Dziś mój ostatni dzień w Kanazawie, postanowiłam więc odwiedzić pobliską wioskę Shirakawago. Jest to taki japoński skansen, gdzie poprzenosili z całej Japonii około 60 domów, których dachy są kryte strzechą. Część z domów została zbudowana jeszcze w XIX w. i dlatego też cała wioska jest wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco. Do wsi zabrał mnie autobus z dworca w Kanazawie. Bilet w dwie strony kosztował 3600 jenów (około 125 zł), a podróż w jedną stronę trwała troszkę ponad godzinę. Poza tym cała wioska jest dość mała i spokojnie wystarczy 2-3 godziny na zwiedzenie jej.

Gdy autobus wysadził swoich pasażerów na dworcu zaopatrzyłam się w punkcie informacyjnym w darmową mapkę wsi i postanowiłam na sam początek wspiąć się na pagórek z punktem widokowym na całą wioskę. Na nogach zajmuje to jakieś 15-20 minut, zależnie od tego jak kto szybko chodzi. Nie jest jakoś bardzo stromo, ale jeśli ktoś ma chore kolana albo nie chce mu się wchodzić to na górkę wwozi też autobus za 200 jenów w jedną stronę. Ja jednak polecam przespacerowanie się, jeśli nic wam nie dolega.


Po tym porannym wysiłku zeszłam z powrotem na dół, żeby przespacerować się pomiędzy chatkami. Część z nich udostępniona jest dla zwiedzających, a za wejście do nich trzeba zapłacić około 300 jenów (plus minus 10 zł). Ja raczej polecam udanie się do skansenu na końcu wioski, gdzie w cenie 600 jenów udostępnione jest jakieś 15 domów, w tym jedna świątynia i młyn, i do których możecie wchodzić wtedy do woli.



Poza tym część z domów została zamieniona w restauracje lub sklepy z pamiątkami. Na terenie wsi jest też jeden hotel i bodajże dwa gorące źródła. Nie wszystkie domy są jednak udostępnione turystom, w części z nich mieszkają zwykli ludzie i przed tymi domami zazwyczaj ustawione były znaki „Nie wchodzić”, no bo jednak nikt by nie chciał, żeby ktoś mu wchodził nieproszony do domu.

Na terenie wioski znajduje się też wiszący most, biegnący nad rzeką. Jeśli chcecie iść do skansenu to chyba nie ma innej drogi i musicie przez niego przejść, co może być problematyczne dla osób z lękiem otwartej przestrzeni i wysokości, a dodatkowo jeszcze czuć jak most się rusza pod ciężarem chodzących po nim osób.




Jak już mówiłam, żeby dostać się do skansenu trzeba przejść przez most i zapłacić 600 jenów. W środku domów wystawione są różne przedmioty używane tradycyjnie przez ich mieszkańców jak i trochę historii na temat konstrukcji tych budynków.






Poza tym, w każdym sklepie z pamiątkami można było dostać sarubobo (dosł. dziecko małpka) czyli laleczkę w kształcie małpki, która ma przynosić szczęście. Jest to tradycja prefektury Gifu, ponieważ zazwyczaj taką małpkę robiły babcie dla swoich wnuczek z czerwonej tkaniny, żeby dziewczyna miała dobre małżeństwo i łatwy poród (małpy szybko rodzą).

Poza tym w wioseczce zjadłam jeszcze regionalną przekąskę czyli ciepłą ryżową pyzę z mięsem mielonym w środku. Zapłaciłam za nią 350 jenów, czyli jakieś 12 zł i mogę powiedzieć, że była bardzo dobra, choć tłusta.

Około 16 wróciłam z powrotem na dworzec i czekałam na mój autobus (bilety kupuje się na konkretną godzinę), ale udało mi się nawet załapać na wcześniejszy, gdy swoim perfekt japońskim zapytałam czy nie dałoby rady do niego wsiąść. Chwilę po 17 byłam więc z powrotem w Kanazawie i poszłam na kolację do restauracji serwującej fu, czyli kulki z czystego glutenu, które są bogate w białko i stanowią ważny składnik wegetariańskiej diety buddystów. Nie bardzo jednak rozumiałam menu, więc wzięłam to co wyglądało smacznie i dostałam taki oto zestaw w cenie 1026 jenów (około 36 zł):

Spieszę już opisać co widać na zdjęciu. Zaczynając od lewej, w dużej białej misce znajdowały się wspominane kluski fu, a do nich gotowane warzywa i ryż. Różowe kwiatki były po prostu kluskami zabarwionymi na różowo. W środku talerzyk z marynowanymi warzywami. To fioletowe to śliwka (bardzo dobra swoją drogą), a to pomarańczowe to szczerze nie mam pojęcia, ale też smaczne. Z prawej strony w czarnej misce mamy zupkę miso z takim prażonym chrupkiem, który rozmiękł się w zupie, a na górze w naczyniu pod przykryciem, były kawałki kurczaka w jakiejś marynacie sojowej. Na podłużnym talerzyku natomiast były mini deserki, od lewej – naleśnik, kluska w panierce i chyba jakaś ikra, którą jak spróbowałam to aż zrobiło mi się niedobrze. Koniec końców, najadłam się tym zestawem, nie wydałam aż tak dużo jak na takie jedzenie na mieście w Japonii i spróbowałam nowych rzeczy. Chętnie wrócę tu jeszcze kiedyś.
To by było na tyle na dziś. Jutro będę się bujać pociągami do Kioto skąd o 22 odjeżdża mój autobus do Hiroszimy. Trzymajcie kciuki, żebym nie pogubiła się po drodze!
Trzymamy!
PolubieniePolubienie