praktycznie nie wie, oraz Syed Omar, student z malezyjskiej rodziny królewskiej, który zginął w wyniku wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie.
Po osiągnięciu stanu zen udałam się z powrotem do centrum, żeby mój brzuch także osiągnął stan zen. Los zaprowadził mnie dziś do knajpki Sukiya, japońskiej sieci fastfoodów, która słynie z misek ryżu z wołowiną z różnymi dodatkami. Ja wybrałam wersję z trzema serami, która w normalnym rozmiarze kosztowała mnie 500 jenów (18 zł). Oprócz Sukiya dwie inne sieciówki serwują miski z wołowiną – są to Matsuya i Yoshinoya. We wszystkich trzech ceny za podstawową wersję są takie same, a różnią się one głównie rodzajami dań jakie posiadają w ofercie.

Ostatnim punktem mojej dzisiejszej wycieczki był spacer po dzielnicy gejsz, czyli Gion. I chociaż żadnej z nich nie spotkałam, to miejsce jest bardzo klimatyczne, choć jak to bywa z turystycznymi miejscami, okropnie zatłoczone.
W sumie przeszłam prawie 20 km na nogach, niezły trening przed Fuji. W tym upale było to też bardzo męczące i nie wiecie jak bardzo cieszyłam się gdy w końcu mogłam wejść pod prysznic. Gdzieś po drodze humor zmienił mi się także na lepsze i koniec końców muszę przyznać, że ten dzień był całkiem udany. Jutro za to planuję wybrać się do Arashimy, słynnego lasu bambusowego na obrzeżach Kioto. A jeśli starczy mi odwagi to pójdę też do parku z małpami, może mnie nie zjedzą.


































